Bartosz Zmarzlik znalazł w tegorocznej edycji żużlowych mistrzostw świata pogromcę. Okazał się nim nie faworyzowany przed i w trakcie sezonu Australijczyk Brady Kurtz, ale Brytyjczyk Robert Lambert.
O wszystkim zaważył finałowy bieg finałowych zawodów mistrzowskiej rywalizacji. Polak był w nim dopiero trzeci. Ponieważ wyścig wygrał Anglik, to on zluzował Zmarzlika, po czterech latach nieprzerwanej supremacji, na mistrzowskim tronie.
Tym samym Polak nie zdobył siódmego w karierze tytułu mistrza świata i dalej w tabeli wszech czasów ma przed sobą Tony Rickardsona. Szwed przewodzi stawce mając w dorobku 6 tytułów, trzy drugie i dwa trzecie miejsca. Zmarzlik zrównał się w sobotę z Nowozelandczykiem Ivanem Maugerem i od tego momentu dzielą już miejsce drugie. Po sześć razy byli mistrzami świata, po trzy wicemistrzami i po razie stawali na najniższym mistrzowskim podium. Przy czym Polak musiał się na te trofea znacznie więcej napracować. W czasach Maugera o tytule decydowały pojedyncze zawody. Co, z drugiej strony, wymagało wyjątkowej koncentracji i precyzji w konkretnym momencie.
Kolejnym czynnym zawodnikiem, czyli żużlowcem, który przynajmniej teoretycznie może poprawić swój bilans jest Duńczyk Nicki Pedersen z trzema tytułami. Tyle, że on jest już, nawet jak na żużlowca, stary i bardzo wątpliwe by ten bilans poprawił. Żaden z pozostałych czynnych żużlowców nie ma w tej chwili na koncie więcej niż jednego tytułu. Stąd łatwo wywnioskować, że przez wiele najbliższych lat pozycja Bartosza Zmarzlika może się w tym rankingu jedynie poprawić. Więcej. Żeby zostać najwybitniejszym w historii żużlowcem świata nie musi nawet zdobywać więcej tytułu mistrzowskiego. Wystarczy, że choć raz powtórzy tegoroczny sukces.
I tego, ciesząc się dzisiaj z dziesiątego już w karierze podium naszego najwybitniejszego żużlowca i jednego z najwybitniejszych polskich sportowców w historii w ogóle, szczerze mu życzę. Zasłużył na to niewątpliwie.



Komentarze
Pokaż komentarze (3)