Przeglądając, jak co rano, prasę natknąłem się informację, że zetchaenowski tandem marszałek Jurek/poseł Piłka chcą przekonać Sejm do zakazu pornografii (żeby nie było, to informacje z „Rzeczpospolitej", o, proszę, i tu też). Karane ma być już samo „przechowywanie" pornografii (do roku więzienia).
Na początek strzał z grubej rury: „Pornografia to zło i przestępstwo, dlatego powinna być zakazana. Znieważa kobietę, jest jedną ze współczesnych form niewolnictwa - oznajmił wczoraj marszałek Sejmu Marek Jurek.". Potem, zgodnie z hitchcockowską zasadą, napięcie tylko rośnie.
Poseł Piłka, zaczynając z grubej rury:
„Opracowałem ten projekt po samobójstwie Ani z Gdańska. Jeden z dziennikarzy zauważył, że ci młodzi chłopcy, którzy molestowali koleżankę, odwzorowywali zachowania rodem z filmów pornograficznych."
Tak, panie pośle, uprościć. Wszystko przez porno. A wychowanie chłopaków w domach i szkole nic do tego nie ma. A tak przy okazji, skąd chłopaki mieli dostęp do filmów dozwolonych od lat osiemnastu?
„...obecny stan prawny chroni społeczeństwo przed pornografią jedynie fragmentarycznie."
Trudno się nie zgodzić, ale nie wynika to z niedostatecznej penalizacji pornografii, a z faktycznej martwoty obecnych przepisów. Przede wszystkim, brak w polskim prawie definicji pornografii (o czym jeszcze dalej). Poza tym, właściwe organy nie zaprzątają sobie głów ściganiem pornografów. Być może rozwiązanie problemu „zalewu pornografii" leży nie tam, gdzie poseł Piłka szuka? Pan Poseł sam zresztą zauważa tę kwestię mówiąc, że „...obecne przepisy, które mają chronić najmłodszych przed szkodliwym wpływem takich filmów i zdjęć, są kompletnie martwe", ale nie wyciąga z tego wniosków. Woli dodać jeszcze kilka martwych przepisów. Tu zacytuję - za tym samym źródłem - prof. Zolla: „Chciałbym, aby Sejm zastanowił się przed uchwaleniem ustawy, czy jej przepisy będą możliwe do wyegzekwowania."
„Nie wszystko musi być zdefiniowane. Decyzję, czy coś jest pornografią, pozostawiam do oceny sędziom. Zresztą nie definiuje się także, co to jest zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem, a sądy doskonale wiedzą, kiedy mamy do czynienia z takimi przypadkami."
W ciągu lat obowiązywania aktualnych przepisów antypornograficznych nie doczekaliśmy się jednolitej definicji pornografii w orzecznictwie. Rozumiem, że pan poseł oczekuje, iż sądom - na podstawie nowych przepisów - będzie łatwiej ją wypracować?
„Kodeksem karnym nie rozwiążemy wszystkich problemów. Sądzę jednak, że taki zakaz będzie sprzyjał realnemu ograniczeniu produkcji pornografii."
Co do pierwszego zdania - zgadzam się, sam kodeks karny niczego nie załatwi. To samo tyczy się kradzieży samochodów, spamu, zabójstw i rozpijania nieletnich. Nie zakaz, a jego egzekucja (i pewność tej egzekucji) oddziałują na świadomość potencjalnych przestępców. Co do drugiego - nie sądzę. Karalność produkcji narkotyków zakośnie doprowadziła do jej zakończenia, a w przypadku dystrybucji - do spadku spożycia.
I na koniec cytatów z posła Piłki:
„Myślę, że zwolennikami tego zakazu są przede wszystkim środowiska rodzinne, które chcą porządnie wychować swoje dzieci i chronić je przed pornografią."
Myślę, że niekoniecznie. Sam jestem „środowiskiem rodzinnym, które chce porządnie wychowywać swoje dzieci i chronić je przed pornografią", ale nie uważam, żeby, na przykład, codzienna lektura kodeksu karnego z moją córką mogła jakoś w tym pomóc. Może się mylę, ale sądzę, że to nie po stronie producentów i dystrybutorów pornografii leży problem a po stronie wychowania właśnie. I nie po stronie policji , prokuratur i sądów leży jego rozwiązanie, a w domach. I jeszcze prof. Izdebski: „bezwzględnie powinniśmy chronić dzieci przed treściami pornograficznymi, ale dorośli powinni mieć możliwość wyboru."
Może przez pewne pokrewieństwo tematów, może przez tożsamość ideologiczną, kojarzy mi się problem zakazu pornografii z problemem aborcji. W obu przypadkach projektodawcy dążą do objęcia prawnymi, państwowymi restrykcjami, kwestii moralnych. Zazwyczaj wiąże się to z powołaniem na „naukę Kościoła", przy czym w sprawie aborcji Kościół wypowiada się również sam. A ja od zamierzchłych czasów - od pierwszej wojny aborcyjnej przed piętnastu laty - sądzę, że Kościół i katoliccy moraliści powinni rozważyć, czy przypadkiem „rozpasana pornografia" albo skala nielegalnych aborcji nie wiąże się ze słabością moralną wyznawców religii, której i jedni i drudzy służą. Czy nie jest rolą Kościoła i katolików takie wychowywanie (współ)wyznawców, aby i jeden, i drugi problem ich nie dotyczył?
Bo ja wolę mieć wybór - chcę oglądać gołe cycki, czy nie. Chcę, żeby moja Żona dokonała aborcji, czy nie. Przy czyn podkreślam, że jest to kwestia wolności wyboru, sumienia, etyki, postawy, a nie tego, że domagam się emisji Rocco przed dobranocką, albo zgodziłbym się, gdyby moja Żona chciała usunąć ciążę. Nie.
Jeżeli ktoś potrzebuje w tej materii rad, wytycznych, niech zwróci się, na przykład, do księdza, albo do - również cytowanego przez „Rzeczpospolitą" - prof. Wolniewicza, filozofa. Prawu państwowemu nic do tego. Ja chcę móc mieć możliwość samodzielnego roztrząsania dylematów moralnych, określania swojego poglądu, nie na podstawie kodeksu karnego. I sam chcę uczyć swoje dziecko moralności i etyki takiej, jak sam ją widzę, co niekoniecznie musi się zgadzać (acz nie musi też być sprzeczne) z etyką katolicką, czy piłkową.
Mały suplement z zupełnie innej beczki, tym razem z Wyborczej.
Premier wykonał nerwowy ruch. Niemal pół roku po upływie kadencji zdecydował się odwołać prezesa UOKiK w chwili, gdy stara ustawa kończy swój żywot, nowa jeszcze nie weszła w życie, a obie przewidują konkurs na to stanowisko. Rzecznik Dziedziczak wspominał, że „powołania nowego prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) można się spodziewać w ciągu najbliższych dni". Miało to miejsce tydzień temu. Od tamtego czasu zastanawiam się - z czystej zawodowej ciekawości - jak pan premier zamierza to zrobić. Nazwiska kandydatów premiera są znane (na giełdzie słychać, że to wiceprezes Maćkowiak i poseł Zawisza), nieznana jest tylko podstawa, na jakiej premier chciałby dokonać powołania. Jedyna droga, to - nomen omen - „p.o.", a następnie odpowiednio przeprowadzony konkurs (co, jak się wydaje, koalicja trenuje obecnie w TVP). A może premier ma inny pomysł? „Zgodnie z nową ustawą o UOKiK, podpisaną przez prezydenta w zeszłym tygodniu, nowy prezes ma być wybrany w drodze konkursu. Tymczasem ustawa nie weszła jeszcze nawet w życie. Mimo starań, przez cały wczorajszy dzień nie doczekaliśmy się skomentowania tej sprawy przez rzecznika rządu" - napisała Gazeta.
Tymczasem, jak powiedziała rzeczniczka UOKiK, a co przytoczyła Wyborcza, utrudnień jest całe mnóstwo. „Jeśli strony sprawy, o której orzeka UOKiK, chcą zapoznać się z dotyczącymi jej aktami, nie mogą. Do tego też jest potrzebna zgoda prezesa." Podobnie z decyzjami, reprezentacją prezesa w sądach (to on jest organem antymonopolowym, nie urząd) itd. Urząd stoi. A dokładniej - leży. Od tygodnia nie może zostać wydana żadna decyzja, czy choćby postanowienie, nic, a Sąd Ochrony Konkurencji odracza rozprawy z powodu braku umocowania osób występujących w imieniu prezesa.
A ja z pewnym rozbawieniem (tak, mam dość czarne poczucie humoru) obserwuję sytuację i czekam.


Komentarze
Pokaż komentarze