Poniższy tekst napisałem, kiedy ateistyczne media sztorcowały Papieża za zdjęcie eksomuniki z Bractwa Świętego Piusa X. Zdumiało mnie, że ateiści ingerują w wewnętrzne sprawy Kościoła Katolickiego. Potem sprawa przycichła i uznałem, że tekst się zdezaktualizował. Jednak ostatnio ogłoszona opinia amerylkańskiego MSZ o rzekomym łamaniu praw człowieka w Polsce sprawia, że znów staje się aktualne mówienie o konflikcie między agnostyczną poprawnością polityczną a chrześcijaństwem. Do opini amerykańskiej odniosę się w ciągu najbliższych dni. A teraz umieszczam artykuł o wampirach wiary
W A M P I R Y Z M W I A R Y
Media tzw. mainstreamu, czyli głównego nurtu, podniosły wrzawę z powodu zdjęcia przez papieża Benedykta XVI ekskomuniki z Bractwa Św. Piusa X. Okazało się, że jeden z członków Bractwa, biskup Ryszard Williamson, wygłaszał niezgodne z ustaleniami historyków poglądy na temat Holokaustu. Wygłaszał je kiedyś. I kiedyś nie było to newsem. W dniu zdjęcia ekskomuniki słowa biskupa Williamsona stały się nagle hitem godnym nagłówków. I pretekstem dla dziennikarzy, aby pouczać, karcić i besztać papieża.
Zapewne biskup Williamson nagadał głupot. Nie on pierwszy, nie on ostatni. Nie dziwiłoby, gdyby jego wypowiedzi zostały sprostowane, albo napiętnowane. Zastanawia co innego. Jakim cudem doszło do sytuacji, w której „głównonurtowe” media czują się kompetentne do ingerowania w wewnętrzne sprawy Kościoła. Do ustalania, jak powinno wyglądać chrześcijaństwo, co trzeba do niego dodać, a co z niego usunąć. Media te przecież pozostają w rękach zatwardziałych ateistów, a w najlepszym razie agnostyków. Wydaje się, że przez prostą przyzwoitość powinny milczeć w sprawach, które ich nie dotyczą. Skąd się bierze niezachwiane przekonanie ateistów o własnej kompetencji w sprawach wiary?
Dobrzy postępowcy i źli fundamentaliści
Media posiadają swoich pozytywnych bohaterów i swoje czarne charaktery. Bezwzględnie do najczarniejszych zalicza się tzw. „fundamentalista”. Ponieważ medialny „mainstream” opanował obszary należące do kultury chrześcijańskiej, na jego celowniku znalazł się „fundamentalista chrześcijański”. Jest to osobnik ze wszech miar groźny. Pragnie głosić swoje poglądy, a przez to stwarza niebezpieczeństwo, że może kogoś przekonać.. Jest podejrzany o dążenie do przejęcia władzy. Sprzeciwia się wszelkiej wolności. Nie podoba mu się zabijanie nienarodzonych i chorych. Obstaje przy odrażającym poglądzie, że małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny.
Fundamentalista ma ciasny umysł, kurczowo trzyma się wiary. Powszechnie uważa się, że jest agresywny. W Kościele Katolickim występuje pod postacią oszołoma. W Kościołach protestanckich zbiera się w różne, bardzo niebezpieczne, fundamentalistyczne ugrupowania.
Ponieważ „fundamentalista” nie ma żadnej możliwości osobistego zaprezentowania się, w mainstreamie jego wizerunek kształtowany jest poprzez prezentację przypadków skrajnych, zachowań niezręcznych, wyrwanych z kontekstu wypowiedzi. Od początku do końca, urabiany w ten sposób wizerunek „fundamentalisty” jest manipulacją.
Wystarczy sięgnąć do Wikipedii, aby przeczytać, że „fundamentalista chrześcijański” to człowiek, który wierzy w: Boskość Chrystusa, fakt, iż dokonywał On cudów, że został ukrzyżowany, aby odkupić ludzkie grzechy, że zmartwychwstał, że ponownie przyjdzie, że dzięki wierze w Niego możemy osiągnąć żywot wieczny.
Ze zdumieniem i niejakim zakłopotaniem muszę wyznać, że sam jestem takim właśnie chrześcijańskim „fundamentalistą”.
Zidentyfikowanie medialnego „czarnego charakteru” nie wyjaśnia nam jeszcze, jakim cudem ateiści czują się kompetentni do decydowania w sprawach wiary. Zrozumienie tego umożliwia dopiero zapoznanie się z pozytywnym bohaterem mediów. Jest nim „chrześcijanin postępowy”.
Wszelkie nurty chrześcijaństwa postępowego i nowoczesnego nawiązują do szkoły krytyczno-historycznej stworzonej przez Rudolfa Bultmanna. Według tej szkoły Biblia jest zbiorem mitów, który należy „odmitologizować”. Mitem zaś jest wszystko, czego nie da się wyjaśnić „naukowo”, według bardzo przestarzałego XVIII-wiecznego rozumienia nauki. Po poddaniu Biblii procesowi „demitologizacji” okazuje się, że Jezus nie dokonał ani jednego cudu, był tylko jednym z wielu żydowskich rabinów, Jego kariera zakończyła się na krzyżu, oczywiście nie zmartwychwstał, a co za tym idzie nie powróci, a i Jego wyznawcy nie mają, na co liczyć.
Czy po takiej dekonstrukcji coś z chrześcijaństwa w ogóle pozostaje? Zdaniem postępowców tak. Pozostaje poddanie się Bogu, którego się samemu czuje. Bóg staje się przeżyciem osobistym.
Tu dotarliśmy do źródeł przekonania ateistów o kompetencji do wypowiadania się w sprawach wiary. Bóg jest przeżyciem osobistym, a nawet intymnym, nie jest zakorzeniony w niczym, co pozwalałoby to przeżycie zweryfikować. (Biblia okazała się być tylko zbiorem mitów). O Bogu nie wolno rozmawiać, gdyż jest to gwałcenie cudzej intymności, a ponadto rozmowa groziłaby przekonaniem kogoś, co z kolei pogwałciłoby jego wolność.
Postępowo rozmawia się o ogólnie pojętym chrześcijaństwie. Jest to zjawisko kulturowe, które dotyka wszystkich jednakowo. Jak ono powinno wyglądać, będą więc decydować wszyscy, a w ich imieniu - mainstreamowe autorytety. Agnostycy i ateiści.
Nigdzie nie wolno napisać o obecności Boga w naszym życiu. Pachniałoby to niedopuszczalnym nawracaniem. Można natomiast do znudzenia powtarzać newsy, że jakiś trzeciorzędny naukowiec odkrył, że Jezus nie istniał, był kobietą, uczniem Judasza, pochodził z Indii. Są to interesujące ciekawostki.
Żywy Bóg, czy zjawisko kulturowe
W przetaczających się przez media dyskusjach nie usłyszymy zdań o obecności Jezusa w naszym życiu, w historii, czy o perspektywie Jego powrotu. Usłyszymy natomiast zdania o sytuacji chrześcijaństwa w świecie. Dowiemy się, jak chrześcijaństwo powinno wyglądać. Zdaniem dyskutantów, a nie zdaniem Boga.
Dywagacje na temat roli chrześcijaństwa najlepiej się snuje ateistom. Oni doskonale wiedzą, czego od chrześcijaństwa oczekują. Ich przekonania wzniesione są na niewzruszalnych fundamentach, nigdy nie szkoda im czasu, aby pouczać i wychowywać zbłąkane owieczki, pochylając się nad nimi ze swoich niedosiężnych, intelektualnych wyżyn.
Chrześcijaństwo, aby być postępowe musi zrezygnować ze wszystkich swoich poglądów, które nie odpowiadają modnym i wpływowym mniejszościom. Musi też zrezygnować z aspiracji do wyjątkowości. Nie jest ono depozytariuszem jakiejkolwiek szczególnej prawdy. Wszystkie prawdy są równorzędne, wszystkie religie warte tyle samo. Powinno dojść do ogólnego porozumienia, które będzie nadzorowane przez nadrzędne, nieomylne, ateistyczne autorytety.
Dla głęboko przeżywających swoją religijność przedstawicieli różnych Kościołów mechaniczne łączenie pod naciskiem politycznym może stanowić problem. Tak samo niechętnie poddadzą się mechanicznemu łączeniu chrześcijanin i buddysta. Ludzie wierzący szanują przekonania zarówno swoje, jak i cudze. Potrafią prowadzić dialog. Odbywa się np. Tydzień Modlitwy o Jedność Chrześcijan, w którym wszystkie Kościoły uczestniczą z pełnym powagi zaangażowaniem.
Nie o taki pełen powagi i głęboki duchowo dialog chodzi jednak ateistycznym autorytetom. One potrzebują jedności powierzchownej, jedności w duchu postmodernistycznej wielości równorzędnych prawd. Nad tymi równorzędnymi prawdami nadrzędna może być tylko prawda strzeżona przez mainstreamowe autorytety.
W dyskusjach nad „rolą chrześcijaństwa” fundamentaliści nie mają prawa uczestniczyć. Nikt ich nie zaprosi. Póki co, mogą jeszcze głosić swój niepoprawny politycznie pogląd, że Jezus zmartwychwstał w niszowych wydawnictwach. Wydrukowanych tam zdań nikt nie zacytuje, wychodząc z założenia, że co zostało przemilczane, to nie istnieje. Jeśli jakieś niszowe medium, mimo zmowy milczenia, zdoła się wyrwać z getta i uzyskać szerszy odbiór, zostaje natychmiast zaatakowane, jako rzekome źródło zagrożenia dla wolności sumienia i innych podstawowych zdobyczy demokracji.
Na naszych oczach powstaje coś w rodzaju nowej, postmodernistycznej religii. Religii nie opartej na Bogu, lecz na wartościach ogłaszanych przez ludzkie autorytety. W tej religii mieszczą się wszystkie prawa i wolności, poza wolnością Kościołów do decydowania o sobie i głoszenia wiary. Dlatego tak został zbesztany papież za ogłoszenie decyzji o zdjęciu ekskomuniki z Bractwa Św. Piusa X. Zjednoczył się nie tak jak trzeba i zasięgnął rady nie tam, gdzie trzeba. Wypowiedzi biskupa Williamsona stały się wygodnym celem ataku. Gdyby nie one, odpowiednie autorytety zaznaczyłyby swoje rozczarowanie nagłaśniając coś innego.
Wampiryzm wiary
Podobno istnieje zjawisko wampiryzmu energetycznego. Ludzie pozbawieni własnej energii do życia, własnej motywacji, kręcą się obok innych, „wysysając” niejako z nich tę energię. Dzieje się to przez użalanie nad sobą, wypowiadanie w kółko tych samych twierdzeń i domaganie coraz to nowych odpowiedzi. Ogólnie mówiąc środkiem pozyskiwania energii jest manipulowanie ofiarą. Po kontakcie z wampirem energetycznym człowiek jest wyczerpany, natomiast wampir, chwilowo posilony, udaje się na poszukiwanie następnej ofiary.
Nie wiem, czy wampiryzm energetyczny istnieje, ale stanowi on dobrą metaforę tego, co się obecnie odbywa wokół chrześcijaństwa. Pozbawione wiary, a więc i naprawdę niewzruszonej motywacji do życia, ateistyczne autorytety manipulują chrześcijaństwem. Robiąc to przebywają w pobliżu źródła wiary, które wciąż bije. Osoby wierzące, które dadzą się w tę grę wciągnąć, mogą z niej wyjść duchowo wyczerpane, w poczuciu pustki i zmarnowanego czasu.
Jaki jest sposób na wampiry wiary? Nie dać sobą manipulować. Nie pchać na salony. Robić swoje. Nie przejmować połajankami.
Co powinniśmy dać z siebie wampirom wiary?
Ateistyczne autorytety potrzebują naszej modlitwy. I słów o Jezusie zmartwychwstałym, gdy będą gotowe ich na poważnie wysłuchać.




Komentarze
Pokaż komentarze (22)