Marcin Małek Marcin Małek
270
BLOG

ODLUDEK DROZD

Marcin Małek Marcin Małek Kultura Obserwuj notkę 0

 

 
I wtedy odebrano im wzrok,
tak aby nie mogli już widzieć
a wkoło pachniały sosny
i drozd samotnik 
w duszącym dymie
układał żałobną pieśń
 
Ci, którzy stali na końcu, tym z przodu 
          wieszczyli Śmierć, 
jakby ich samych nie mogła jeszcze dosięgnąć
 
Ci, w pierwszym szeregu odruchowo łapali obcych za ręce,
          Śmierć nie lubi wyjątków
 
Ci, mniej więcej pośrodku, pytali tych z tyłu i tych od frontu,
          jak ona wygląda — ta Śmierć?
 
I im więcej padało pytań i mocniej plotły się ręce
a wieszcze, co raz to wyżej i wyżej podnosili głos,
tym bardziej zbita kolumna ludzi wtapiała się w tło,
i każdy z osobna ubywając z wiatrem 
stawał się, co raz to mniej i mniej realnym
 
A wkoło pachniały sosny
i drozd samotnik 
w duszącym dymie
śpiewał żałobną pieśń
 
Jeszcze mam twarz, kształty,
          Żyję,
choćby i w cudzej pamięć,
Żyję w czasie poza mną —
we własnej Śmierci 
 
Niech ona weźmie 
to moje życie i słowa niewysłowione,
sny nieprzebudzone, usta niezamknięte, 
i wszystkie moje nadzieje —
kalekie, zgarbione, zwichnięte...
 
Ci, którzy przy wejściu nie oddali oczu
wspomną, jeżeli pamięć istnieje w podziemiach,
nie tyle dusz gwałtowne odejścia,
co ludzkie wydrążone powłoki,
a w każdej maleńka świeczka —
taki promyk chroniący przed mrokiem
 
Tej nocy 
wkoło pachniały sosny
i drozd samotnik 
kończył śmiertelne scherzo
o oczach, które miały odwagę
pozostać na miejscu —
w sennym królestwie śmierci
 
I co, że ich wizje 
nigdy się nie uświęcą,
nawet jeśli intendenci
dopięli swego 
i każda gałka 
pod kluczem w zamknięciu 
ogląda jedynie ciemność,
został im jeszcze język
 
A on będzie wzrokiem pamięci,
blaskiem słońca 
w bladej kolumnie przyszłości,
zawiązką nowego dębu 
w kołysce mocnych korzeni,
głosem nowego w wiatru graniu,
szeptem w liściu szumieniu 
 
Jeśli nam czegoś potrzeba, to nie oczu zawziętych,
tu oczu nie ma — poszły w depozyt,
stygną w zamknięciu,
w mrocznej dolinie wypalonych gwiazd, 
strzaskanych kopułach niegdyś potężnych wieżyc,
w ruinach naszych dawnych królestw,
w ostatnim miejscu zwycięstwa...
 
Odnajdujemy siebie omackiem,
dotykamy twarzy, łapiąc jeden drugiego za język
w poszukiwaniu najodpowiedniejszych słów
krwią i śliną napełniamy kałamarze, 
piszemy, recytujemy — tańcząc na potłuczonym szkle
 
Od nocy do świtu,
pomiędzy myślą 
a rzeczywistością,
od zamiarów do czynów
karmimy się tylko ostatecznością
wierząc, że w ostateczności 
właśnie tak, skończy się każda rzecz
          — Świat
 
w duszącym dymie 
w oparach sosny
pożegna nas nutą żałosną
odludek drozd...
 

Przyszedłem na świat w trzecim kwartale XX wieku i jestem. Istnieje dzięki słowu i tylko w tej mierze, w jakiej sam się realizuje – m.in. poprzez język którym wytyczam własną drogę. Nie wyróżniam się w tłumie, większość z was mija mnie na ulicy nie ofiarując nawet krótkiego spojrzenia, ale ja na was patrzę i uczę się od was, jak przetrwać poza obszarem zmyślenia. Tak, żyję w zmyśleniu, stąd większość tych, których znam nie ma o mnie pełnego wyobrażenia – należę sam do siebie i dobrze mi z tym odosobnieniem. Mam tyle twarzy, ile akurat zechcę mieć w danym momencie. Bywam wielkoduszny, ale także zawistny, łaskawy i okrutny, szczodry i skąpy, zły do szpiku kości i bezgranicznie dobry. Kocham i nienawidzę, lubuje się w kłamstwie i walczę o prawdę. Wciąż szukam odpowiedzi na to kim jestem, lub na to, jak mnie widzicie. Niektórzy mówią o mnie „poeta”, inni „grafoman nie wart złamanego grosza” – nie boje się jednych i drugich. Ważne, że ktoś mnie czyta, i że mogę się przejrzeć w waszych źrenicach jak w lustrze, albo przejść przez wasze życia, jak przez tranzytowy korytarz. Jeśli więc nadal chcecie mnie poznać, proszę was tylko o jedno – wpuście mnie do środka, wtedy i ja się przed wami otworzę. Wszakże nie gwarantuje gotowego przepisu na to kim jestem – sami musicie wybrać własną odpowiedź.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura