Teczuszka Stańczyka
Oto naści twoje wiosło: błądzący w odmętów powodzi, masz tu kaduceus polski, mąć nim wodę, mąć.
496 obserwujących
711 notek
4053k odsłony
  4115   4

Co i do kogo mówił Andrzej Duda w Kijowie

Jeżeli wystąpienie polskiego prezydenta było zaplanowane na chłodno i miało służyć osiągnięciu konkretnych celów, to można je uznać za sprawne i dobre. Jeśli szło z duszy i serca - to jest gorzej, niż można było sądzić.

Wystąpienie prezydenta Andrzeja Dudy w ukraińskim parlamencie było całkiem dobre i sprawne. Pod jednym warunkiem: że pan prezydent miał pełną świadomość, co, w jakim celu, okolicznościach i po co to wszystko mówi. A tego już całkowicie pewny nie jestem.

W polityce międzynarodowej liczą się przede wszystkim fakty, ale też liczą się słowa, o ile słowa są instrumentem uprawiania polityki. Ponieważ – czy nam się to podoba czy nie – opinia publiczna wpływa zawsze w pewnym stopniu na decyzje polityczne, oddziaływanie na nią daje także jakiś wpływ na politykę. Nie można jednak ulegać złudzeniu, że poprzez oddziaływanie na opinię publiczną będzie się bez reszty i całkowicie kształtować politykę obcych państw.

Można się zastanawiać, do kogo tak naprawdę swoje słowa kierował Andrzej Duda i na co były obliczone.

Po pierwsze – co oczywiste – mówił do obecnych na sali ukraińskiego parlamentu deputowanych. I mówił im dokładnie to, co mogliby chcieć usłyszeć: o ukraińskim samostanowieniu, o drodze do Europy, o właściwie bezwarunkowej polskiej przyjaźni i o tym, że nasze kraje wspólnie otwierają nowy rozdział wzajemnych relacji. Zakładam, że większość obecnych na sali była autentycznie oczarowana – przynajmniej w chwili, gdy polskiego prezydenta słuchali.

Co może z tego wyniknąć? Płaszczyzny są dwie: pierwsza – społeczna i historyczna, druga – obejmująca twarde interesy. W tej pierwszej faktycznie może nastąpić przełom. Polacy, czemu trudno się dziwić, mają dzisiaj wśród Ukraińców znakomitą opinię, sympatia do naszego kraju jest zaiste ogromna. (Nie będę tutaj po raz kolejny wyjaśniał, dlaczego uważam, że kwestie historyczne wcale nie determinowały stosunku Ukraińców do Polaków, wbrew temu, co w Polsce twierdzą niektórzy ukrainfobi.) I to bez wątpienia jest pewien kapitał – choćby w tym sensie, że można przynajmniej przez jakiś czas tę sympatię wykorzystywać do tworzenia subtelnego nacisku na ukraińską klasę polityczną, żeby pewne sprawy załatwić. Wśród tych do załatwienia w przyszłości, kiedy będzie już można o tym spokojnie myśleć, jest uczciwe podejście do zbrodni wołyńskiej. (Teraz na pewno nie jest na to dobry moment, co nie znaczy, że Polacy mają o tej sprawie zapomnieć.)

Jednak przede wszystkim ten nacisk ukraińskiej opinii publicznej może mieć znaczenie, gdy przyjdzie do spraw konkretnych, a więc przede wszystkim – mówiąc wprost – do decydowania, kto i ile zarobi na odbudowie Ukrainy.Polska ma pełne prawo oczekiwać tutaj specjalnego i preferencyjnego traktowania, ponieważ ponieśliśmy największe koszty związane z wojną. Tyle że wcale nie ma gwarancji, że się tak stanie. Uważna obserwacja poczynań Kijowa musi prowadzić do wniosku, że Zełeński gra bardzo sprytnie: dbając przede wszystkim o interes Ukrainy, walczy jak lew o wsparcie dla swojego kraju, ale też nikogo nie odtrąca całkowicie. Ba, Kijów potrafi nawet przepraszać się z tymi, którzy po stronie zachodniej są najbardziej winni tego, co spotkało Ukraińców, czyli z Niemcami. Dla każdego coś miłego.

Niemcy pozostają dla ukraińskich firm atrakcyjnym partnerem, w handlu płacą za deficytowe towary więcej niż Polacy, zaś Polska ze swoim nieustającym oficjalnym entuzjazmem bywa traktowana jako sprzymierzeniec, o którego już nijak starać się nie trzeba, którego pomoc nie wymaga żadnej wzajemności, bo jest gwarantowana. To polscy politycy doprowadzili do takiej sytuacji i to był wielki błąd, choć można ich od biedy usprawiedliwić tym, że uważali, iż Ukraińców trzeba koniecznie zachęcać do walki, aby powstrzymali Rosjan na terenie własnego państwa. Mimo wszystko zabrakło w tej grze subtelności i przebiegłości, do których chyba nasza klasa polityczna po prostu nie jest zdolna.

Taki symptom – bezwarunkowego sojusznika – już przećwiczyliśmy, a właściwie ćwiczymy od dwóch dekad ze Stanami Zjednoczonymi. Zaczęło się przynajmniej od momentu, gdy Polska przybiegła na pierwsze wezwanie, aby wziąć udział w amerykańskiej operacji w Afganistanie. Bilans całości jest ambiwalentny, z lekkim wskazaniem na plus. Mogło być jednak znaczenie lepiej; mogliśmy znacznie umiejętniej grać na kilku fortepianach naraz.

Ukraińscy deputowani byli bez wątpienia uniesieni momentem przemówienia polskiego prezydenta. Ale jakie decyzje podejmą potem, realizując swoje interesy? Nasz obraz Ukrainy – nie wiem, czy także obraz, jaki ma prezydent Duda – jest w tej chwili skrajnie wyidealizowany. To także wina mediów, które postanowiły abdykować z jakichkolwiek prób rzetelnego pokazania i samej wojny (ponieważ dostajemy jedynie propagandę wojenną jednej strony – myślę tutaj o przebiegu walk), i Ukrainy jako państwa, gdzie przecież wciąż istnieją – owszem, przytłumione, ale istnieją – polityczne spory, partykularyzmy regionalne, interesiki elity i potężna korupcja, przy której ta polska chowa się ze wstydem w kącie. To dzięki korupcji w ukraińskiej straży granicznej mogli już podczas wojny wjeżdżać do Polski mężczyźni, których dziś widzimy w najlepszych samochodach na polskich ulicach. Zaś spory polityczne docierają do nas jako choćby kłótnia wokół tego, czy rząd w Kijowie zrobił wystarczająco wiele dla ocalenia Mariupola i dla pomocy żołnierzom broniącym Azovstalu.

Lubię to! Skomentuj66 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka