Gdzie jest Beata Klimek? Choć prokuratura po raz kolejny przedłużyła śledztwo – oficjalnie do 14 listopada 2026 roku – w tej sprawie wciąż brakuje najważniejszego: odpowiedzi na pytanie, co naprawdę stało się z zaginioną matką trójki adoptowanych dzieci.
47-letnia Beata Klimek zaginęła w poniedziałek, 7 października 2024 roku, we wsi Poradz (gmina Łobez), między godziną 7:20 a 7:30. Od tamtej pory nie odnaleziono ciała pani Beaty, żadnych śladów biologicznych ani wskazówek świadczących o tym, że żyje. Nie odnaleziono również części jej rzeczy osobistych.
Pani Beata wyszła ze swojego mieszkania na pierwszym piętrze o godzinie 7:05 (co zarejestrowała domowa kamera), aby odprowadzić trójkę dzieci na przystanek autobusowy, oddalony o około 230 metrów od domu. O godzinie 7:15 dzieci odjechały autobusem szkolnym do Bełcznej, a pani Beata – w towarzystwie sąsiadki – udała się w drogę powrotną nieco dłuższą trasą (około 300 m).
Po przejściu około 110 metrów zatrzymała się na chwilę przy schodach pani Krystyny, która weszła do domu i przyniosła jej kawałek kiełbasy. Pani Krystyna widziała jeszcze panią Beatę kątem oka, gdy ta szła drogą w kierunku domu przez kolejne 40 metrów – po raz ostatni w miejscu, gdzie wiejska droga rozdziela się na trzy kierunki.
Droga w prawo biegnie obok placu zabaw i prowadzi do domu pani Beaty, dlatego z dużym prawdopodobieństwem wybrała właśnie tę trasę. Śpieszyła się do pracy w banku w Łobzie, gdzie zaczynała zmianę o godzinie 8:00. Z domu miała jedynie zabrać torebkę i pojechać tam samochodem.
Minęła posesję siostry po lewej stronie i przechodziła obok swojego domu. Według relacji męża zaginionej (z którym pani Beata była w trakcie rozwodu), jego ojciec widział ją z okna, gdy szła w kierunku furtki. Mąż twierdzi jednak, że kobieta nie weszła na samą posesję. Teściowie pani Beaty mieszkają w tym samym budynku co ona, ale na parterze. Sam mąż mieszkał wówczas w wynajętym mieszkaniu w Łobzie ze swoją ówczesną partnerką, panią Agnieszką.
Około godziny 8:10 do pani Beaty zadzwoniła jej przyjaciółka, pani Ewa, jednak włączała się już wtedy poczta głosowa. Przełożona z banku próbowała skontaktować się z panią Beatą dwukrotnie: około godziny 8:20 – połączenie miało sygnał, lecz nikt nie odbierał – oraz około godziny 8:40, kiedy sygnału już nie było. Po godzinie 11:00 telefon pani Beaty zalogował się na krótko do sieci w Łobzie, do stacji BTS przy ulicy Zielonej.
7 października 2024 roku pan Jan – według jego relacji – przyjechał z Łobza na swoją posesję w Poradzu przed świtem cywilnym (około godziny 6:30; świt cywilny wypadał o 6:35) w celu przestawienia kilku uli. Około 7:05 widział, jak pani Beata wychodzi z dziećmi na przystanek, jednak sam – jak twierdzi – w tym czasie poszedł rąbać drewno na tyłach posesji.
Rodzice Jana wyjechali z posesji żółtym Fiatem Panda do Łobza (do przychodni oraz na zakupy) około godziny 7:40–7:50. Niedługo potem, o godzinie 8:29, posesję opuścił również Jan, udając się do Naćmierza po kamienie potrzebne na podjazd na nowo zakupionej działce.
O godzinie 8:36 czarny samochód terenowy Jana (Isuzu Trooper) został zarejestrowany przez kamerę w Bełcznej. Według relacji męża zaginionej przejechał on przez skrzyżowanie w Przemysławiu, gdzie skręcił w prawo na Naćmierz, a następnie zjechał na polną drogę prowadzącą do sterty kamieni położonej przy rozwidleniu. Zgodnie z tymi szacunkami powinien dotrzeć na miejsce około godziny 8:42. W odległości około 200–400 metrów od drogi łączącej Przemysław z Naćmierzem znajduje się biogazownia.
Następnie, według relacji Jana, po obejrzeniu dwóch stert kamieni wrócił on do wsi Naćmierz. Tam, po przejechaniu około 400 metrów, zatrzymał się przy domu gospodarza, aby zapytać, do kogo należą kamienie leżące przy drodze – miało to mieć miejsce około godziny 8:50–9:00. Następnie tą samą drogą wrócił na DW 148 i pojechał do Łobza, na ulicę Kolejową, do wynajmowanego mieszkania.
Żona gospodarza, z którą rozmawiał Jan, twierdzi jednak, że spotkanie miało miejsce między godziną 9:40 a 9:45. Pamięta to dokładnie, ponieważ zerknęła w tym czasie na zegarek, informując Jana, że właściciel kamieni będzie jadł śniadanie o 10:00 w Naćmierzu i Jan może do niego podjechać, aby uzgodnić sprawę. Jan minął jednak budynek, w którym posiłek spożywał właściciel kamieni, będący zarazem właścicielem biogazowni.
Również jeden ze świadków, pan Marcin – sąsiad pani Beaty i Jana z Poradza – twierdzi, że około godziny 9:50–10:00 widział, jak Jan jechał swoją terenówką ze spuszczoną głową polnymi drogami od strony wiatraków w kierunku Poradza. Sam pan Jan jednak temu kategorycznie zaprzecza.
Do mieszkania w Łobzie pan Jan – według relacji własnej oraz partnerki – miał wejść około godziny 9:20–9:30. Miał się tam umyć i przebrać, a następnie zabrać Agnieszkę, zmienić czarną terenówkę Isuzu na srebrnego Golfa kombi i pojechać z nią do swojej adwokat, a później do banku. Stamtąd ruszyli na posesję w Poradzu, dokąd dotarli około godziny 10:20–10:30.
W Poradzu Jan miał napić się kawy, po czym około godziny 10:50 wyjechać z ojcem srebrnym Golfem do biogazowni w Przemysławiu, gdzie miał dotrzeć około 11:00. Na miejscu zamierzał zdobyć numer telefonu do właściciela obiektu, aby umówić się na zakup kamieni.
W biogazowni Jan rozmawiał m.in. z pracownikiem na wadze oraz ze stróżem. Twierdzi, że po otrzymaniu numeru, po godzinie 11:00, zadzwonił do właściciela i uzgodnił z nim spotkanie w sprawie kamieni na sobotę. Właściciel biogazowni potwierdza, że Jan do niego dzwonił, jednak miało to miejsce dopiero około godziny 14:00.
Pracownicy biogazowni nie potwierdzają również, jakoby Jan przebywał na terenie zakładu między 11:00 a 11:30. Mężczyzna pilnujący stróżówki relacjonuje, że Jan pojawił się tam około 12:30, a inna pracownica pracująca przy komputerze wskazała nawet dokładną godzinę – 12:32.
Po wizycie w biogazowni Jan odwiózł ojca do domu w Poradzu, a sam po raz drugi pojechał do banku w Łobzie, gdzie według swojej relacji miał być między godziną 11:30 a 12:00. Podczas tej wizyty spotkał swojego brata Tomasza, męża Katarzyny – siostry pani Beaty. Z powodu dużej liczby interesantów w banku nie czekał w kolejce, lecz postanowił wrócić do Poradza na obiad, który na godzinę 12:00 miała przygotować jego partnerka Agnieszka.
O godzinie 13:10 autobus szkolny przywiózł dzieci ze szkoły w Bełcznie do Poradza. Na przystanku nie zastały one jednak mamy, dlatego same poszły do domu. Widział to ze schodów Tomasz, który właśnie miał jechać do banku w Łobzie, ale zawrócił do mieszkania i poinformował o tym fakcie swoją żonę, Katarzynę.
Drzwi do mieszkania pani Beaty były zamknięte, dlatego dzieci nie mogły wejść do środka i pobiegły po pomoc do cioci Katarzyny, mówiąc, że mamy nie ma w domu. Na podwórku widziały dziadka, który jednak nie wiedział, gdzie znajduje się synowa. Gdy wychodziły z posesji, przez okno kuchenne dostrzegli je Jan oraz Agnieszka. Jan – według relacji własnej oraz Agnieszki – zawołał do dzieci, te jednak pobiegły dalej do cioci Katarzyny.
Bezpośrednio po wyjściu dzieci z posesji Jan wyjechał Golfem do banku w Łobzie, a następnie udał się do sądu na rozprawę z bratem Tomaszem, zaplanowaną na godzinę 14:30. Według relacji Tomasza, po wejściu do banku około godziny 13:30 zastał on Jana już tam siedzącego. Oznacza to, że Jan musiał wyprzedzić go na trasie z Poradza do Łobza.
Natomiast pani Katarzyna, po otrzymaniu od dzieci informacji, że mamy nie ma w domu, a drzwi do ich mieszkania są zamknięte, około godziny 13:20 próbowała dodzwonić się do siostry. Telefon był jednak nieaktywny i włączała się poczta głosowa. Pani Katarzyna poszła więc do pani sołtys, która mieszka około 80 metrów od niej, i poprosiła ją o pomoc.
Kobiety prawdopodobnie otrzymały wiadomość z banku, że pani Beata nie dotarła tego dnia do pracy, dlatego zadzwoniły do dzielnicowego. Ten nakazał pani Katarzynie pójść z najstarszym synem pani Beaty do jej mieszkania i sprawdzić, co się stało oraz czy kobieta nie zasłabła. Pani Katarzyna wróciła do swojego domu, zabrała Marcela i wzięła zapasowy klucz do mieszkania siostry. Prawdopodobnie około godziny 13:40–13:45 weszła z Marcelem na posesję pani Beaty, a następnie do jej mieszkania.
W mieszkaniu nie zastali jednak nikogo ani nie zauważyli żadnych niepokojących śladów. Brakowało w nim także torebki, którą pani Beata zazwyczaj zabierała do pracy. Oprócz torebki wraz z kobietą zniknęły: jej telefon, portmonetka, klucze do mieszkania i samochodu, dokumenty osobiste, dokumentacja medyczna dzieci, a także walizka, bielizna oraz ubrania i buty, które miała na sobie.
Po przeszukaniu mieszkania pani Katarzyna z Marcelem zaczęli sprawdzać podwórko i posesję, jednak niczego nie znaleźli. Po godzinie 14:00 do pani Katarzyny zadzwoniła córka Olga, która skończyła pracę w sklepie w Łobzie. Po poinformowaniu o zaginięciu pani Beaty Olga zdecydowała się zgłosić sprawę na komendzie policji w Łobzie i od razu pobiegła tam z miejsca pracy.
Pani Katarzyna w trakcie rozmowy znajdowała się przy furtce posesji pani Beaty. Jej rozmowę z córką usłyszała przez uchylone okno kuchenne na parterze Agnieszka. Po tym połączeniu Agnieszka zadzwoniła do Jana, który czekał przed sądem na rozprawę. Podczas rozmowy telefonicznej Jan zobaczył swoją pełnomocnik zmierzającą do budynku, więc przerwał połączenie z partnerką i zaczął rozmawiać z adwokat.
Około godziny 14:30 rozpoczęła się rozprawa sądowa. Mniej więcej w tym samym czasie lub krótko po jej rozpoczęciu Olga dotarła na komendę policji w Łobzie, gdzie zgłosiła zaginięcie pani Beaty. Po około 20–30 minutach radiowóz pojechał z Olgą do Poradza, na miejsce dojeżdżając około godziny 15:15. Rozprawa sądowa zakończyła się jeszcze przed odjazdem radiowozu z Olgą, gdyż Tomasz – ojciec Olgi – przyjechał do Poradza przed wozem policyjnym.
Natomiast Jan po rozprawie pojechał do banku – był to już jego czwarty pobyt w tej placówce tego dnia. Policja po dotarciu na posesję pani Beaty weszła do jej mieszkania w towarzystwie Olgi i Katarzyny, aby sprawdzić, czy kobieta tam przebywa. Olga zauważyła wówczas, że wtyczka od kamery jest wyjęta z gniazdka. Jan przyjechał z banku na posesję w Poradzu około godziny 15:40. Około godziny 16:00 policja ponownie weszła do mieszkania pani Beaty – tym razem w obecności Jana, który twierdził, że sam wypiął wtyczkę z gniazdka na prośbę funkcjonariusza.
Mimo zakrojonych na szeroką skalę poszukiwań w sąsiednich lasach oraz akwenach (m.in. w jeziorze Klępnicko) do tej pory nie odnaleziono żadnych śladów pani Beaty – ani jej szczątków, ani zaginionych przedmiotów.
W materiale wykorzystano publicznie dostępne informacje, relacje świadków oraz oficjalne komunikaty opublikowane w mediach i internecie. Tekst został opracowany i zredagowany przy wsparciu narzędzi sztucznej inteligencji (AI) w celu weryfikacji spójności chronologicznej oraz korekty językowej.
https://zaginieni.policja.gov.pl/zag/form/r652779,KLIMEK-BEATA.html


Komentarze
Pokaż komentarze (4)