Ostatnimi czasy dyskusja o Kościele w Polsce nie skupia się na faktycznych problemach tejże wspólnoty, lecz na problemach definiowanych, jako zachowania co bardziej „medialnych” przedstawicieli duchowieństwa.
Oczywiście prym tutaj wiedzie osławiony, by nie rzecz „święty za życia” ks. Lemański, który już od jakiegoś czasu kreowany jest na ikonę nowego, lepszego i oświeconego Kościoła. Dla jasności nadmienię, że nie mam pretensji o obecność księdza na Przystanku Woodstock. Fakt, faktem nie jest to już ten sam Przystanek co kiedyś. Obecnie jest skomercjalizowany i znacznie bardziej określony światopoglądowo. Zostawiam to jednak na boku, bowiem każde miejsce i każde rozwiązanie jest dobre, jeśli zakłada dyskusję i dialog w miejsce konfliktu i sporu. Wróćmy jednak do księdza Lemańskiego.
Jego słów na wspomnianym festiwalu również nie uważam za skandaliczne. Może i dobór słów nie był odpowiedni, może trochę za ostry, ale diagnozę, która się z tych słów wyłania poczytuję, jako słuszną. Kościół bowiem – moim skromnym zdaniem, a mam do niego prawo, skoro jego częścią jestem – wymaga zmian, reform. Konieczna jest zmiana języka duchownych na bardziej przystępny wiernym. Potrzeba jest więcej otwartości, aniżeli ograniczania się we własnych poglądach. Współczesny Kościół powinien umieć słuchać wiernych, a nie tylko chcieć być wysłuchiwanym przez nich. Tutaj słowem–kluczem powinna być otwartość. Otwartość na drugiego człowieka, na jego sposób rozumienia świata i wiary. Owa otwartość nie może w żadnym wypadku wiązać się z zerwaniem z „tradycjami” Kościoła. W znakomitej większości chodzi ni mniej, ni więcej o to, abyśmy dyskutując o Kościele nie szukali i nie definiowali sobie kolejnych „wrogów” naszych poglądów, lecz otworzyli się na dialog.
Problem z tym dialogiem jest jednak taki, że choć cytowane i dyskutowane są słowa księdza Lemańskiego, to nie widać w dyskursie tym możliwości na odebranie ich w sposób możliwie obiektywny. Nie, bo chociażby ks. Lemański miał najświętszą (figura retoryczna) na świecie rację, to i tak część osób mu jej nie przyzna, ponieważ stał się ikoną „salonowców”, Owsiaka i „GW-niarzy”
Ten spolaryzowany kościelny konflikt osobowości duchownych wpędził mnie w melancholię i tęsknotę. Tęskno mi do obecności w mediach księdza Adama Bonieckiego. Tęskno mi do tej „twarzy Kościoła”, którą ów duchowny uosabiał: spokojną, stonowaną, rozważną, otwartą. Dziś Kościół twarzy ma niestety wiele, lecz jeszcze więcej problemów i wyzwań.
Inne tematy w dziale Społeczeństwo