Cogito ergo sum. Myślę, więc jestem. To zdanie zawsze wydawało mi się podejrzane. Dlaczego z faktu myślenia mam wnioskować o własnym istnieniu? I dlaczego tylko o własnym?
Prześledźmy rozumowanie Kartezjusza. Różnych przekonań nabywamy już od czasów wczesnego dzieciństwa. Nie umiemy wtedy posługiwać się rozumem. Możliwe więc, że zamiast prawd nabywamy przesądy. Przesądy te nawarstwiają się. Co robić? Należy zwątpić we wszystko.
Jest jednak rzecz, w którą zwątpić się nie da. To, że ten, kto myśli, ten jednocześnie istnieje. Gdyby bowiem przyjąć, że ten kto myśli, nie istnieje, powstałaby logiczna sprzeczność. Dlatego „myślę, więc jestem” stanowi, zdaniem Kartezjusza, fundament wszelkiej filozofii.
Jak usłyszeć dźwięk klaskania jedną dłonią?
Teza Kartezjusza utożsamia istnienie „ja” z myśleniem, a przecież myśli to słowa, a słowa funkcjonują w obrębie języka. Język zaś jest dziełem wspólnym ludzi. Dorastając nabywamy różne przesądy, ale przede wszystkim wrastamy w język. Zwątpienie „we wszystko poza własnym myśleniem” nie prowadzi tak naprawdę do zwątpienia w nic. Uznając własne myśli za fundament poznania, uznajemy za fundament również wszystkie nabywane od dzieciństwa przesądy.
Zresztą „metodyczne wątpienie” Kartezjusza sprowadziło się do tego, że zwątpił we wszystko poza myśleniem, a następnie z tego myślenia wyprowadził na powrót wszystko, w co uprzednio zwątpił.
Czym jest język? Czymś dużo więcej niż system znaków. Jest środowiskiem, w którym przebiega życie człowieka. Rozległym systemem metafor, obrazów, który rozpada się na pod-systemy służące różnym celom. Języki nauki, poezji, języki indoeuropejskie. Języki często konkurujące między sobą w opisie świata.
Temat to na osobny wpis. Teraz warto zauważyć, że metoda kartezjańska nie prowadzi nas do fundamentu indywidualnego istnienia, lecz do fundamentu w postaci języka. „Cogito” powinno więc wyglądać tak – „Myślę, więc istnieje wspólne ludziom środowisko myśli”. „Myślę, więc istnieją inni”.
Myśli nie są moje. Bez względu na to, czy je potraktujemy jak bezduszne memy, czy, bardziej poetycko, jako metafory, są sprawą wspólną – moją i innych ludzi. Słowa nie tylko świat opisują, ale i świat stwarzają. Dlatego między grupami ludzi trwa nieustanna rywalizacja o to, który z konkurencyjnych języków będzie obowiązywał.
Richard Rorty twierdzi, że „granice umysłu to granice języka”. Są tacy z nas, którzy zadowalają się językiem zastanym, a są i tacy „silni poeci”, którzy potrafią tworzyć własne metafory, które, niekiedy, stają się językiem powszechnym. Nie ma prawdy zewnętrznej wobec języka, bytującej w świecie „obiektywnym”. Nie ma też umysłu, który byłby czymś więcej niż język. W szczególności, zdaniem Rorty’ego, nie istnieją Bóg i żadne „zewnętrzne moce”. Moce te stworzył ludzki język.
Rorty prezentuje pewien sposób filozofowania, który, moim zdaniem, jest wynikiem błędu zawartego w „cogito”. Jeśli „myślę, więc jestem”, to znaczy, że „język wyznacza granice umysłu”.
Tymczasem „moje myśli” to konstrukt językowy. Myśli są wspólne ludziom. Są „MY”. Ten obszar myśli, który uważam za „swój”, to nie jestem „cały ja”. Jest jeszcze moja „prawdziwa natura”, której mogę doświadczać w mistyce, która ma kontakt z Absolutem.
Mistrzowie zen, aby wyprowadzić uczniów z klatki języka, zadawali im pytanie: „Jak brzmi dźwięk klaskania jedną dłonią?”. Uczeń tak długo szukał odpowiedzi aż zdawał sobie sprawę, że tej odpowiedzi nie ma w obszarze żadnego języka. Wtedy doświadczał rzeczywistości bezpośrednio w błysku zwanym „satori”.
Doświadczenie religijne można „wprowadzić do języka” tylko posługując się językiem paradoksu. Słowa i gesty wskazują na rzeczywistość „pozajęzykową”. Taką samą rolę pełnią obrzędy.
Nie można własnego doświadczenia kontaktu z Bogiem (lub z Absolutem) przekazać cudzymi słowami. Wszelkie naśladownictwo świadczy o braku kontaktu.
Budda podniósł kwiatek, a w odpowiedzi Mahakaśjapa mrugnął. W ten sposób odbył się przekaz całej nauki buddyjskiej. Mistrz Eckhart mówił „Jeśli chcesz poznać Boga, musisz odrzucić boga”. Jest to wezwanie – „wyjdź poza język, dotknij rzeczywistości samej”. Żydzi nigdy nie wymawiają „Świętego Imienia”.
Dno duszy i Słowo Boże
Oglądałem kiedyś film, w którym chłopiec przekonywał dziewczynę, że nie moknie, ponieważ potrafi „biegać między kroplami deszczu”. Ostatecznie zmókł, ale oczarował wybrankę tą opowieścią.
Doświadczyć „rzeczywistości samej” to „przemknąć między myślami” w jednej chwili uważności, w której potrafimy spojrzeć okiem Boga na wieczne TERAZ. Doświadczenie to otrzymujemy od Boga. Nie możemy do takiego doświadczenia dojść poprzez wysiłek myślowy, gdyż wszystko, co się w świecie myśli zaczyna, jest myślą, a myśl nie jest zdolna być poza myślami.
Doświadczenie zjednoczenia z Bogiem różnie jest opisywane „po powrocie na grunt języka”. Mówimy o „porwaniu do trzeciego nieba”, „dnie duszy”, „Bożej Nicości”.
Doświadczenie kontaktu z Bogiem, jest pozajęzykowym doświadczeniem naszej prawdziwej natury. A co z myślami? Co z ludzkim „MY”? Trzeba pamiętać, że Bóg wkroczył w ludzką historię jako Słowo Boże. Nauczanie historycznego Jezusa, Jego Śmierć i Zmartwychwstanie jest tym, co mówi do nas o Bogu w języku.
Apostołowie otrzymali dar „mówienia językami”. Oznacza to, że byli zdolni głosić Słowo Boże we wszystkich językach składających się na wspólny ludziom język.
Pełnia człowieczeństwa to harmonia między „umysłem, którego granice wyznacza język”, a wewnętrznym doświadczeniem prawdziwej natury w kontakcie z Bogiem.
Przecinanie człowieka na pół
Ateiści chcieliby przekonać nas, że nie mamy żadnej prawdziwej natury zdolnej do kontaktu ze Stwórcą. Że wypowiedzi na temat Stwórcy to „przestarzały język mitów”, który należy odrzucić „w imię lepszej przyszłości”.
Efektem tego jest człowiek niepewny własnego człowieczeństwa, odrzucający połowę siebie, podatny na manipulacje.
Ogłoszenie bowiem, że umysł ludzki jest tylko tworem językowym, oznacza dowolność w tworzeniu „człowieka przyszłości” – czy to propagandą, czy technologicznymi manipulacjami.
Ateiści występują przeciw chrześcijaństwu, gdyż ludzie pewni własnego człowieczeństwa, własnego zakorzenienia w Bogu, nie dają sobą manipulować.
O co w tej „wojnie językowej” walczą ateiści? O „wolność”. Nie o wolność konkretnych ludzi, lecz o bliżej nie sprecyzowaną ideę wolności. Jest to największy paradoks ateizmu. Ludzie, którzy tak domagają się zawsze „dowodów” i „konkretów” w kwestii Boga (a standardy wobec Boga mają wyśrubowane do absurdu), chcą siebie i innych bez żadnych pytań złożyć na ofierze mglistej idei, która być może będzie kiedyś jasno wypowiedziana, ale najprawdopodobniej nie.



Komentarze
Pokaż komentarze (56)