Trzecia nad ranem, nad brzegiem Narwi. Cisza i spokój. Jeszcze nie było brzasku Słońca. Słuchać tylko leniwy plusk rzeki. Malejący do nowiu Księżyc daje jednak dużo światła. Jest już bardzo widno. I wtedy pojawia się on. Człowiek z Uc-uc-uc. Zatrzymuje się swym pojazdem gdzieś nad brzegiem rzeki w poszukiwaniu miejsca na jakiś sobie tylko znany rytualny czyn. To coś czego słucha, o tej porze niesie się kilometrami poruszając układ kostny przymuszonych do tego słuchaczy. To czego słucha człowiek z Uc-uc-uc przypomina jakiś rytm płodowy bicia serca jego mechanicznej matki. Nie zna on swego ojca co można poznać po tym, że wykonuje rytmiczne gibanie jak z choroby sierocej. Ci ze wsi nad rzeką, którzy zajmują się kłusownictwem obudzeni rytmicznym pulsem z łona jego mechanicznej matki prawie przez sen mamroczą poirytowane pytanie:
- Gdzie jest kurwa moja flinta?
W tym czasie człowiek z Uc-uc-uc spełnia jakiś swój rytualny obrzęd. A może bezmyślnie gapi się na Księżyc trwając w swojej nieustającej umysłowej fazie embrionalnej. Kołysząc się rytmicznie wsiada do swego międzyplanetarnego pojazdu i oddala się nieświadomy zagrożenia jakie mogli mu zgotować Ziemianie. Pulsujący rytm staje się coraz bardziej cichy. W końcu zanika.
Za chwilę rozpocznie brzask i rozpocznie się cudowne przebudzenie ptaków. To dziwne, ale ich radosne szczebioty wcale nie przeszkadzają mi zapaść ponownie w kamienny sen.



Komentarze
Pokaż komentarze