Na pierwszy rzut oka wydaje się, że w polskim parlamencie są dwie partie prawicowe, czyli Prawo i Sprawiedliwość oraz Platforma Obywatelska, jedna lewicowa w postaci Sojuszu Lewicy Demokratycznej i centrum reprezentowane przez Polskie Stronnictwo Ludowe. Gdy jednak bliżej zainteresujemy się działaniom oraz tym co głoszą wyżej wymienione partie, to dojdziemy do wniosku, że tak naprawdę żadnej prawdziwej prawicy czy lewicy przy ul. Wiejskiej nie ma.
Zacznijmy od partii powszechnie uważaną za najbardziej na prawo, czyli PiS. Formacja prezesa Kaczyńskiego jest i owszem konserwatywna w sprawach obyczajowych, jest zdecydowaną przeciwniczką legalizacji aborcji i małżeństw homoseksualnych. Mówi także dużo o wspólnocie narodowej, tradycji, racji stanu. Jednakże Jarosław Kaczyński, czyli niekwestionowany wódz tej partii, jest zwolennikiem silnej centralizacji politycznej, co nijak ma się do idei prawicowych. Nie można też jednoznacznie ocenić podejścia tego ugrupowania do gospodarki, ponieważ jednocześnie z hasłami ułatwiania życia przedsiębiorcom czy realnym działaniom liberalnym jak obniżenie stawek podatku dochodowego mówi się dużo o państwie opiekuńczym, gdzie tzw. socjal byłby bardzo rozbudowany.
Platforma Obywatelska, obecnie rządząca partia, szła do wyborów przede wszystkim pod hasłem odsunięcia od władzy mającego autorytarne zapędy Kaczyńskiego. Była ugrupowaniem, które zyskało sobie poparcie ze strony przedsiębiorców i kapitału, obiecując zmniejszenie biurokracji oraz wprowadzenie podatku liniowego, który był jednym z najbardziej rozpoznawalnych postulatów tej partii. O tym co oznacza liberalizm gospodarczy w wydaniu ekipy premiera Tuska wszyscy przekonaliśmy się przez ostatnie trzy i pół roku. Kwestia podatku liniowego została całkowicie odrzucona. Zasadne wydaje się więc zadanie pytanie, czy w Platformie myślano w ogóle o jego wprowadzeniu czy tylko miał to być element, który przyciągnie do PO elektorat z kręgów biznesowych. Ktoś powie, że ostatnie lata kryzysu gospodarczego były najgorszym momentem do wprowadzenia takiej regulacji. Problem w tym, że partia Tuska nie zamierza wprowadzić podatku liniowego w ogóle. Kwestia zmniejszenia biurokracji także nie została należycie rozwiązana. Słynne jedno okienko wcale nie usprawniło procesu zakładania firmy, a pieniądze wydane na funkcjonowanie komisji „Przyjazne Państwo”, której przez długi czas przewodniczył polityczny błazen Janusz Palikot można uznać za wyrzucone w błoto. Jeśli chodzi kwestie obyczajowe i podejście do tradycji to mamy w Platformie dwa obozy: tzw. postępowy i konserwatywny, utożsamiany obecnie głównie z postacią posła Jarosława Gowina, przy czym ten pierwszy ma obecnie przewagę. To wszystko sprawią, że Platformę podobnie jak PiS trudno jest z czystym sumieniem wpisać w poczet partii prawicowych.
Na lewej stronie mamy formację postkomunistyczną Sojusz Lewicy Demokratycznej, następczynię Socjaldemokracji Rzeczpospolitej Polskiej, będącej spadkobiercą Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. SLD skupia swój program na bardzo liberalnym podejściu do kwestii obyczajowych, w tym obronie ponoć dyskryminowanej mniejszości homoseksualnej, popierając tzw. małżeństwa homoseksualne czy legalizację aborcji. Postuluje również ograniczenie roli Kościoła w przestrzeni publicznej, w tym m.in. usunięcie krzyża z sali obrad sejmu. Programu gospodarczego tak naprawdę SLD sprecyzowanego nie ma. Oczywiście opowiada się za państwem socjalnym, jednak nie ma jasnego i precyzyjnego planu jak owo państwo ma wyglądać. Dowodem na takie luźne podejście do spraw gospodarczych jest to, że kiedy Sojusz był przy władzy w latach 2001-2005 to jej szef i premier Leszek Miller poważnie zastanawiał się nad wprowadzeniem podatku liniowego, co zresztą wywołało oburzenie i zdziwienie wielu lewicowych publicystów. Wydaje się więc, że SLD nie jest obecnie partią przygotowaną do rządzenia i nie będzie nią dopóki nie stworzy całościowego i spójnego programu gospodarczego.
Ostatnią i najmniejszą partią zasiadającą w polskim parlamencie jest formacja najstarsza, mająca ponad stuletnią bardziej i mniej chwalebną historię, Polskie Stronnictwo Ludowe. Formacja ta jest tzw. języczkiem uwagi, ponieważ po wyborach zwycięskie partie, które nie są wstanie samodzielnie rządzić spoglądają właśnie w stronę PSL-u, które nie raz już udowodniła, że jest w stanie wejść w koalicję z każdym. Właśnie dlatego to ugrupowanie często przez ludzi jej nieprzychylnych nazywane jest wręcz polityczną prostytutką, którzy używają argumentu, że członkom PSL-u zależy tylko na rządowych posadach. Z kolei jej zwolennicy mogą powiedzieć, że dzięki swojemu pragmatyzmowi partia może, będąc w koalicji rządowej, przeforsowywać swoje kluczowe postulaty. PSL jest partią wiejską i tam w przeważającej większości mieszka jej elektorat, dlatego też głównym jej celem jest obrona interesów uprzywilejowanej grupy rolników, ubezpieczających się w KRUS. Partia premiera Pawlaka jest także, nawet chyba większym od Platformy Obywatelskiej, zwolennikiem wprowadzenia w Polsce waluty euro, która zdaniem tej partii poprawiła była sytuację materialną ludności wiejskiej. W kwestii aksjologicznej PSL deklaruje swoje przywiązanie do tradycji i narodowych wartości.
W wyniku ostatnich wyborów z października 2007 r. do parlamentu weszły wyżej wymienione partie. Sytuacja ta, wiele na to wskazuje, nie ulegnie zmianie także po tegorocznych wyborach. Zdecydowana większość przedwyborczych sondaży, których prognozy co prawda często są rozbieżne z ostatecznymi wynikami, nie daje szans partiom znajdującym się obecnie poza parlamentem. Można więc śmiało powiedzieć że polska scena polityczna została „zabetonowana” przez opisane przeze mnie ugrupowania, którym solidarnie zależy na tym, aby żadna nowa siła nie brała udziału w podziale mandatów. I mimo, że te partie nie reprezentują wyrazistych idei i całościowych programów, to wciąż cieszą się one poparciem wyborców. Mają one oczywiście przewagę nad pozostałymi ugrupowaniami, ich liderzy są pokazywani w mediach, zapraszani do telewizyjnych programów, jednym słowem są widoczni w odróżnieniu od przywódców partii pozaparlamentarnych. Najważniejszą rzeczą robiącą różnicę pomiędzy jednymi a drugimi są jednak subwencje dla partii, które w ostatnich wyborach przekroczyły próg 3% oddanych na nie głosów. Partie, które nie są finansowane z budżetu państwa mają zatem ograniczone możliwości walki w kampanii wyborczej. O tym jak trudno w Polsceprzebić się nowym inicjatywom przekonują się w ostatnim czasie założyciele klubu parlamentarnego „Polska Jest Najważniejsza”, który systematycznie odnotowuje spadki w sondażach popularności. Można zaryzykować twierdzenie, że polski wyborca woli głosować na partię, którą dobrze zna, o której od lat mówi się w mediach, nawet jeżeli nie odzwierciedla ona w całości jego poglądów. Niewiele osób szuka alternatywy poza parlamentem. Mało który wyborca lewicy zainteresuje się programem Polskiej Partii Pracy, która przecież jest dla niego rzeczywistą alternatywą wobec SLD. Podobnie jest na prawej stronie sceny politycznej, gdzie dla wielu wybór kończy się między Platformą Obywatelską a PiS-em,a przecież jak wykazałem ugrupowania te ciężko jest nazwać typowo prawicowymi. Gdyby jednak wyborca o poglądach prawicowych rozejrzał się szerzej to z pewnością zainteresowałyby go postulaty Prawicy Rzeczpospolitej Marka Jurka czy radykalnie wolnorynkowa UPR-WiP.
Marcin Rezik


Komentarze
Pokaż komentarze