Łukasz Warzecha Łukasz Warzecha
159
BLOG

Obrazek rodzajowy z Kazimierza w Krakowie

Łukasz Warzecha Łukasz Warzecha Kultura Obserwuj notkę 45

Po wizycie w Wieliczce, którą należy zaliczyć do udanych (muzeum zorganizowano na światowym poziomie, można fotografować bez ograniczeń po wykupieniu zezwolenia za 10 zł, na dole w strefie usługowej działają komórki; jedyne zastrzeżenia do niektórych przewodników), poszliśmy późnym popołudniem z żoną na Kazimierz, głównie w celach gastronomicznych. Od razu się przyznaję: Kazimierza dobrze nie znamy, ten etap jest jeszcze przed nami. Chcieliśmy zacząć od warstwy restauracyjnej.

Doszliśmy do rynku (mam podejrzenie, ale może ktoś mi to potwierdzi, że w komisariacie na tym rynku oraz przed nim kręcono sceny z „Vinci" Machulskiego), gdzie wybraliśmy podwórko dawnej synagogi Poppera, na którym swoje stoliki rozstawiła restauracja Alef. Jedzenie było bardzo zacne, obsługa miła i sprawna - mogę polecić z czystym sumieniem, a ja naprawdę lubię wydziwiać.

Po kolacji postanowiliśmy się jeszcze przespacerować po rynku - na więcej czasu już nie mieliśmy. Idąc niespiesznie, trafiliśmy przed bramę synagogi Remu. Sobota wieczór, więc akurat zmierzała do niej spora grupa żydowskiej młodzieży, a za nią kilku chasydów w tradycyjnych strojach. Przypomniał mi się tekst z „Przekroju" sprzed kilku tygodni, opowiadający o tym, jak się zachowują i jak są chronione wycieczki izraelskiej młodzieży do Polski, a właściwie wyłącznie do Auschwitz. Tekst był mocny, choć właściwie podsumowywał tylko to, co i tak było wiadomo: że wbrew międzynarodowym przepisom do Polski wpuszczani są uzbrojeni izraelscy ochroniarze, że młodzież jest przez nich kompletnie izolowana od otoczenia, że ochroniarze potrafią być bez uzasadnienia brutalni, także wobec polskich obywateli, którzy następnie nie mają praktycznie możliwości dochodzenia swoich racji, że policja w Krakowie (bo głównie o Kraków chodziło) wykracza poza swoje uprawnienia np. zamykając całe kwartały ulic, żeby wycieczka z Izraela mogła spokojnie wysiąść z autokaru. Były też rozsądne wypowiedzi polskich Żydów, wskazujących słusznie na całkowity bezsens tak zorganizowanych wycieczek. I były jakieś mętne tłumaczenia polskich władz, dlaczego izraelskie wycieczki mają tu specjalne prawa.

Otóż o tym wszystkim sobie przypomniałem, widząc zdążających do synagogi Remu młodych Żydów, najprawdopodobniej amerykańskich, ponieważ mówili po angielsku. Oni nie mieli żadnej ochrony, podobnie zresztą jak spieszący za nimi chasydzi. To był miły widok, bo dla mnie oznaczał rzecz oczywistą: że ci ludzie mogą się tu czuć bezpiecznie i że nie przyszło im do głowy otaczać się armią uzbrojonych byłych agentów Mossadu. Że nie ulegli psychozie, którą kultywują wycieczki izraelskiej młodzieży, potencjalnie przecież znacznie mniej narażone na jakieś ataki, gdyby takie miały w ogóle nastąpić, niż ubrani w kapelusze i noszący pod kurtkami tałesy chasydzi. Przeciwnie - wyglądali na rozluźnionych, śmiali się, żartowali, szli w małych grupkach, a nie zwartej tyralierze.

Staliśmy tak przed wejściem do synagogi, rozmawiając sobie o tym, że w Polsce Żydzi mogą się czuć bezpieczniej niż np. we Francji, gdy obok nas pojawił się osobnik, który przez moment podał moje przekonanie w wątpliwość. Osobnik ów miał na sobie strój morro, na rękawie widniała naszywka z napisem „Military Police", na głowie nosił niby wojskową czapkę z daszkiem, ale widać było, że ostrzyżony jest na zero, na nogach miał czarne glany, na dłoniach rękawiczki, a na smyczy trzymał czarnego rottweilera. Obok była jego żona, wysoka, postawna blondynka, a z nią ich dziecko - mały blondynek w okularach.

Żona i dziecko niby mogli łagodzić wrażenie, jakie wywierał sam jegomość, ale jakoś nie łagodzili. Zwłaszcza gdy jegomość zatrzymał się przed samą bramą synagogi, spoglądając za spieszącymi na modlitwę Żydami. I - jak powiadam - już miałem zwątpić w moje przekonanie o Polsce jako kraju przyjaznym dla Żydów, gdy ów groźnie wyglądający osobnik odezwał się do swojej żony, wskazując na tabliczkę na bramie synagogi: „Was ist das?".

Nie znam niemieckiego, ale nie ulegało wątpliwości: osobnik nie był rodzimy, pochodził zza Odry. Zaczął z żoną wymieniać uwagi na temat budowli, przed którą się zatrzymali. Nie znając języka, mogłem sobie do tej absurdalnej sceny dopisać odpowiedni dialog:

- Helga, z którego roku ta synagoga?

- Z XVI wieku, Helmut.

- Ah ja, bardzo stara, spieprzyliśmy robotę, że ona tu jeszcze stoi.

Tam ci młodzi, śmiejący się amerykańscy Żydzi, idący na modlitwę, a tutaj facet, który chyba tylko z powodu uregulowań prawnych nie miał na sobie pieczołowicie odtworzonego munduru SS-manna. Coś takiego mogliby wymyślić tylko Monty Pythoni.

Gdy jegomość odszedł już na pewną odległość, w bramie stanął człowiek w kipie na głowie. Spojrzał za odchodzącą uroczą niemiecką rodzinką i zawołał do kogoś w głębi podwórka: „Ty, zobacz, jaki śmigło Helmut poszedł". Faktycznie, przybysz zza Odry nie mógł mieć wszystkiego po kolei. Skoro jednak był zza Odry, to problem również leży tam, nie u nas. I z tą krzepiącą myślą wróciliśmy na kwaterę.


P.S. Jeśli ktoś chce rzucić okiem na kilka fotek z piątkowego spotkania w Krakowie, niech kliknie tutaj. Niestety, na zdjęciach nie ma wszystkich, za co bardzo przepraszam. Uczestników pozdrawiam; tych, których nie spotkałem, mam nadzieję spotkać wkrótce.

Udostępnij Udostępnij Lubię to! Skomentuj45 Obserwuj notkę

Oto naści twoje wiosło: błądzący w odmętów powodzi, masz tu kaduceus polski, mąć nim wodę, mąć. Do nieznajomych zwracamy się "pan", "pani".

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (45)

Inne tematy w dziale Kultura