75
BLOG
Tam, gdzie czołg nie sięga.
Zmiażdżyć wroga siłą pancernego uderzenia! To marzenie telewizyjnych speców od ramówek i niemieckich oraz sowieckich generałów. Ci pierwsi chcą to zrobić przy pomocy zaledwie czterech pancernych i jednego psa. Ci drudzy zawsze woleli tysiące czołgów. Doktryna blitzkriegu, bazującego na miażdżących ciosach zadanych przeciwnikowi przez pancerne zagony, była niechętnie przyjmowana przez wojskowych na początku wieku. Słynny Guderian w swoich pamiętnikach wspomina, z jakim wielkim oporem ze konserwatywnych generałów w sztabie spotkała się jego koncepcja wojny. Dopiero Hitler zrozumiał wartość tego pomysłu i dał swojemu faworytowi prawie wszystko, czego on żądał.W pomysłach Guderiana zakochali się także Rosjanie, choć sami wygrali wojnę zasypując wroga górą mięsa armatniego (sama bitwa o przełęcz dukielską pochłonęła ok. 100 tysięcy ofiar po stronie radzieckiej). Wkrótce potem doktryna pancernego uderzenia stała się dominująca w krajach bloku wschodniego. Zza żelaznej kurtyny, przez prawie całe 60 lat dobiegały odgłosy kucia pancerzy i spawania czołgów, choć przebieg kolejnych konfliktów na świecie kazał przypuszczać, że najważniejsze bitwy rozstrzygną się w powietrzu, lub w dżungli czy na innym, bardzo nieprzyjaznym terenie a cały ten sprzęt po prostu się nie przyda.Czołg, wypełniony czterema pancernymi oraz jednym owczarkiem alzackim, stał się też ostatnio ulubionym rodzajem broni telewizyjnych specjalistów od ramówek. Najpierw na polu bitwy o widza pojawiły się szwadrony telewizji Kino Polska, która przyciągnęła widzów stęsknionych za słynną „jabrzozą", czy popisami legendarnej siły Gustlika, głównie widocznej na zmarszczonym czole. Potem generałowie telewizji TVN pomyśleli, że i oni zawalczą przy pomocy czołgu, psa, trzech Słowian i jednego Gruzina, więc zgłosili chęć kupna praw do serialu. Teraz "Czterej pancerni" ruszyli pod flagą Polsatu, wygrywając dla „słoneczkowców" walkę o ratingi w niedzielne popołudnia. Niebawem natomiast, bo od 3 czerwca, Janek i jego koledzy pojawią się też na antenie TVP1, co stanowi zwieńczenie tego zjawiska fascynacji bronią pancerną.W ciągu zaledwie roku, widzowie mogli obejrzeć serial w trzech różnych telewizjach, a czwarta chce kupić! Jeśli ktoś głodny był przygód bohaterskiej załogi lub chciał się pośmiać na widok nieprawdopodobnie wielkiej góry szmelcu, jaką Wojsko Polskie w dalszym ciągu wykorzystywało w latach 60-ych i użyczyło na potrzeby serialu, teraz zapewne czuje już przesyt, a i śmiać się już nikt nie ma siły.Jest tylko jedna dobra strona tej „czteropancernej" nawałnicy. Oglądając po raz któryś, człowiek wreszcie zaczyna dostrzegać, jak naiwny oraz nudny jest ten serial. Sekwencje przejazdu czołgów z prawa na lewo i odwrotnie, czołgów łamiących chude drzewka gdzieś na poligonie, lub sceny z Niemcami skwapliwie ginącymi - to wszystko zaczęło nużyć oraz przeszkadzać (przynajmniej mnie). Oglądając takie dzieła jak „Czterech Pancernych" czy „Stawkę...", zazwyczaj najbardziej jesteśmy skoncentrowani na jednoczesnym wspominaniu dzieciństwa lub młodości, gdy po raz pierwszy większość z nas obejrzała serial. To tak, jak ze słuchaniem przebojów "Modern Talking" z dawnych lat. Muzyka nie jest tak istotna jak to, co symbolizuje i pomaga przypomnieć. Jednak za którymś razem słuchając czy oglądając, człowiek dostrzega tandetę.Najpewniej emisja „Czterech Pancernych i psa" w TVP1 kończy tę długą i zupełnie wyjątkową bitwę o oglądalność, prowadzoną przy użyciu tej samej broni. Przesyt tak kultowym serialem trudno wywołać, ale jak sądzę, tym razem się udało. I w ten sposób znaleźliśmy się w miejscu, "gdzie czołg nie sięga". Może i dobrze?



Komentarze
Pokaż komentarze (15)