Niespełna kwadrans do dwunastej — ulica „Przeklęta”, porzuciła swój ogon w załamaniu świateł witraży, pasterze i jagnięta w „księżycowej syntezie”, kawałek po kawałku kruszą szklane wzniesienia, na ostatnim, z głębin pamięci, pierzasty starzec nawleka na kostur zadawnione zniewagi, przesycone słodem dwuznacznych skojarzeń, pierwsza latarnia, pod którą się błąkał, ciska promieniem, jak włócznią w pstry kalejdoskop, a ludzie na wpół widoczni, w obszarze cienia celebrują dozgonną samotność — takimi ich stworzył artysta, nieszczęśnik, w tej właśnie godzinie pomyślał, że świat jest usychającym kłosem jęczmienia, że powoli wytraca zapach, jak witraż cierpiący na chroniczny brak światła, zapada się sam pod siebie, ze środka w środek, zanikając pod naporem przyciężkiej powłoki, a dalej — dalej, czeka go tylko samotność, ciemność i w tle milknące kroki, tych którzy zdołali się wyrwać z pułapki farbowanego szkła, już północ — latarnia pręży grzbiet i jak złośliwy czarny kot, złocistą wiązką, przecina drogę poniewiercom-przeniewiercom, co jeszcze przed kwadransem mienili się jak skry na szkle, a teraz, każdy we własnym cieniu, niby wahadło waha się ku sobie, ku siostrom, braciom i z pół-człowieka wyłazi ćwierci-człowiek i w świetle ulicznej lampy chwyta skośne spojrzenia gapiów i jeszcze coś, coś jakby bez kształtu, co w uszach brzmi jak dzwon pęknięty — szyderstwem: a kto jest jagnię, kto jest pasterz, a komu skórę wilka, zamiast płaszcza, w odruchu łaski podała chytra opatrzność — pierzasty starzec jako ostatni stawia na bruku kruchą stopę, gładkie kamienie obrane z puchu przywodzą na myśl czaszkę trupa, który miał czelność wszem i wobec obwieścić tajemnicę z wnętrza globusa, rozkwita noc radosna-żałosna, jak szczenię wilka, gotowa klapnąć kłami — pół do pierwszej, latarnia mami: widzisz starcze, jak z jagniąt nam wyrosły bestie, a każdy jeden pasterz, pomiędzy bulwarami, zdjął z siebie cnotę jak młyński kamień z piersi, poczuj — wciska się mokry język i spojrzeń lepki dotyk pomiędzy szpary zamkniętych okiennic, podeszwy depczą stłuczone okruszki Golgoty, pancerze legionów; pierwszy, drugi, trzeci i zgiełkiem kopyt, szklaną stopą wprawia się w obrót zastygły globus, już morza pędzą, już lądy pną się pod niebiosa, migają cienie miast, na ustach rosa, na karku szadź — już trzecia, reflektor krzyczy: ani ta ziemia, ani tym bardziej księżyc nie udźwigną klątwy niby-bycia, utracić pamięć oto nasza nadzieja, nasycić noc aż po poranek zupełnie inną wonią, która się wrazi w ludzi aż po korzenie, świat niby geranium zakwitnie w bladym różu i zaraz nam słońce wstanie aby oświetlić wyłupione oczy świątyń, a jeszcze wczoraj, wszyscy myśleli, że są podobni do świętych ze szklanych obrazów, ale to oni, gdy tylko zaznali chłodu naszych kamieni, zakryli świętość jak znamię i rozpłynęli się w blasku ulicznych szczelin, w papierosowym dymie z przyćmionych korytarzy, barowym zapachu potu z alkoholem, w świetle czerwonych lamp na bramie, w łonach przychylnych kobiet — lampa się śmieje, widząc jak gaśnie jej cień na ścianie, już całkiem jasno, odchodzi pierzasty starzec — a jednak było warto, rzuca przez ramię, ta nasza wolność, jak wszystko ma swoją cenę, a jednak było warto poczuć wypukłość ziemi, ulica, którą rządzi światło paradoksalnie, najlepiej czuje się w cieniu, pobłysk jest jak więzienie, zamknięta duszna przestrzeń, o której mówią, że była nam ofiarowana, ale to hucpa, kłamstwo, czy nie widzicie, że światłość jak śmierć czy życie jest nam zadana — zdają nam promienie jak kolce włóczni, ciernie w oku, a przecież ciemność smakuje lepiej, lepiej się zgrywa z odgłosem naszych kroków, z ciężarem westchnień i z rozkoszą, o której w świetle milczą usta, udając, że nie istnieje — „po krwawym blasku żagwi na spoconych twarzach”, po dotyku ciepła w cichych ogrodach samotności, po męce i agonii na malowanym szkle, wreszcie jesteśmy wolni, my co byliśmy żywi jedynie z racji barwy, obecnie, w każdym znanym odcieniu szarości, rozpływamy się we własnej legendzie — umarli, umarłym oddają świadectwo, że mimo wszystko było warto, w ostatnim skoku poczuć ziemię pod szklaną, pękającą podeszwą.
Komentarze
Pokaż komentarze