źródło: http://www.gimpuj.info/
źródło: http://www.gimpuj.info/
Marcin Małek Marcin Małek
401
BLOG

RAPSODIA TŁUCZONEGO SZKŁA

Marcin Małek Marcin Małek Kultura Obserwuj notkę 0

 

 
 
          Niespełna kwadrans do dwunastej — ulica „Przeklęta”, porzuciła swój ogon w załamaniu świateł witraży, pasterze i jagnięta w „księżycowej syntezie”, kawałek po kawałku kruszą szklane wzniesienia, na ostatnim, z głębin pamięci, pierzasty starzec nawleka na kostur zadawnione zniewagi, przesycone słodem dwuznacznych skojarzeń, pierwsza latarnia, pod którą się błąkał, ciska promieniem, jak włócznią w pstry kalejdoskop, a ludzie na wpół widoczni, w obszarze cienia celebrują dozgonną samotność — takimi ich stworzył artysta, nieszczęśnik, w tej właśnie godzinie pomyślał, że świat jest usychającym kłosem jęczmienia, że powoli wytraca zapach, jak witraż cierpiący na chroniczny brak światła, zapada się sam pod siebie, ze środka w środek, zanikając pod naporem przyciężkiej powłoki, a dalej — dalej, czeka go tylko samotność, ciemność i w tle milknące kroki, tych którzy zdołali się wyrwać z pułapki farbowanego szkła, już północ — latarnia pręży grzbiet i jak złośliwy czarny kot, złocistą wiązką, przecina drogę poniewiercom-przeniewiercom, co jeszcze przed kwadransem mienili się jak skry na szkle, a teraz, każdy we własnym cieniu, niby wahadło waha się  ku sobie, ku siostrom, braciom i z pół-człowieka wyłazi ćwierci-człowiek i w świetle ulicznej lampy chwyta skośne spojrzenia gapiów i jeszcze coś, coś jakby bez kształtu, co w uszach brzmi jak dzwon pęknięty — szyderstwem: a kto jest jagnię, kto jest pasterz, a komu skórę wilka, zamiast płaszcza, w odruchu łaski podała chytra opatrzność — pierzasty starzec jako ostatni stawia na bruku kruchą stopę, gładkie kamienie obrane z puchu przywodzą na myśl czaszkę trupa, który miał czelność wszem i wobec obwieścić tajemnicę z wnętrza globusa, rozkwita noc radosna-żałosna, jak szczenię wilka, gotowa klapnąć kłami — pół do pierwszej, latarnia mami: widzisz starcze, jak z jagniąt nam wyrosły bestie, a każdy jeden pasterz, pomiędzy bulwarami, zdjął z siebie cnotę jak młyński kamień z piersi, poczuj — wciska się mokry język i spojrzeń lepki dotyk pomiędzy szpary zamkniętych okiennic, podeszwy depczą stłuczone okruszki Golgoty, pancerze legionów; pierwszy, drugi, trzeci i zgiełkiem kopyt, szklaną stopą wprawia się w obrót zastygły globus, już morza pędzą, już lądy pną się pod niebiosa, migają cienie miast, na ustach rosa, na karku szadź — już trzecia, reflektor krzyczy: ani ta ziemia, ani tym bardziej księżyc nie udźwigną klątwy niby-bycia, utracić pamięć oto nasza nadzieja, nasycić noc aż po poranek zupełnie inną wonią, która się wrazi w ludzi aż po korzenie, świat niby geranium zakwitnie w bladym różu i zaraz nam słońce wstanie aby oświetlić wyłupione oczy świątyń, a jeszcze wczoraj, wszyscy myśleli, że są podobni do świętych ze szklanych obrazów, ale to oni, gdy tylko zaznali chłodu naszych kamieni, zakryli świętość jak znamię i rozpłynęli się w blasku ulicznych szczelin, w papierosowym dymie z przyćmionych korytarzy, barowym zapachu potu z alkoholem, w świetle czerwonych lamp na bramie, w łonach przychylnych kobiet — lampa się śmieje, widząc jak gaśnie jej cień na ścianie, już całkiem jasno, odchodzi pierzasty starzec — a jednak było warto, rzuca przez ramię, ta nasza wolność, jak wszystko ma swoją cenę, a jednak było warto poczuć wypukłość ziemi, ulica, którą rządzi światło paradoksalnie, najlepiej czuje się w cieniu, pobłysk jest jak więzienie, zamknięta duszna przestrzeń, o której mówią, że była nam ofiarowana, ale to hucpa, kłamstwo, czy nie widzicie, że światłość jak śmierć czy życie jest nam zadana — zdają nam  promienie jak kolce włóczni, ciernie w oku, a przecież ciemność smakuje lepiej, lepiej się zgrywa z odgłosem naszych kroków, z ciężarem westchnień i z rozkoszą, o której w świetle milczą usta, udając, że nie istnieje — „po krwawym blasku żagwi na spoconych twarzach”, po dotyku ciepła w cichych ogrodach samotności, po męce i agonii na malowanym szkle, wreszcie jesteśmy wolni, my co byliśmy żywi jedynie z racji barwy, obecnie, w każdym znanym odcieniu szarości, rozpływamy się we własnej legendzie — umarli, umarłym oddają świadectwo, że mimo wszystko było warto, w ostatnim skoku poczuć ziemię pod szklaną, pękającą podeszwą.

Przyszedłem na świat w trzecim kwartale XX wieku i jestem. Istnieje dzięki słowu i tylko w tej mierze, w jakiej sam się realizuje – m.in. poprzez język którym wytyczam własną drogę. Nie wyróżniam się w tłumie, większość z was mija mnie na ulicy nie ofiarując nawet krótkiego spojrzenia, ale ja na was patrzę i uczę się od was, jak przetrwać poza obszarem zmyślenia. Tak, żyję w zmyśleniu, stąd większość tych, których znam nie ma o mnie pełnego wyobrażenia – należę sam do siebie i dobrze mi z tym odosobnieniem. Mam tyle twarzy, ile akurat zechcę mieć w danym momencie. Bywam wielkoduszny, ale także zawistny, łaskawy i okrutny, szczodry i skąpy, zły do szpiku kości i bezgranicznie dobry. Kocham i nienawidzę, lubuje się w kłamstwie i walczę o prawdę. Wciąż szukam odpowiedzi na to kim jestem, lub na to, jak mnie widzicie. Niektórzy mówią o mnie „poeta”, inni „grafoman nie wart złamanego grosza” – nie boje się jednych i drugich. Ważne, że ktoś mnie czyta, i że mogę się przejrzeć w waszych źrenicach jak w lustrze, albo przejść przez wasze życia, jak przez tranzytowy korytarz. Jeśli więc nadal chcecie mnie poznać, proszę was tylko o jedno – wpuście mnie do środka, wtedy i ja się przed wami otworzę. Wszakże nie gwarantuje gotowego przepisu na to kim jestem – sami musicie wybrać własną odpowiedź.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura