Równe 40 lat temu Czeszka Martina Navratilova wygrała finał Wimbledonu z Czeszką Haną Mandlikovą. Pech Czechów polegał na tym, że parę lat wcześniej Navratilova przestała być Czeszką. Uciekła do Stanów i odtąd, przez wiele lat, reprezentowała USA. Bardziej chyba z powodów, nazwijmy je dla niepoznaki „towarzyskimi”, niż politycznych. Nieważne.
Wtedy, w roku 1986, mieliśmy więc do czynienia z przypadkiem, że w finale najsłynniejszego turnieju tenisowego na świecie, wystąpiło półtorej Czeszki. I to był, do dziś niepobity, rekord Czechosłowacji, a później Czech, jako spadkobiercy tego tworu. Do dziś, bo dziś go wreszcie pobito.
Najpierw Karolina Muchova ograła w półfinale Amerykankę Gauff, a dwie godziny później Linda Noskova powtórzyła ten sukces i ograła Ukrainkę Kostiuk. No i, pierwszy raz w historii, mamy stricte czeski finał Wimbledonu.
Dla reprezentantek naszych południowych sąsiadów (nawet jeśli nie wliczać 9. wygranych Navratilovej, co jest o tyle zasadne, że wszystkie te londyńskie zwycięstwa odnosiła pod flagą Jankesów) wygrana w Wimbledonie to nie pierwszyzna. Zwyciężały tu bowiem wcześniej pięciokrotnie. Dwukrotnie Kvitova, prawie trzydzieści lat temu Novotna i ostatnio, tuż przed Igą, najpierw Vondrousova, a potem Krejcikova.
W sobotę czescy kibice, po raz pierwszy w historii, będą mieli w finale łatwiej. Bez względu na to jak zakończy się to spotkanie, to mają pewność, że zwycięski puchar powędruje nad Wełtawę. Pozazdrościć.
BTW
Osobiście wszystko mi jedno, która z Czeszek wygra. Szkoda, że nie mogą obie. Muchovej się zwyczajnie, za urodę jej gry, należy, a Noskova to jeden z największych talentów, jakie się w ostatnich latach w tenisie pojawiły. Takich prawdziwych, a nie meteorów na kształt Raducanu.


Komentarze
Pokaż komentarze (10)