Nowa powieść Marcina Wolskiego pt.: "Wallenrod" doskonale wpisuje się w burzliwe dyskusje o historii alternatywnej, zainicjowane publikacją Piotra Zychowicza „Pakt Ribbentrop-Beck”, w której autor snuje wizje Polski sprzymierzonej z Hitlerem.
Wolski też poszedł tym tropem myślenia, ale autorem pomysłu na strategiczny alians z Niemcami uczynił Piłsudskiego, który nie umarł w 1935 roku. Dzięki tej taktyce Polsce udało się nie tylko uniknąć katastrofy, ale współdecydować o losach Europy Środkowo-Wschodniej i powstrzymać politykę oczyszczania kontynentu z Żydów. Główną bohaterką powieści jest utalentowana agentka polskiego wywiadu Helena Wichman, której zadaniem jest dotrzeć do jak najwyższych notabli hitlerowskiego państwa, aby polscy decydenci mogli być na bieżąco informowani, co dzieje się w zamkniętych kancelariach Rzeszy.
Marcin Wolski ma łatwość budowania wartkich akcji, pełnych brawurowych zwrotów, dlatego i tę powieść czyta się jednym tchem. Jedyny zarzut, jaki mam do autora, to że ociupinę przesadził ze sprawnością fizyczną, a głównie psychiczną czołowej postaci. O ile literaturoznawcy wnoszą, że w polskiej powieści dominują kobiece postaci mdłe i pozbawione życia, o tyle Wolski z Heleny Wichman uczynił zgoła samonapędzającą koparkę przedsiębierną-zasięrzutną. Bond przy niej to psychiczny mięczak.
"Wallenrod" to fascynująca alternatywa wobec klęski wrześniowej, z bombardowaniem Placu Czerwonego w tle. Tylko warto zapytać, po tym, jak już ucieszymy oczy wizją Polaka spuszczającego bomby na Stalina i jego popleczników, po co Wolski kazał swojemu bohaterowi dokonywać tego kompletnie ze strategicznego punktu widzenia niepotrzebnego rajdu? Chyba tylko po to, by potwierdzić mit o polskiej ułańskiej fantazji, trochę jakby w duchu cytatu z piosenki "znów bez głowy, ale żwawo".



Komentarze
Pokaż komentarze (4)