Trzeba przyznać, że doczekaliśmy się wcale nie najgorszych standardów transparentności choć proces dochodzenia do nich trwał dwie dekady. Na naszych oczach z kraju gdzie wszystko było skrzętnie skrywane przed opinią publiczną zmieniliśmy się w kraj gdzie przez Internet można dowiedzieć się ile zarabiają politycy, kto finansuje lobbystów, ile tłuszczu zawiera beztłuszczowa margaryna a normą stało się, że producenci papierosów nie tylko nie mogą ukrywać efektu ich działania ale muszą umieszczać ostrzeżenia, że ich produkt zabija.
Fundacje muszą podać swoich darczyńców. Piarowcy muszą informować o swoich zleceniodawcach. Lobbyści muszą się rejestrować i ujawniać dla kogo pracują i jaki jest cel ich działań. Ze spotkań z nimi robione są notatki służbowe. Politycy składają szczegółowe sprawozdania o tym dla kogo pracowali, jaki majątek posiadają i jakie zmiany zaszły w ich stanie majątkowym. Prawnicy ujawniają swoich zleceniodawców, ba, często bez okazania pisemnego pełnomocnictwa nie mogą działać. Oczywiście w wymienionych grupach zdarzają się „cichociemni” ale jest to zwyczajna patologia. Media bezlitośnie tropią przejawy braku etyki i omijania zasad transparentności.
Standardem jest transparentność zleceniodawców. Kiedy spotykasz się z działaczem społecznym, politykiem, piarowcem, prawnikiem to wiesz, że pracuje ona za czyjeś pieniądze w czyimś interesie.
Jest jedna grupa interesu całkowicie wyłączona z wprowadzania zasad transparentności. Media.
Czytelnicy zwykli uważać, że gazety utrzymują się z drukowania reklam a w redakcjach istnieją chińskie mury między piszącymi artykuły a działem reklamy. W rzeczywistości granica ta przestaje powoli istnieć. Coraz większy przychód media mają z działalności nie polegającej na reklamowaniu produktu ale przyjmowaniu pieniędzy w postaci sponsoringu, wspólnych akcji, wymiany barterowej „wy nam kasę – my wam tekst”.
Oczywiście wyrafinowany świat mediów potrafi takie strumienie finansowe odpowiednio uzasadnić. A to celem społecznym o niepodważalnym znaczeniu dla przyszłości cywilizacji, a to misją dziejową, lub w ostateczności przeoczeniem dodania informacji „artykuł sponsorowany” lub „wywiad za opłatą klienta”. Zresztą oficjalne umowy zawierają mylące cele, im bardziej szczytne tym lepiej, najlepiej coś w stylu: przeprowadzenie akcji sprzątania świata lub debata o zagrożeniach wynikających z plam na słońcu. Tymczasem prawdziwe ustalenia, które towarzyszą zawieraniu przez media takich umów dotyczą: bliższej współpracy, łagodniejszego traktowania firmy lub nawet „kopnięcia” rynkowego przeciwnika.
Dochodzi do zabawnych sytuacji, że dziennikarz wysłany na rozmowę do jakieś firmy przez kierownictwo redakcji nawet nie wie, z jakiego powodu tak naprawdę został tam skierowany. Nie ma świadomości, że temat nie został wymyślony przez kierownika działu ale przyszedł od sponsora redakcji. Często ma za zadanie napisanie tekstu na temat, który wcale nie wydaje mu się atrakcyjny. Jeszcze bardziej dziwi się kiedy widzi, że z pozoru mało istotny tekst trafia na czołówkę gazety czy innego dziennika :)
Szefostwo mediów bardzo precyzyjnie wybiera sobie biznesowych partnerów. Decydują relacje personalne i kwestia zaufania, że druga strona rozumie o co chodzi i zgadza się na taniec niedopowiedzeń. Obie strony muszą udawać bowiem, że to jest romans a nie prostytucja. Czytelnik nie ma szans odróżnić sponsorowanego tekstu albo rangi nadanej jakiemuś wydarzaniu (pozycja na stronie, wielkość publikacji, ciepły kontekst lub pominięcie wydarzenia). Po prostu wierzy, że dziennikarstwo to misja a nie biznes.
Niedawno dowiedzieliśmy się, że kilka lat temu wydatki jednego z koncernów na działania poza reklamowe w pewnym znanym tygodniku wyniosły około 10 mln zł . Tygodnik ten uprawiał „jazdę po bandzie” w krytykowaniu innej firmy z branży za co potem przepraszał na swoich łamach. Inaczej wyglądałaby nasza rzeczywistość gdyby media musiały ujawniać swoich wszystkich sponsorów. Każdy czytelnik mógłby sam ocenić czy źródło dochodów ma wpływ na zawartą treść czy też nie. Wiemy jednak, że media domagając się od innych transparentności same nigdy nie zdecydują się na taki krok.
Ujawnienie prawdy o źródłach finansowania mediów byłoby dla czytelników takim samym szokiem jak dla nas to, że w naszym ulubionym soku "Malina” znajduje się głównie sok z aronii, czarnej marchwii i czysta chemia a samych malin jest zaledwie 0,25 proc.
Gorzeliński / Kasprów



Komentarze
Pokaż komentarze (2)