Pomysł wprowadzenia parytetów dla kobiet, to działanie niezwykle perfidne. Główną ofiarą tego projektu nie będą wcale mężczyźni, a kobiety. Szczególnie te najbardziej ambitne i wartościowe dla polskiej polityki.
W polskiej polityce jest za mało kobiet grzmią zewsząd feministki, oczywiście wszystkiemu winna jest szowinistyczna dyktatura samców i społeczne uprzedzenia. Jest na to jednak lekarstwo w postaci parytetów, które mają zapewnić „równouprawnienie”.
Wydawać by się mogło - rozwiązanie idealne, jedna ustawa, czary mary i mamy więcej kobiet w polityce, a wszyscy są szczęścili.
Niestety drogie panie feministki, nie jest to takie proste jak wam się wydaje.
Przede wszystkim, warto się zastanowić, czy same feministki nie odpychają kobiet od polityki.
Kto normalny chciałby startować w maratonie, ale rywalizując z biegaczami samemu jadąc na rowerze, bo łapie się na jakiś specjalny parytet, który ma zapewnić odpowiednią reprezentację w pierwszej dziesiątce. Taka sytuacja wydawać się, może nonsensowna, a jednak coś takiego chcą nam zafundować feministki.
Każda ambitna kobieta, ma taką samą szansę aby dostać się do parlamentu jak mężczyzna. Gwarantowanie jej miejsca na liście, to zwyczajne uwłaczanie jej godności. Bo dlaczego silnej pozycji na liście nie mogła by wywalczyć poprzez aktywność partyjną, taką samą jak jej koledzy. W każdej demokracji obowiązują pewne reguły, a feministyczne pomysły tworzenia parytetów to czynienie z części obywateli osoby drugiej kategorii, które z założenia potrzebują pomocy aby swoje cele osiągnąć.
Czyżby więc w mniemaniu feministek kobieta była gorsza od mężczyzny? Z ich działań wynika, że tak.
Kobiet jest mniej w polityce, ale czy to wynika z dyskryminacji, czy może mniejszego zaangażowania kobiet w tą sferę życia? Oczywiście są kobiety, które angażują się w politykę i odnajdują się w tym, ale może nie wszystkim to odpowiada. Mi zresztą też by nie odpowiadało, gdyby ktoś zakładał na moją działalność protezę parytetów dla dajmy na to ludzi noszących okulary ( kto zresztą wie, czy w przyszłości nie załapię się na parytet prawicowego oszołoma, jako gatunku ginącego, a potrzebującego minimalnej reprezentacji bez prawa głosu, dla zachowania pozorów pluralizmu w eurokołchozie ).
Zdobycie miejsca na liście w wyniku jakiś nonsensownych zapisów w prawie, zawsze będzie budzić podejrzenie ( zresztą słuszne ), czy moim kosztem w imię poprawności politycznej, nie usunięto z listy lepiej przygotowanych, ale nie łapiących się na parytet kandydatów.
Parytet to pomysł dobry dla osób, które wątpią w swoją wartość i potrzebują swoistej protezy, dla ochrony swoich interesów, czy takich kobiet potrzebujemy w parlamencie? Czy kobiety chcą tak być postrzegane? Szczerze wątpię i nie dziwie się, że kiedy media opanowały zgraje feministek i feministów walczących o równouprawnienie, kobiety, znające swoją wartość wolą trzymać się od polityki z daleka. I może tutaj mamy odpowiedź na mniejszą aktywność w polityce kobiet.


Komentarze
Pokaż komentarze (15)