Znowu mnie natchnęło w środku nocy, wszak pamiętajcie Drodzy, że trawienie nowych arii to często wyczerpujące mentalnie zajęcie. Ale też nikt nie powiedział, że, niczym wybitny kompozytor i dramaturg Bogusław Schaeffer, będę siadał do mojego felietonu punktualnie z samego rana i pisał dokładnie wyznaczoną ilość godzin. Bo jak mawia, ten wspaniały artysta:
"Co do mojej pracowitości, mogę powiedzieć jedno: to nieprawda! Mam dużo czasu i łatwość tworzenia. A czasu mam więcej niż inni, ponieważ podzieliłem niemal każdy dzień na dwie części: rano i popołudnie - nie można w nowej muzyce działać więcej niż 3-4 godziny dziennie. Podwoiłem więc dni i gdy wszyscy żyją w 2010 roku, ja dożyłem dzięki mojej metodzie 2040 roku (!), jeśli nie dalej. Dziwię się, że nikt inny na to nie wpadł. Komponuję od 63 lat, więc czasu miałem dużo, również na odpoczynek i inne moje zainteresowania."
Bywanie śpiewakiem narzuca też trochę niehigieniczny tryb życia, jeśli chodzi o sen, jako przeciwwagę dla higieny głosu być może. Więc i ja najlepiej uczę się arii w Waszym środku nocy, kiedy jest cisza i spokój i żaden nowożytny dźwięk nie zakłóca mi wewnętrznych obiegników, ozdobników i frazowania. Arii trzeba się uczyć w ciszy, nie wydając żadnego dźwięku. Jak już się nauczysz, to sprawdź to strunami i popraw :) Być może, dzięki mojej metodzie uczę się arii dwa razy szybciej lub też dwa razy więcej niż inni. Każdą jednak staram się przeżyć wewnętrznie.
Nie zapominam, że aria oprócz materii muzycznej to również postać, tekst i konkretna sceneria toczącej się akcji w Operze. Zdradzę tylko, że materiał jaki sobie teraz położyłem przed oczami należy do wykwintnie dramatycznych i kończących się zazwyczaj śmiercią albo innym równie przykrym przypadkiem. Zbyt długie pobieranie tej dawki prowadzi do myśli samobójczych albo ogólnego odrętwienia. A przecież nie mogę pozwolić na to, aby z jednej strony nauczyć się trudnych arii, z drugiej zaś doprowadzając do kompletnego zwiotczenia przepony, skrócenia oddechu i ogólnej depresji :)
Sam sobie przerywam, bo mogę tak ciągnąć te moje inklinacje słowne do rana (jedni mówią, że to zaleta, fanki natomiast, żem gadatliwy) a przecież chciałem pisać o pewnym koncercie i ciekawym doświadczeniu związanym trochę z ciszą, trochę z wyłączeniem dźwięków i ogólnym zaniżeniem nagłośnienia.



Komentarze
Pokaż komentarze