Nie jestem specjalnym zwolennikiem teorii zamachowo-spiskowych. Nie szukam ich na siłę. Ostatnio byłem raczej przekonany, że za katastrofę odpowiada suma błędów pilotów i kontrolerów plus fatalne przygotowanie wizyty z polskiej i rosyjskiej strony.
Teorie o paliwowej bombie i sztucznej mgle wydawały mi się bardzo, bardzo mało prawdopodobne.
A bez sztucznej mgły nie ma raczej mowy o zamachu.
To, co do zamachu mi nie pasowało to w szczególności słowa rosyjskiego kontrolera, który załodze 101 podał zaniżoną widoczność na, chyba, 20 minut przed katastrofą. Zamiast 800 m, czyli widoczności mniejszej od minimum, ale w porównaniu z 200m całkiem niezłej, podał 400 m by polską załogę zniechęcić do lądowania.
Skoro Rosjanie szykowali zamach to, po jaką cholerę zniechęcali TU-154 do lądowania w Smoleńsku?
Zastanowiły mnie jednak inne słowa rosyjskiego kontrolera w stylu "ja chciałem ich ratować". Interpretowane przez niektórych, jako część myśli, której dalszy ciąg znaczy "a inni nie".
Interpretacja może ryzykowna, ale niby kiedy to kontroler chciał ratować tutkę. Jak zniknęli z radaru, czy jak schodzili na 100 m i słyszeli powtarzane "na kursie i ścieżce?.
A może on chciał ich ratować wcześniej.... Jakieś 20 minut wcześniej, kiedy zamiast podać widzialność 800 podał widzialność 400. Sądził, że jak dolecą do Smoleńska to przy widzialności 800 na pewno jedno podejście wykonają i nie chciał do tego dopuścić..... Może nic innego zrobić nie mógł....


Komentarze
Pokaż komentarze (3)