Źródło: Internet
Źródło: Internet
Łukasz Warzecha Łukasz Warzecha
309
BLOG

Wziąć Zandberga za twarz

Łukasz Warzecha Łukasz Warzecha Sejm i Senat Obserwuj temat Obserwuj notkę 7
W uzasadnieniach projektów ustaw politycy kpią z obywateli w żywe oczy. Pora wziąć ich za gębę i ukrócić ich radosną twórczość. Zwłaszcza tam, gdzie w grę wchodzi ograniczanie wolności obywateli.

OSR to ocena skutków regulacji. W przypadku polskiej legislacji jest obowiązkowa wyłącznie dla projektów rządowych. W poselskich już być jej nie musi (co nie znaczy, że nie może), tam wystarczy zwykłe uzasadnienie. Nie ma to jednak większego znaczenia, ponieważ zarówno OSR, jak i uzasadnienia są kpiną z obywateli.

Jeżeli weźmiemy do ręki projekt, w którym jest OSR, to znajdziemy tam obowiązkowy punkt, w którym pojawia się pytanie, czy można było zastosować alternatywne rozwiązanie. Odpowiedź na to pytanie w kolejnych projektach ustaw wygląda jakby była tam umieszczana poprzez akcję kopiuj-wklej. Bez wyjątku autorzy projektów stwierdzają, że oczekiwanego efektu nie dało się absolutnie osiągnąć w żaden inny sposób, przy czym nigdy nie przedstawiają na to żadnych dowodów. Jaki jest zatem sens umieszczania tej sekcji w OSR? Żaden. To gra pozorów.

Oczywiste jest, że jeśli nad projektantami legislacji nie ma bata, to OSR nie będzie mieć sensu. Autorzy projektów ustaw umieszczą tam po prostu to, co im będzie pasowało, a nie istnieje żadna struktura, która na etapie projektowania prawa oceniłaby obiektywnie skutki jego wprowadzenia lub przynajmniej zweryfikowała, czy uzasadnienie (względnie OSR) zawiera to, co powinno oraz czy jest sporządzone rzetelnie.

Polska staje się krajem koszmarnie przeregulowanym, a kolejne zakazy projektuje się rzekomo w imię naszego dobra. Najlepszym przykładem są dwa absurdalnie restrykcyjne antyalkoholowe projekty Nowej Lewicy i Polski 2050. Oba zresztą wywołują zasadne oskarżenia o ukrywany lobbing.

Wielokrotnie wskazywałem, jak powinien wyglądać proces dobrej legislacji, zaczynając od tego, że w przypadku uchwalania ustawy zawierającej nakazy czy zakazy powinien istnieć obowiązek uchylenia co najmniej dwóch innych tego typu regulacji, tak aby ich sumaryczna liczba spadała. Chcecie coś uregulować? Wskażcie dwie regulacje do skasowania. Nie umiecie? To nie wprowadzicie kolejnej.

W Davos Donald Trump chwalił się, że od czasu objęcia przez niego rządów w Białym Domu na jedną wprowadzoną regulację przypada aż 129 uchylonych. I jeśli przyjąć szeroką definicję regulacji – nie tylko jako wprost obowiązującą ustawę – to prezydent USA ma rację. Taką niesamowitą statystykę potwierdza państwowe Office of Management and Budget. Można? Można.

Poza powyższym warunkiem kolejność działań powinna być następująca. Najpierw należy zweryfikować, czy dany problem faktycznie istnieje. Już tutaj wiele pomysłów regulacyjnych powinno upaść. W tym te dotyczące alkoholu, którego konsumpcja w Polsce systematycznie spada, a w ostatnim czasie duży odsetek Polaków deklaruje ograniczanie spożycia (55%) lub nawet abstynencję (21% - badanie Warsaw Enterprise Institute). W dodatku obecność jakiegoś problemu, dotyczącego jedynie grupy ludzi – w tym wypadku osób mających problem z nadużywaniem alkoholu – nie jest powodem, aby wprowadzać regulacje dotykające wszystkich.

Gdyby uznać, że problem faktycznie jednak jest i ma zasięg uniwersalny, należałoby zweryfikować, czy nie istnieją już regulacje, mające go rozwiązywać. Jeśli istnieją, to czy działają? A jeśli nie działają – co trzeba by wykazać – to dlaczego? Czy dlatego, że same regulacje są źle pomyślane, czy może z powodu wadliwej egzekucji? Może w takim razie nie ma potrzeby mnożyć regulacji, a wystarczy poprawić egzekwowanie już istniejących? A jeżeli to same regulacje są nieodpowiednie, to chyba jasne jest, że uchwalenie nowych powinno powodować skasowanie dotychczasowych, a nie nakładanie jednych na drugie.

Jeżeli okazałoby się, że nowe regulacje są faktycznie niezbędne, to należałoby wykazać, że muszą mieć rzeczywiście taki zakres, jaki zaplanowano. Założenie powinno być takie, że tam, gdzie ograniczana jest wolność i prawa obywateli, regulacje mają być jak najbardziej punktowe i mają mieć jak najmniejszy zasięg.

Dodatkowo powinien istnieć okres, po którym obowiązkowe stawałoby się sprawdzenie, czy wprowadzone regulacje cokolwiek zmieniły i osiągnęły zakładany efekt, a także czy nie pociągnęły za sobą niekorzystnych skutków ubocznych. Gdyby efektów nie było albo gdyby skutki uboczne były poważne, regulacja powinna być znoszona.

Czy łatwo jest stworzyć system legislacyjny, podlegający takim regułom? Zapewne nie, bo musiałby on zawierać kilka instytucji, zdolnych do możliwie zobiektywizowanej oceny regulacji. Ale nie jest to w żadnym razie niemożliwe. Jeżeli ktoś tak twierdzi – kłamie lub co najmniej wykazuje się złą wolą.

Na moją opinię w tej sprawie oburzył się niedawno na X pan Adrian Zandberg z Razem, czyli ze skrajnej lewicy, która uwielbienie dla regulowania ludziom życia ma w genach co najmniej od czasów swojego ojca fundatora, towarzysza Lenina. Stwierdził, że oznaczałoby to prawo większości sejmowej do uwalania każdej ustawy opozycji. To obłudny argument. Po pierwsze – w polskich warunkach projekty mniejszości i tak są uchwalane od wielkiego dzwonu i większość nie potrzebuje specjalnych dodatkowych instrumentów, żeby ich nie uchwalać. Po drugie – to właśnie projekty większości powinny być przede wszystkim poddawane skrupulatnej ocenie, bo to one z zasady są uchwalane. Po trzecie – istnieją całkiem nieźle pracujące instytucje opiniodawcze, takie jak Biuro Legislacyjne Sejmu. One mogłyby być podstawą do kontroli projektów.

Skądinąd wcale nie dziwi mnie stanowisko pana Zandberga. Wszak członkowie ugrupowań, które szczególnie uwielbiają ustawiać innym życie – a łatwiej jest wymienić w polskich warunkach te, które do tego nie dążą niż te, które tego właśnie chcą – drżą na myśl o tym, że ich radosna twórczość napotkałaby jakąś barierę. Ja powiedziałbym im to, co mówią często zwolennicy regulacji ich przeciwnikom, kipiąc ojkofobią wobec współobywateli i twierdząc, że trzeba ich brać za mordę, bo inaczej się nie nauczą: niestety, ktoś musi wziąć za mordę polityków, bo zrobili sobie z naszego ładu prawnego i wolności pole głupich eksperymentów i populistycznych gierek. Panie Zandberg i inni: dość!

Udostępnij Udostępnij Lubię to! Skomentuj7 Obserwuj notkę

Oto naści twoje wiosło: błądzący w odmętów powodzi, masz tu kaduceus polski, mąć nim wodę, mąć. Do nieznajomych zwracamy się "pan", "pani".

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (7)

Inne tematy w dziale Polityka