Po książkę Matta Mayewskiego pt. "Mężczyzna, który chciał zrozumieć kobiety"sięgałem z nadzieją. Nie miałem wprawdzie wiary, że bohaterowi powiedzie się to, czego nie dokonał żaden facet od początku ludzkości, ale miałem w pamięci zabawne perypetie Mela Gibsona, gdy poraził go prąd i zaczął słyszeć myśli kobiet. Nastroiłem się więc na dobry, lekki żart i ...
we wstępie zostałem szczegółowo poinformowany, że kobieta i samochód mają w sobie tyle cech współnych, że doprawdy trudno je rozróżnić. Łyknąłem ten żart z brodą tak długą, że pamięta początki Forda T, w nadziei na bardziej współczesną twarz kontynuacji. Nie odmówię sobie jednak zacytowania w tym miejscu Heinricha Heinego, który stwierdził, że "pierwszy, który porównał kobietę do kwiatu był wielkim poetą, ale następny był cymbałem".
Na nowoczesności treści nie zawiodłem się, ponieważ główny bohater Jack jest informatykiem. Słabo radzi sobie w pracy (spóźnienia, brak asertywności, wredna szefowa), a z kobietami radzi sobie jeszcze gorzej, ma neurotyczne sny i zerową szansę na udany związek. Zbieg okoliczności sprawia, że zaczyna tworzyć translator, który tłumaczy wypowiedzi kobiet na męski, czyli normalny język. Początki większości wielkich wynalazków są trudne, ale tym razem efekt okazał się zdumiewający. Udoskonalany translator udoskonalił swego twórcę. Brawa należą się autorowi za niebanalny pomysł i za bardzo „na czasie” fabułę. Napisał powieść idealnie opowiadającą historię współczesnego pokolenia mężczyzn, którzy świetnie rozumieją najbardziej skomplikowne operacje sieciowe, ale o Himalaje przerastają ich zwyczajne relacje międzyludzkie.
Szkoda jednak, że znakomity pomysł został w cześci zniweczony przez wykonanie, które, niestety, jest słabiutkie. Wątki zaczęte w pierwszej części książki są nerwowo i niechlujnie kończone (też nie wszystkie) na ostatnich stronach, a przecież czytelnikom nie spieszy się do końca. To nie szkolna lektura, którą chcemy mieć jak najszyciej za sobą. Warto było popracować nad losem dziwnej pary wspólników, którzy wciągają Jacka w projekt serwisu randkowego. Dopracowania domagał się też wątek kota i jego losów w konfrontacji z wiedźmowatą, a potem nagle uroczą właścicielką mieszkania. A co z groźbami z poprzedniego miejsca pracy? Do tego polszczyzna miejscami wołała o pomstę do nieba. Zakładam więc, że dwie panie redaktor , wyminone w książce z nazwiska obraziły się za porównanie kobiety do samochodu i wcale książki nie czytały albo celowo zostawiły błędy.
Skoro więc widzę tyle mankamentów książki, po co wypisuję tutaj jej recenzję? Bo uważam, że mimo wielu niedociągnięć, które łatwo w wydaniu drugim poprawionym nadrobić, pomysł na opowiedzianą historię jest świeży i nowocześnie potraktowany, a co więcej napisany przez mężczyznę. To zaś w zalewie harlekinowej powodzi powieści kobiecej ma swój ciężar gatunkowy.



Komentarze
Pokaż komentarze (6)