Łukasz Bardziński Łukasz Bardziński
43
BLOG

Chamskie elity warcholskiej demokracji

Łukasz Bardziński Łukasz Bardziński Polityka Obserwuj notkę 2

Chamskie elity warcholskiej demokracji

 

Z przykrością informuję, że w poniższym tekście przytaczam wypowiedzi autentyczne. Jednocześnie będąc świadomym jak w polskim prawie przestrzegana jest swoboda wypowiedzi i nie dysponując środkami pozwalającymi opłacić adwokata, który w polskich realiach wybronił by mnie z wytyczonego procesu o zniesławienie, pozwalam sobie nie podawać nazwisk osób które wypowiadały cytowane przeze mnie słowa.

 

 

Zapewne dla wielu to co napisałem poniżej nie będzie odkrywcze, w końcu  jakie są nasze elity można się domyślać, że coś takiego jak „układ” funkcjonuje również, nie wspominając o istnieniu „salonu” i tym podobnych tworów różnie określanych przez publicystów, odgrywających różną rolę, ale posiadających jedną cechę wspólną – są niczym rak dla naszej ojczyzny, pasożytują na jej organizmie wprowadzając jednocześnie w swoisty „imposybilizm”, czy stan „pływania w kisielu”. Ale nie będę tutaj powtarzał tego co już napisali i powiedzieli mądrzejsi ode mnie i zanim przejdę do swoich refleksji, opiszę jak to wygląda wszystko w praktyce, posiłkując się co prawda cytowanymi z pamięci ale jednak wypowiedziami, które miały miejsce i zdarzeniami, które również są autentyczne.

 

„Wspólnie z kolegą W… mogliśmy interesik otworzyć w „mieście na północy Polski”, ale ten głupi chu… senator nie chciał nam pomóc, a byśmy rządzili połową tego miasta. Prawy i Sprawiedliwy chciał być, to teraz chu… nie ma kasy i dobrze mu tak”.

To nie są słowa z filmu gangsterskiego, nie są też to słowa postkomunistów, ani działaczy samoobrony,  których jako pierwszych byśmy mogli z naszej klasy politycznej o podobne wypowiedzi posądzić”.

Słowa takie padały z ust ludzi, którzy uważają siebie za bohaterów, „na początku lat 90 to oni rządzili” krótko i zwięźle przedstawiał kolegów wspomniany W…

 

„My byliśmy najbliżej Lecha i nie interesuje mnie co mówią o nim jacyś gówniarze”, „nawet jak donosił to co z tego?, ja wiem, że Wałęsa nikomu nic złego nie zrobił”, to były dość częste komentarze w tym środowisku. Ludzi, obecnie może zapomnianych, ale kiedyś mających swoje pięć minut dzięki temu że byli przy Lechu Wałęsie.

 

Wszystko dobywało się atmosferze dowcipów na temat PiSu, który w tym towarzystwie był partią passe, czasem dla kontrastu padały dowcipy o tematyce damsko męskiej delikatnie ujmując. Przykładowym dowcipem może być historia jak politycy PiS pojechali na obóz integracyjny. Adam Bielan w Przemysławem Gosiewskim spali w jednym namiocie i Bielan pyta się kolegi: - Przemek zabawiasz się  małym?

- Tak

- To baw się swoim!

 

Przykre to trochę, że osoby które powinny być wzorem, mają bardzo daleka drogę do ideału. Ktoś powie, że się czepiam, przecież w każdym siedzi taki cham, który czasem wychodzi, a że towarzystwo było swojskie to nikt nie liczył się ze słowami.

 

Otóż nie mogę się zgodzić z takim stanowiskiem. Taka postawa sprawia, że co wybory elity rządzące nami zasilają nowi - starzy przedstawiciele narodu z pod znaku warchoła. Owszem, nie stanowią oni jakiegoś wyjątku nawet w skali światowej, nie są tez jedynymi przedstawicielami narodu, bo przecież mamy wielu polityków prezentujących lub starających się prezentować dobre maniery.

 

Bo tak naprawdę pewne normy wynosimy z domu i nawet będąc na tak zwanym „luzie” pewien sposób zachowania jest nam po prostu obcy. Owszem może on nas śmieszyć, tak jak śmieszy prymitywizm serialu „Świat według kiepskich” i innych tego typu produkcji, ale w dłuższej perspektywie nie jest to wzorzec dla nas interesujący.

Przynajmniej tak jest dla tej części społeczeństwa, która jeszcze pewne normy kulturowe i zasady moralne uznaje.

 Mimo to elity w sporej części mamy takie jak widać, chociaż i tu nie był bym pewien. Bo należało by postawić pytanie czym takim naprawdę elita jest. Czy do miana elity społeczeństwa nobilituje sam statut finansowy lub sprawowanie władzy, czy elita o coś więcej. Czy czasem nie są to pewne obowiązki, zasady itd.  

Myślę, ze warto by powrócić debacie publicznej  do terminu „szlachectwo” którego używa Ortega y Gasset w „Buncie mas”. A w szczególności do szlachectwa nabytego. Uszlachetnienia człowieka przez pracę i naukę,  przez jego czyny, które sprawiają że w pewnym momencie życia nawet jeżeli zaczynał w slumsach, może stać się członkiem elit, prawdziwych elit.

I z pewnością pracą i zasługami nie jest tutaj rewolucja, która właśnie masy wynosi do elit.

W ten sposób najpierw osadzono u nas drogą siłową władze rekrutujące się po 1945 z marginesu społecznego, a po rewolucji solidarności, w latach 90, z przykrością to stwierdzam pojawiło się wiele osób, których nie dość, że wątpliwe stają się zasługi dla odzyskania niepodległości, co ich kwalifikacje dla sprawowania władzy pozostawiają wiele do życzenia.

Jest to też wielki minus demokracji, że poklask zyskuje, nie ten co mówi prawdę, a ten co mówi ładnie, lub sugeruje, podkreślmy że tylko sugeruje, że tak jak jego elektorat pochodzi z nizin społecznych i jak najbardziej będzie rozumiał potrzeby wyborców kiedy już upragniona władze posiądzie.

Ośmielę się stwierdzić, że część działaczy solidarności ogarnęła pod koniec lat 80 XX wieku żądza władzy, za wszelką cenę chcieli otrzymać stanowiska, nie ważne były koszty, odsuwano takich jak Andrzej Gwiazda, bo za uczciwy, a dogadywano się z reżimem komunistycznym bo to on rozdysponowywał stanowiska. Władze demoralizuje, pieniądze również, szczególnie kiedy zdobywają je osoby w normalnych warunkach nie zdolne do zapracowania na takie zaszczyty, z tąd mamy takie elity jakie mamy. Wcale nie gorsze od zachodnich, może trochę z nasza swojską nutką, Ale czy to znaczy, że nie mamy ich zmieniać? Osobne pytanie to takie czy kolejne pokolenie będzie wstanie podnieść poprzeczkę. Potraktuje politykę jako cel, a nie środek do „by żyło się lepiej” Zacznie żyć „dla polityki”, a nie „z polityki”.

Myślę, że tak, mimo wszystko nasz elity się reformują, mamy już choćby w sejmie pozytywne przykłady. Myślę, ze zarówno Paweł Poncyliusz jak i Jarosław Gowin mogą być tutaj zapowiedzią lepszych czasów.

Tak naprawdę kiedy te czasy nadejdą zależy głównie od nas samych i naszych wyborów.

Może wówczas spotkania prywatne polityków zaczną przypominać salony intelektualne, a nie rozmowy gangsterów i koneserów taniego wina, ze specyficznym poczuciem humoru.

urodzony w roku 1984, marzy o świecie będącym przeciwieństwem książki Orwella, z której tytułem jego urodziny się zbiegły. Politolog, przez monarchistów uznany za przedstawiciela romantyzmu politycznego. Uwielbia poznawać świat i odkrywać pozapolityczne aspekty romantyzmu. Pisze i czyta w dużych ilościach. Najlepiej przy akompaniamencie dobrego rocka w tle.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Polityka