To był przecudnej urody dzień.
Po kilku godzinach stania w Kuźnicach, w końcu wjechałam kolejką na Kasprowy. Na górze widok był rewelacyjny. Ośnieżone Taterki wyglądały wyjątkowo przyjaźnie. Pokrywa śnieżna na stoku wynosiła ok. 140 cm, czyli jak na Kasprowy średnio, ale co tam, wpiełam się i zaczęłam zjeżdżać w Gąsienicową. Chciałam pojechać do końca górnej śnieżnej rynny, a następnie skręcić i zakosami jechać dalej. Pech chciał, że w miejscu, gdzie planowałam zakręt, stała grupa Węgrów. Oni mają dziwną tendencję do grupowania się na stokach, w najmniej odpowiednich miejscach. Gdy chciałam ich wyminąć, zahaczyłam nieszczęśliwie o pryzmę śnieżną i runęłam w dół. Przekoziołkowałam kilka metrów. Kiedy się zatrzymałam, byłam szczęśliwa, że żyję, więc wstałam i wtedy zauważyłam, że jedna narta mi się nie wypięła, no i odczuwałam lekki ból w nodze. Nic to, otrzepałam się, ktoś mi przywiózł drugą nartę, więc usiłowałam się wpiąć. Nawet się udało, ale gdy ruszyłam ból mnie, jednak powstrzymał.
W czasie, gdy ja wstawałam, znajomy TOPR-owiec, który wjeżdżał akurat krzesłem do góry i widział to, co wyrabiałam, wysłał do mnie czterech kolegów. Nie pozwolili mi się ruszać,a wręcz miałam się położyć na plandece, którą przywieźli. Z oporami, no ale położyłam się. Wezwali śmigłowiec i powiedzieli, że gdy będzie lądował, to rzucą się, aby mnie okryć przed odpryskami śnieżnymi. I jak powiedzieli, tak zrobili. Myślałam, że mnie uduszą.
Zostałam zapakowana do śmigłowca i polecieliśmy. Mogłam obejrzeć panoramę Tatr, z lotu ptaka. Piękna.
Wylądowaliśmy przy szpitalu w Zakopanem. Jeszcze się łudziłam, że to tylko stłuczenie, ale zdjęcie to rozwiało. Złamanie kości strzałkowej, prawej nogi. Lekarz, dla rozładowania atmosfery, opowiadał mi dowcipy, a przy tym pakował moją nogę, od kostki do kolana, w gips. Z tą ozdobą miałam żyć przez trzy tygodnie, czyli stosunkowo krótko. Na odchodne dostałam zakaz, nawet stąpania przez dwa dni, a później miałam robić to ostrożnie. Dwa dni byłam noszona na rękach i nic szczególnego nie czułam. Po kilku dniach, jednak co rano zaczęłam odczuwać okropny ból. W ciągu dnia mijał, bo trochę się mimo wszystko ruszałam.
Po dwóch tygodniach miałam dosyć i postanowiłam pozbyć sie gipsu. Przy pewnej pomocy przyjaciół, udało się przerżnąć skorupę. Odzyskałam nogę, która była już trochę chudsza od drugiej. Tak szybko kurczą się mięśnie. Pojechałam zrobić zdjęcie nogi i udałam się po konsultacje do chirurga-ortopedy. Powiedzał, że trochę to ryzykowne co zrobiłam, ale na zdjęciu widać, że okostna już oblewa ładnie miejsce złamania, więc jak będę sobie na dzień bandażować nogę, to powinno być dobrze.
Kuśtykałam, kuśtykałam, po trzech miesiącach zaczęłam trochę biegać, ale do pół roku miejsce złamania miałam obolałe.
Po roku zmierzyłam się znów z Kasprowym Wierchem. Uległ mi i już nigdy "nie brykał".
Inne tematy w dziale Rozmaitości