MARCIN PROBUS MARCIN PROBUS
64
BLOG

Święto Beaujolais

MARCIN PROBUS MARCIN PROBUS Kultura Obserwuj notkę 1

Wszystkim miłośnikom Mikołajka i… win. 

Dzisiaj Ananiasz (który jest najlepszy w klasie i jest pupilkiem naszej pani, a poza tym nosi okulary i nie możemy go bić zbyt często) przyszedł do szkoły wystrojony w biały garnitur. Zawsze przychodzimy do szkoły ładnie ubrani, ale dziś Ananiasz był ubrany tak jak ja, kiedy rodzice zabrali mnie do państwa Trichet. Żona pana Trichet jest malarką i Zuzanna, ich córka, z którą kazali mi się bawić rodzice, pokazała mi farby swojej mamy. Może wam kiedyś o tym opowiem. W czasie pauzy staliśmy na podwórku i oglądaliśmy biały garnitur Ananiasza z wielkimi klapami.

- Te, pupilek, czemuś się tak dziś wystroił? – zapytał Maksencjusz, który nie za bardzo lubi Ananiasza.

- Nie jestem żadnym pupilkiem! – zawołał Ananiasz (który zawsze tak mówi, pewnie dlatego, że jest wstrętnym pupilkiem) – A ubrałem się dlatego, że dzisiaj, zaraz po szkole, jadę z rodzicami na „Święto Beaujolais”!

- Co to jest to „bożalis”? – zapytał Kleofas, który nigdy nic nie wie i dlatego jest ostatni w klasie. Ale i tak go lubię, bo to fajny kolega.

- Nie żadne „bożalis”, tylko Beaujolais. To jest święto wina, jednego z najlepszych we Francji – odpowiedział Ananiasz z dumą i dodał, że niedawno przeczytał książkę o winach, którą ma jego tata. To wariat ten Ananiasz! – Moi rodzice obiecali mi, że jeśli będę grzeczny i w szkole nie pobrudzę ubrania, dostanę mały kieliszek i będę mógł nawet wznieść toast ze wszystkimi!

- Dobra rzecz – mlasnął Alcest (to ten kolega, który bez przerwy je, dlatego jest najgrubszy w klasie). – Mój tata mówi, że wino, zwłaszcza czerwone, znakomicie poprawia trawienie, a wtedy można zjeść o wiele więcej!

- To Beaujolais to zwykły sikacz – powiedział Gotfryd. Tata Gotfryda jest bardzo bogaty, ma wielki dom z ogrodem i kupuje Gotfrydowi, co Gotfryd zechce. – Mój ojciec mówi, że w ogóle by tego nie wziął do ust. On pije tylko Medoc. Jedna butelka kosztuje tyle, co dziesięć twoich Beaujolais.

- Dobra rzecz – znowu mlasnął Alcest.

Ale Ananiasz nie zdążył odpowiedzieć, bo Gotfryd dostał właśnie fangę w nos od Euzebiusza (który jest najsilniejszy w klasie i strasznie lubi dawać wszystkim fangi w nos, a zwłaszcza Gotfrydowi). Euzebiusz wyjaśniał nam potem, że dał mu fangę, bo pierwszy raz usłyszał nazwę Medoc i był pewien, że Gotfryd zmyśla.

Wtedy nadbiegł pan Dubon, nasz opiekun, też dziś wyjątkowo elegancko ubrany. W szkole wszyscy mówią na niego Rosół. Starsze chłopaki wyjaśniły mi, że to dlatego, bo pan Dubon karze wszystkim patrzeć mu w oczy, a na rosole są oka. Widać było, że jest zły na Euzebiusza.

- Spójrz mi w oczy! – zawołał. – Dlaczego bijesz kolegę?

- On powiedział, że Beaujolais to sikacz – wyjaśnił Euzebiusz.

I wtedy stało się coś dziwnego. Pan Dubon kazał Gotfrydowi stać w rogu podwórka do końca pauzy.      

Na lekcji dalej rozmawialiśmy o święcie wina Beaujolais. Zrobiło się trochę głośno, więc nasza pani przerwała opowieść o królu Ludwiku i zapytała nas, czym to jesteśmy dziś wszyscy tacy podekscytowani. Wtedy Ananiasz podniósł rękę i wyjaśnił, że dziś jest święto Beaujolais i jeśli on będzie grzeczny i nie pobrudzi ubrania, to pojedzie z rodzicami na degustację i dostanie odrobinę na spróbowanie, kiedy będą wznosić toast. Pani popatrzyła na niego smutno i westchnęła, a potem mruknęła coś o nieodpowiedzialnych rodzicach. Bardzo mnie to zdziwiło, bo dotąd myślałem, że ona bardzo lubi rodziców Ananiasza! Ale chyba ją rozumiem, bo kiedyś na imieninach wujka Eugeniusza, na których nie było innych dzieci, bawiłem się sam, w pustej kuchni i udawałem, że piję wino z kilku pustych butelek ze stołu. Tak naprawdę, coś w nich jeszcze zostało na dnie. Udało mi się zlać to do jednej szklanki i wznieść prawdziwy toast, a potem na drugi dzień bardzo bolała mnie głowa. Mamę i tatę też bolały głowy, więc wcale nie zazdrościłem dziś Ananiaszowi tego Beaujolais.   

Chociaż, kiedy po lekcjach wsiadał do taksówki, którą przyjechali jego rodzice i wszyscy razem, bardzo elegancko ubrani, odjechali, jednak trochę mu pozazdrościliśmy. I wtedy Alcest wpadł na pomysł, żebyśmy poszli do sklepu pana Cresson. W sklepie pana Cresson można kupić różne napoje i mama czasami wysyła mnie tam po sok lub wodę mineralną. Pan Cresson ma też mnóstwo wina, a na środku stoją wielkie drewniane beczki, za którymi można się bawić w chowanego lub w Indian i kowbojów. Nic dziwnego, że wszyscyśmy się zgodzili i zaraz popędziliśmy razem do sklepu. Bardzo się ucieszyliśmy, bo już z daleka widać było na wystawie wielki napis „Święto Beaujolais”. Pan Cresson trochę się zmartwił, kiedy nas zobaczył, ale zostawił na chwilę niedokończone dekoracje na wystawie i podszedł do lady.

- Co wam potrzeba, chłopaki? – zapytał.

Kiedy dowiedział się, że przyszliśmy do niego na święto Beaujolais, zdziwił się i chciał coś powiedzieć, ale wtedy właśnie rozległ się straszny huk. To Maksencjusz popchnął Kleofasa, a ten wpadł na drewnianą beczkę i kilka butelek z winem, które tam stały, spadło z niej na ziemię. Pan Cresson najpierw znowu się zmartwił, a potem zrobił się czerwony na twarzy, więc Maksencjusz i Kleofas szybko schylili się, żeby pozbierać brązowe skorupy po butelkach. I wtedy rozległ się krzyk Kleofasa. Z jego ręki tryskała krew, jak na filmie o wampirach, który oglądałem ostatnio późno w nocy, razem z rodzicami. To znaczy, rodzice sądzili, że już jestem w łóżku, ale ja tamtego wieczoru wcale nie mogłem zasnąć i siedziałem sobie na podłodze za uchylonymi drzwiami. I w ten sposób obejrzałem cały film! Wolałbym, co prawda siedzieć na fotelach razem z rodzicami, ale pomyślałem sobie, że może byliby niezadowoleni, że jest już tak późno, a ja nie śpię.  Pan Cresson krzyknął, żebyśmy niczego nie ruszali i pobiegł do małej szafki z czerwonym krzyżem, która wisiała na ścianie. Szukał w niej czegoś strasznie długo, aż wreszcie wyjął wielki plaster i bandaż, a potem rozejrzał się po sklepie i wziął z półki butelkę z czymś przeźroczystym, na której było napisane „spirytus”. Otoczyliśmy Kleofasa i przyglądaliśmy się, jak pan Cresson przemywa mu ranę. Kleofas robił bohaterskie miny i udawał, że to wszystko bardzo go bawi. Wtedy zobaczyliśmy, jak na ulicy, przez okno wystawy jakiś pan przygląda się nam i panu Cresson. Z ulicy nie mógł widzieć, że stoimy wokół Kleofasa, bo Kleofas siedział ciągle na podłodze. Kiedy pan Cresson zobaczył tego pana za szybą, wtedy szybko schował butelkę spirytusu pod ladę i kolejny raz zrobił się cały czerwony na twarzy. Kiedy Kleofas skończył pokazywać nam swój plaster i bandaż, pan Cresson zapytał nas znowu, po co właściwie przyszliśmy. Odpowiedzieliśmy mu chórem, że chcemy zrobić niespodziankę naszym rodzicom, bo dziś jest „Święto Beaujolais”, na które trzeba być elegancko ubranym, wznosi się toasty, i w ogóle to bardzo ważny dzień we Francji.  Kiedy pan Cresson to usłyszał, znowu zrobił zmartwioną minę.

- Ależ chłopcy – powiedział. – Nie mogę wam sprzedać wina. To alkohol, coś bardzo niesmacznego i niebezpiecznego.

Alcest zapytał wtedy pana Cresson, dlaczego ma w sklepie tyle butelek z czymś, co jest tak niesmaczne i niebezpieczne, ale nim pan Cresson otworzył usta, żeby mu odpowiedzieć, Joachim zawołał, że to nieprawda, bo już pił kiedyś szampana na swoich urodzinach i szampan był pyszny. A ja opowiedziałem, jak moja Bunia pozwoliła mi kiedyś zanurzyć język w szklance z grogiem, który sama zrobiła. Bunia to mama mojej mamy, która mieszka daleko i odwiedza nas tylko czasami, a wtedy zawsze przywozi mi jakąś niespodziankę. Tata, kiedy to zobaczył, powiedział, że jeżeli Bunia chce zrobić ze mnie alkoholika, niech się nie krępuje i od razu da mi czystej wódki. Po czym dalej czytał gazetę i pił swój grog.

W końcu pan Cresson dał każdemu z nas po butelce soku pomarańczowego i, nie zgadniecie, wszyscy dostaliśmy po wielkim zaproszeniu na degustację Beaujolais w jego sklepie! Pan Cresson jest bardzo fajny! Na każdym zaproszeniu były napisane wielkimi literami nasze nazwiska. Było tam też napisane, że każdy, kto pokaże to zaproszenie i kupi trzy butelki Beaujolais, dostanie gratis wielki metalowy korkociąg. Wyobrażam sobie miny rodziców, kiedy to zobaczą.  

W domu była tylko mama, więc pokazałem jej zaproszenie i zapytałem, czy pójdziemy tam jutro z tatą. Mama trochę się zdziwiła, i zapytała mnie, skąd to wziąłem. Opowiedziałem jej o  Ananiaszu, który pojechał wnosić toast razem ze swoimi rodzicami i, że z chłopakami poszliśmy na święto wina do sklepu pana Cresson, który na szczęście miał spirytus, bo Kleofas stłukł butelkę z winem. Mama westchnęła i kazała mi szybko umyć ręce i siadać do stołu. Powiedziała jeszcze, że alkohol to coś bardzo niesmacznego i niebezpiecznego, a ja jestem mały łobuz i jeśli się nie zmienię, to skończę jako pijak i zmarnuję sobie życie. Wtedy zacząłem płakać, i powiedziałem, że to jest niesprawiedliwe, bo ja chciałem tylko zrobić rodzicom niespodziankę, a Beaujolais jest zdrowe i Alcest mówił, że poprawia trawienie. A jeśli rodzice kupią u pana Cresson trzy butelki, to dostaną piękny korkociąg, a wtedy będę mógł dostać ten stary, który leży w kuchni i bawić się w moim pokoju w wieżę wiertniczą. Wtedy moja mama się roześmiała i pogłaskała mnie po głowie. Powiedziała, że w takim razie, to co innego, a zaproszenie postawiła na komodzie i jeszcze dała mi buziaka. Moja mama jest najwspanialsza na świecie!  

A potem siedzieliśmy sobie razem przed telewizorem, a mama ciągle spoglądała na zegarek i wzdychała, że tata dziś strasznie się spóźnia. Nagle ktoś zapukał do drzwi. To był nasz sąsiad, pan Blèdurt, który bardzo lubi przekomarzać się z moim tatą. Pan Blèdurt był strasznie wesoły i zapytał, czy nie mogliby z żoną wpaść do nas z butelką Beaujolais, ale mama powiedziała, że u nas nie pije się alkoholu, zwłaszcza przy małym. Pan Blèdurt przestał się śmiać i poszedł sobie, kręcąc głową, za to chwilę później wrócił tata. Musiał być bardzo zmęczony, bo nie zauważył, że na kanapie w salonie usiadł w kapeluszu. Mama powiedziała coś tacie, czego nie zrozumiałem, kazała mi pójść do mojego pokoju i odrabiać lekcje, a sama zamknęła się w kuchni. Pokazałem tacie zaproszenie z komody i powiedziałem, że strasznie się cieszę, że jutro pójdziemy wszyscy na degustację i że Beaujolais poprawia trawienie, a u pana Cresson są fajne olbrzymie beczki z winem. Wtedy tata zrobił się bardzo blady i szybko poszedł do łazienki. Znowu zacząłem płakać, a wtedy mama zabrała mnie do kuchni i po raz pierwszy odrabiałem tam lekcje. To pewnie dlatego, że nie chcieliśmy budzić taty, który spał na kanapie przed telewizorem w salonie. Nigdy tego nie robił. On ostatnio chyba rzeczywiście za dużo pracuje.    

Na drugi dzień, idąc do szkoły, zobaczyłem, że w sklepie z napojami, pan Cresson rozmawia właśnie o czymś z tatą Rufusa, który jest policjantem. Pan Cresson znowu był cały czerwony i wyglądał na strasznie zmartwionego. A popołudniu na drzwiach wisiała kartka „Zamknięte z powodu choroby”. Ale i tak nie poszlibyśmy na degustację. Tata powiedział przy śniadaniu, że to Beaujolais to straszny sikacz.  

Według René Goscinnego

autor blogu

Jestem żonaty, dzieciaty i wysoki, a w poglądach konserwatywny i gospodarczo liberalny, noszę okulary i golę się raz na tydzień (czasami częściej).

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Kultura