Marek Błaszkowski Marek Błaszkowski
142
BLOG

Królowa Banału

Marek Błaszkowski Marek Błaszkowski Rozmaitości Obserwuj notkę 9

Kiedyś gwiazdy estrady miały nam coś do powiedzenia. Coś ważnego. Coś, co same głęboko przeżywały. Przypomnijmy, kto królował na scenach kilkadziesiąt lat temu.

 

Marzyciel Lennon. Give peace a chance, Power to the People, Imagine.

Hinduista Harrison, baśniowo—poetycki King Crimson, sataniści-gnostycy z Black Sabbath, przebogaty muzycznie Yes.The Doors. Mistyczne drzwi. Radykalna mistyka, gotowa życiem płacić za chwilę “przebicia się na tamtą stronę”, ujrzenia choćby jednego błysku świata takim, jaki jest naprawdę.

 

Jednocześnie megahitem było śpiewane przez Armstronga „Let My People Go”. Murzyńska opowieść o tym, jak Mojższ udał się do Faraona i zażądał – „uwolnij mój lud!”

 

I oto na przełomie lat 80-tych i 90-tych artyści znikli ze scen jak zdmuchnięci. Miejsce sztuki zajął „pop”, a miejsce artystów – marketingowo-reklamowe produkty, „królowie popu”. Co mieli do powiedzenia Madonna i Jackson? Nic. Kompletnie nic. I to ich odróżniało od Morrisona.

 

Na polskiej scenie muzycznej mieliśmy do czynienia z podobną rewolucją. Miejsce Grechuty i Niemena zajęła Doda Elektroda, który to fakt komentuje się sam.

 

Co się stało? Czy nagle artyści wymarli? Czy odbiorcy zgłupieli i nie są w stanie przyswajać niczego poza tandetą? Ani jedno, ani drugie. Artyści istnieją nadal, lecz nie mogą już liczyć na reklamę ze strony maszynerii koncernów medialnych. Ani na pieniądze. Publiczność o gustach innych niż plebejskie została skazana na niszowe oferty internetowe.

 

Przyczyny, dla których korporacje medialne postawiły na tandetę są dwie.

 

Przyczyna pierwsza. Sztuka jest mało podatna na „utowarowienie”. Oczywiście artysta będzie chciał sprzedać jak najwięcej płyt, jednak nie zrobi tego, co godzi w istotę jego przekazu artystycznego, a taki warunek w znacznym stopniu ogranicza swobodę korporacji w manipulowaniu ludźmi jak rzeczami. Zamiast artysty lepiej wziąć sprawnego rzemieślnika, który nie ma żadnych przekonań i nic do powiedzenia. On chętnie się sprzeda jako towar bez ograniczeń.

 

Przyczyna druga. Korporacje potrzebują ludzi nie znających metafizycznych trosk. Potrzebują robotów, które wewnątrz korporacji krzątają się wyłącznie wokół własnej kariery, a poza korporacją zajmują się wyłącznie konsumpcją i w sposób przewidywalny dają sobą manipulować. Sztuka, każda sztuka, niesie ze sobą metafizyczne troski, taka jest jej istota. Zadawanie pytań – „kim jestem?” „po co jestem?” „jaki jest tego wszystkiego sens?”. Korporacyjne roboty nie mają rozterek metafizycznych, ponieważ one znają już Ostateczną Odpowiedź, która brzmi: „chodzi o to, żeby zarobić parę dolców, a reszta to frajerstwo”.

 

Korporacyjnemu robotowi jest nie po drodze nie tylko z wyznawcami Jezusa Chrystusa, ale i z mistyczną ekstazą new ageowskiego The Doors i z obsesyjnym pragnieniem sprawiedliwości lewicowego Lennona

 

Dziś na Bemowie korporacyjne roboty mają swoje misterium. Występuje Królowa Banału w pełnym rozmachu Widowisku o Niczym. Trzeba zapłacić, obśmiać „ciemnogród”, a od poniedziałku wrócić do budowania cudzych imperiów i śnienia cudzych snów.

https://twitter.com/Blaszkowski_

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (9)

Inne tematy w dziale Rozmaitości