Wybacz, że niepokoję
szlachetny synu ludzkiego rodu,
który wieki temu
położyłeś głowę
w obronie wiary, nadziei
i rajskich ogrodów.
Jeśli dobrą twa wola — daruj odpowiedź:
z jakich urośliśmy korzeni,
czyje gałęzie trzymają nas w pionie,
a czyje niczym klesze jarzmowe
ku ziemi zniżają nam skronie
i jaka woda, łzy jakowe
obmywają nas z kurzu
kamiennych rumowisk?
O nie! Nie, ja się nie boję.
Jedno co mi nie daje spokoju
to cisza nad ledwo rozwartym grobem.
Ty który walczyłeś z duchami Saracenów
— oświeć! Bo świat z dni dzisiejszych
gaśnie pod krwawym słońcem nicości
i milczy bardziej zawzięcie
niżby obchodził własną żałobę,
rzec nie potrafi ani odgadnąć —
co z życia a co ze śmierci wypadło.
Wybacz potomnym, dzielny rycerzu,
ale my, tu obecni nosimy w pamięci
jedynie zamglone obrazy dawnych słońc
i dawnego szczęścia, w uszach nam dzwonią
urwane dźwięki niedogaszonych ognisk,
niedopalonych pieśni i wciąż ranią język
zapomniane smaki przedwcześnie zjedzonych owców.
Drzewa odmawiają schronienia,
noc nie przynosi ulgi — pytam więc ciebie Rolandzie:
gdzie się podziała nadzieja? Bez niej człowiek
nie wie jak wierzyć a czas szubrawiec
odpływa jeszcze dalej i dalej, sam od siebie —
czekamy stłoczeni pod nawisem czerwonej skały,
a pod stopami płaty jałowej ziemi i nic,
nic się nie chce urodzić z otwartej jak usta rany.
A więc stało się!
Trzeba nam było upaść na koniec
i wczołgać się nad otchłań twojej mogiły
i tak zostać nieporuszonym,
ani to bliżej ani dalej, ani więcej ani mniej —
portret ludzkiej tragedii skończony,
jeszcze tylko ostatnie pytanie,
ostatni ruch gwiezdnej zasłony i ciemność,
straszna ciemność na maszty się pnie,
pustym okiem na wskroś wyłupionym
patrzy w człowieka na dnie.
A więc stało się!
Psie wycie z każdej otwartej świata strony
i w żadnej wyjścia, jedynie stary kufer na dnie,
jak posag grobowy
ofiarowany umarłym na szczęście
po drugiej stronie —
marny początek i jeszcze gorszy koniec.
A więc stało się!
I kto nas obroni,
niepogodzonych z bezsensem istnienia,
gdy wiatr nami ciska
o czarno-czerwone kły Andromedy?
Z bliska wyglądasz upiorniej
niż w lunatycznym śnie,
wezwana z zaświatów Królowo Ojczyzno,
matko trupiobladych Hamletów:
Żryć albo nie żryć —
oto prosty dylemat współczesnych
i zawsze na dnie, nigdy na powierzchni —
Elsynor dobrze wie gdzie i kogo wywieźli,
a komu klatkę sprawiono na wymiar,
aby mógł sobie spokojnie przeminąć jak cień,
pod skrwawionymi grotami słońca.
Nasze życie, tu i teraz
nie ma ani początku ani końca.
Ani to pierwsza ani ostatnia litera,
wyraz nad wyraz bez znaczenia...
— Polska! Dym sennych ogrodów
i pierś sercem bogata, fala nurtów tajemnych
i cnota jak na ostrzu sprawiedliwego miecza Rolanda
w kraju Basków zamknięta w spirali wirującego czasu
— zawsze pamięta, zawsze odróżni obcych od naszych.
Europa! Ta która z własnymi dziećmi spłodziła wnuczęta,
jeszcze nam wszystkim opowie:
jak się bawiły ich matki i ich ojcowie
i w co się bawią szczenięta — Elsynor wie!
Szkoda, że nikt nie pamięta o co z Frankami się bili Baskowie
i z jakiego powodu Roland dał głowę w ciemnym wąwozie na dnie.
Wstąp w ciemność pod nawisem czerwonych skał
a ja ci pokażę, ułożony jak domek z kart
świat cienistych marzeń, co się rankiem budzi z letargu
by nocą popłynąć z krwią na spotkanie garstki tych,
w których jeszcze się tli pamięć o piramidach ciał,
pokażę ci strach w gasnącym oku i dziecko nadziane na tryzub,
tu nie ma umarłych ni żywych,
są tylko ci, których zabrała niepamięć
i cisza złowróżbna nad nimi się tli —
a oni kwilą, jakby spod mgły wiecznego snu.
Nie myślałem, że słowa zniszczą tak wielu,
gdybyś wiedział Rolandzie ile ważą kamienne westchnienia,
krótkie, urwane spojrzenia, dźwięki cedzone przez zęby
z nabrzmiałych ust, oczy które się obracają to w górę to w dół
i odcisk buta na nagrobnym kamieniu — gdybyś to czuł,
nie chciałbyś odżyć w pieśni, tylko byś czekał bezgłośnie
aż się wyrwą pod słońce leniwe świadectwa straszliwych nocy
z tysiąca i jednej opowieści.
Siedziałem na brzegu łowiąc duchy przodków,
a spopielona ziemia
wyschniętą równiną majaczyła gdzieś w tle.
Czy w końcu dosięgnę korzenia,
który nas trzyma głęboko pośród rumowisk
na dnie, na dnie...
Czy w końcu odgrzebię własne ruiny
aby zrozumieć zgrzyt i klekot kości
tych spod pierzyny wiecznego snu?
Siedziałeś na brzegu — jak zwykle szalony
i stało się! Zasnąłeś, choć z nieba padały gromy
i ciągle niżej i niżej sięgając kolejnego dna
po poprzednim dnie, spadałeś jak płatek,
posłaniec burzy niosący nadzieję na deszcz
po długiej, trawiącej suszy nabrałeś wody do ust
— nie ma obawy reszta w Elsynorze wie
czym jest milczenie na samym dnie, na dnie...
Komentarze
Pokaż komentarze (2)