Na stronie IPN pojawił się kolejny materiał na wrzutkę Cezarego Gmyza do sobotniej Rzepy z cyklu, jak tam wszystko sprawnie działa dzięki świetnemu kierownictwu:
Dziennikarz (autor) tego dziennika nie poda zatem Czytelnikom, że postępowanie w samym IPN trwało aż 1 rok i 5 miesięcy – od 10.12.2010 r. – w sytuacji, gdy zachowała się teczka Gmitruka. Gmitruk oświadczenie lustracyjne złożył w związku z wyborami parlamentarnymi w 2007 r. Do listopada 2010 r. nic się z oświadczeniem nie działo (przez 3 lata), mimo że sygnatura teczki widnieje na tzw. liście Wildsteina. Czynności OBL IPN nie podjęto w normalnej procedurze, tylko z powodu ukazania się publikacji w „Warszawskiej Gazecie”.
Jeśli nie Gmyz w Rzepie, to ja tutaj odtrąbię sukces:
po 4 i pół roku sprawa zgodności z prawdą oświadczenia lustracyjnego Janusza Gmitruka trafiła JUŻ do sądu.
W dodatku Gmitruk pełni eksponowaną, ale nie publiczną funkcję, więc ewentualny niekorzystny wyrok będzie miał znaczenie prestiżowe.
O wiele większe konsekwencje publikacji o tej teczce ponieśli już dawno pracownicy IPN podejrzani o przekazanie jej autorowi namiarów na Gmitruka. Podawanie namiarów na Gmitruka jest karalne z racji jego znajomości z p.o. Prezesa IPN i poprzednim dyrektorem BUiAD IPN.
Odtrąbię kolejną sprawę, której Gmyz nie zdołał dotychczas wydzwonić: w IPN odbyło się polowanie na czarownice, których winą było ukłonienie się autorowi publikacji na korytarzu IPN.
A co ze sprawą oświadczenia lustracyjnego Jakuba Borawskiego pełniącego skromną funkcję z-cy dyr. Biura Analiz w Kancelarii Sejmu złożonego w grudniu 2007 r.? Czy naprawdę jego stanowisko wpisano przypadkowo do wykazu składających oświadczenia?


Komentarze
Pokaż komentarze