Na kilka dni wylądowałem w Krakowie. To jedno z moich dwóch ulubionych miast (drugie to Gdańsk). Uwielbiam siadać w którejś z kawiarni przy Rynku Głównym i spokojnie pić sobie kawę. Bo lubię się czasem polenić, a Kraków jest leniwy i śpieszyć się nie lubi, tak całkiem niewspółcześnie.
Jarosław Marek Rymkiewicz narzeka w „Wieszaniu", że z powodu tego galicyjskiego, mieszczańskiego nastawienia nawet w czasie rewolucji, czy może raczej jej namiastki, krakowianie nie potrafili porządnie zbroczyć rynku krwią. W czasie, gdy w Warszawie wściekły tłum stawiał na wyścigi szubienice, w Krakowie zgładzono jednego domniemanego szpiega, i to na dodatek jakby z lekka wstydliwie, bez należytego przekonania i nieco mimochodem, a obecny przy egzekucji oddział wojska nie miał nawet jednolitych mundurów.
Do Krakowa pasuje mi jakoś prezydent Jacek Majchrowski. Niekoniecznie światopoglądowo, bo inteligencki Kraków nie był nigdy specjalnie lewicowy, ale wizerunkowo. Moi znajomi krakowianie twierdzą, że pan prezydent się nie przepracowuje, może wręcz się leni, ale od czasu do czasu potrafi zrobić coś po krakowsku efektownego. Jest taki galicyjski.
Niektóre jego posunięcia uważam zresztą za ciekawe. Teraz na przykład trwa akcja oduczania turystów dawania pieniędzy żebrzącym dzieciom. Tych jest wokół Rynku pełno. Ja z zasady nie zasilam namolnych żebraków, ale wiele osób to robi. Spece od trudnych środowisk w Krakowie stwierdzili, że sytuacja żebrzących dzieci często wcale nie jest taka zła, a żebraninę traktują one jak sposób na łatwy zarobek, wyciągając z niej całkiem niezłe pieniądze (także w obcych walutach). Oczywiście z tego typu sposobem zarobkowania wiąże się mnóstwo patologii, a żebrzące dzieci nie dbają o naukę. Dlatego na stolikach w wielu krakowskich kawiarniach, z inicjatywy ratusza, umieszczono w plastikowych stojaczkach kartki z apelem, żeby nie dawać pieniędzy i nie psuć dzieciom dzieciństwa.
Czeka mnie jeszcze wycieczka na Wawel, do katedry. Staram się do niej pójść za każdym razem, gdy jestem w Krakowie i nigdy mi się to nie znudzi. Nie ma w Polsce drugiego takiego miejsca, które byłoby streszczeniem naszych dziejów, pomieszczonym na kilkuset metrach kwadratowych. Warszawa i jej zabytki są przecież w większości sztuczne - odbudowane po wojnie praktycznie od zera. Jeśli przetrwał tam jakich duch czasów, to raczej z lat 50. czy 60. Kraków stoi nietknięty od setek lat - choć oczywiście wiele razy przebudowywany, co dotyczy także katedry. Każdy cudzoziemiec, któremu się wydaje, że polskie państwo powstało w 1989 roku, powinien zaliczyć wizytę na wawelskim wzgórzu, obejść wszystkie królewskie sarkofagi, zejść do krypty wieszczów. Znajomi, którzy mieli okazję oprowadzać po katedrze obcokrajowców, mających nikłe pojęcie o historii tej części Europy, opowiadali, że robiło to piorunujące wrażenie. Jako suplement warto zrobić sobie spacer do kościoła na Skałce.
Nie warto natomiast zapuszczać się na zamek wawelski. Byłem tam niecały rok temu, pierwszy raz po długiej przerwie, i wyszedłem mocno rozczarowany, a nawet podrażniony. Muzeum Zamku Wawelskiego kultywuje wszystkie kretyńskie, najgorsze tradycje polskiego muzealnictwa, tego spod znaku gablotek nie odkurzanych od 50 lat.
W samym zamku autentycznych z nim związanych przedmiotów właściwie nie ma. Gdy polskie społeczeństwo odkupiło go od państwa austriackiego na początku XX wieku (o ile mnie pamięć nie myli), był w straszliwym stanie. Nie było mowy, żeby zachowało się tam cokolwiek poza oryginalnym sufitem w kilku pomieszczeniach z czasów augustowskich. Co więc w komnatach zamkowych stoi, to jest pozbierane w innych miejscach lub zrekonstruowane. Słynnych głów wawelskich było oryginalnie o wiele więcej niż widać dzisiaj.
Innymi słowy - nie mamy do czynienia z żadnym wyjątkowo cennym wyposażeniem ani wnętrzami. Mimo to na Wawelu obowiązują dwie zasady, które w każdym muzeum doprowadzają mnie do pasji: po pierwsze - obowiązek grupowego zwiedzania; po drugie - zakaz fotografowania. Ten drugi jest szczególnie idiotyczny, bo na Wawelu nie ma nic - dosłownie nic - czemu fotografowanie bez flesza mogłoby zaszkodzić. Jeżeli Francuzi pozwalają fotografować w Luwrze Monę Lizę, to czemu, do diabła, dyrekcja muzeum na Wawelu nie pozwala sfotografować nie tylko arrasów, ale nawet mieczów w zbrojowni?! Ba, fotografować nie wolno nawet na wystawie „Wawel zaginiony" (zresztą, moim zdaniem, najciekawszej, a akurat najmniej popularnej), gdzie ogląda się głównie szczątki po dawnych wawelskich budowlach.
Co ciekawe, z fotografowaniem nie ma najmniejszego problemu w katedrze, gdzie również wiszą niektóre z arrasów, a jej wyposażenie jest o wiele cenniejsze niż to, co można obejrzeć na zamku. Podobnie jest w kościele mariackim.
Nie ma też żadnego problemu z fotografowaniem w Muzeum Czartoryskich, tyle że to muzeum - jak objaśnił mnie podczas zeszłorocznej wizyty mój znajomy, Andrzej Nowak, redaktor „Arcanów" - jest w prywatnych rękach. W związku z czym wystarczy kupić specjalną przepustkę fotograficzną za bodaj około 10 zł i można cykać do woli, łącznie z „Damą z gronostajem". Oto kolejny przykład na wyższość własności prywatnej na państwową.
Rygory, panujące na wawelskim zamku, uważam zresztą za czystą złośliwość i dowód umysłowego skostnienia tamtejszego kierownictwa. Nie ma żadnego praktycznego powodu, aby nie pozwalać turystom na robienie zdjęć. Gdy do tego dorzucić wprost horrendalne ceny biletów (zwiedzenie całości, czyli wszystkich ekspozycji, kosztuje dorosłą osobę około 60 złotych), wynika stąd jasny wniosek: omijać szerokim łukiem. Lub odwiedzać nie częściej niż raz na 10 lat.
Centralnym punktem katedry jest oczywiście konfesja św. Stanisława, a obok kościoła na Skałce jest cudowna sadzawka, gdzie według legendy leżały niegdyś poćwiartowane zwłoki biskupa, których strzegły szybujące w górze orły. Ciekawe, jak legenda św. Stanisława jako postaci idealistycznej i szlachetnej żyje od wieków własnym życiem, kompletnie niezależenie od historycznej prawdy. A przecież badacze od lat już odbrązawiają postać biskupa, wskazując, że jego działania wobec Bolesława Śmiałego były w gruncie rzeczy antypaństwowe i kara mu się należała. Inna sprawa, że Bolesław źle wyliczył jej skutki, zwłaszcza w specyficznej wówczas atmosferze, gdy ledwie kilka lat wcześniej cesarz Henryk stał upokorzony u bram zamku w Canossie. Duże wrażenie robi ton, w jakim o królu Bolesławie i biskupie Stanisławie pisze Jasienica. Ten pierwszy - wybitny mąż stanu, owszem, trudnego charakteru, ale dbający o kraj i państwo i działający w imię racji stanu. Ten drugi - broniący partykularnego interesu w bezpardonowy sposób. Jasienica chyba całym sercem był po stronie Bolesława, może tylko - jako jednak nie tylko publicyście, ale i historykowi - nie wypadało mu tego otwarcie podkreślać. Ale i tak można to wyczytać między wierszami.
Na razie zatem byczę się w Krakowie i wszystkie stołeczne polityczne szaleństwa wydają się mocno oddalone. To naprawdę dobrze robi. Polecam.


Komentarze
Pokaż komentarze (38)