Skąd się wziął finansowy krach? Doprowadziła do niego niepohamowana chciwość korporacji. W jaki sposób korporacje zawładnęły naszym życiem? Zniszczyły etos pracy, wolność gospodarczą i system wartości.
Kiedyś ludzie cenili sobie pracę, uczciwość i porządnie wykonane produkty, które miały służyć zaspakajaniu ich potrzeb. Mówiono o etosie pracy czy nawet — jak Max Weber — o protestanckim etosie pracy. Otóż aby można było stworzyć świat niepohamowanej chciwości, etos pracy musiał zostać zniszczony. Firmy przestały reklamować konkretne produkty, a zaczęły reklamować same siebie (marki, brandy). Pracownicy firm nie byli już pracownikami w dosłownym znaczeniu tego słowa. Stali się politykami kierującymi na całym świecie sprzedażą i tzw. kreacją brandu. Pracę w jej dawnym weberowskim czy chrześcijańskim rozumieniu wykonywali już tylko wyzyskiwani do granic śmierci głodowej obywatele Trzeciego Świata: dzieci chińskie, Bengalczycy, Afrykańczycy i inni, którzy nie mieli szczęścia urodzić się w USA. Ponieważ praca stała się najbardziej pogardzanym i najtańszym składnikiem tej układanki, okazało się, że większość tego, co się dzieje wewnątrz firm, to po prostu polityka. Nikomu już nie był potrzebny dobry menadżer z pomysłami czy dobry pracownik. Na wyższe szczeble wspinali się nie ci, którzy więcej umieli, lecz ci, którzy się lepiej urodzili lub posługiwali łokciami. Ponieważ tak naprawdę każdy rzemieślnik, każda mała firma byłaby w stanie wyprodukować towary i tańsze, i lepsze od tzw. markowych, wielkim korporacjom nie pozostawało nic innego, jak tylko jeszcze bardziej rosnąć, zagłuszać konkurencję polityką reklamową, różnymi eventami. Korporacje stały się już tak ogromne, że przerosły wiele państw. Etos pracy w korporacjach przestał istnieć, zastąpił go tzw. etos korporacyjny, czyli zachowywanie się dokładnie tak ja wszyscy, a po kryjomu bezwzględna walka o stołki. Jeśli jeszcze ktoś w korporacjach uczciwie pracował, to głodujące dzieci w Bangladeszu, wynagradzane po pół centa od sztuki jakiegoś markowego gadżetu, który był trendy.
Obok niszczenia szacunku do pracy zaczęto niszczyć wolność gospodarczą. Wielkie korporacje wypełnione rozpolitykowanymi karierowiczami wiedziały, że ich produkty czy usługi zawsze będą droższe i gorsze od takich samych produktów czy usług firm małych, ale rzetelnych, zajętych klientami, a nie sobą, niepompujących miliardów w absurdalne kampanie reklamowe, pensje i fundusze reprezentacyjne dla pseudomenadżerów. Wielkie korporacje zrozumiały to pewnego historycznego dnia zwanego piątkiem Marlboro, gdy stanęły przed wyborem: podjąć normalną gospodarczą grę czy stać się rakiem, chorobą świata. Wybrały to drugie. Nakłady na kreację metek zaczęły od tego czasu rosnąć w tempie hiperboli. Małe firmy, które zaczęły się nieśmiało rozwijać, zginęły pod zwałami korporacyjnego raka. Wtedy zapadła de facto decyzja, że kiedyś rak powali żywiciela. I powalił — w 2008 roku.
Co ciekawe, korporacje, które zrujnowały gospodarkę, nadal wyciągają ręce po pieniądze podatników. Chcą dostać coś za nic. Byle trwać. Wyrzucony z pracy w ramach redukcji uczciwy Kowalski nie dostanie ani centa — przecież nie przyjaźni się z Obamą czy Paulsenem. Kuracja polegająca na dofinansowywaniu tych, którzy już udowodnili, że pieniądze umieją wyłącznie trwonić, jest światowym skandalem. Tylko kto ma protestować? Korporacyjne gazety? Korporacyjne telewizje? Przekupieni przez korporacje politycy?
Ostatnim elementem koniecznym do stworzenia świata chciwości i krachu było zniszczenie systemu wartości. Normalne firmy były dla niewydolnych korporacyjnych molochów śmiertelnym zagrożeniem. Dlatego trzeba było grę wznieść na taki poziom, którego nikt z zewnątrz nie udźwignie. To tak jakby komuś powiedzieć: gramy w pokera, minimalna stawka to milion, wiedząc, że ten człowiek ma w kieszeni tylko sto złotych. Gra dużo lepiej, dlatego stawka musi go zniszczyć, zanim zdąży zagrać.
Do takiego przewartościowania doszło w sojuszu świata biznesu, sportu i rozrywki. Kopacze piłki, koszykarze czy aktorzy, może i zdolni, ale w końcu zbyt licznie się pojawiający, aby ich porównywać np. z Leonardem da Vinci, zaczęli otrzymywać gaże, na jakie genialny Włoch nie zapracowałby przez tysiące lat. Jeden wsad do kosza kosztował miliony, wreszcie setki milionów dolarów. Ludziom zdolnym, ale w końcu nie tak zdolnym jak Szekspir, płacono honoraria równe rocznym budżetom wielu afrykańskich państw. Dlaczego? Właśnie po to, aby ochronić metki przed zakusami mniejszych firm. Otoczone kultem gwiazdy reklamowały metki, metki reklamowały gwiazdy. Choćby i najlepszy produkt, najzdolniejszy pracownik nie miał szans z tym sojuszem walącym z siłą reklamowego młota w ludzkie głowy.
Czy wreszcie teraz do ludzi dotrze, że cebulka tulipana jest tylko cebulką tulipana? Bo jeśli nie, to szykujmy się na długą i ciężką chorobę.




Komentarze
Pokaż komentarze (8)