Marek Powichrowski Marek Powichrowski
1106
BLOG

Listek figowy

Marek Powichrowski Marek Powichrowski Polityka Obserwuj notkę 24

 

W kraju mamy niewiedzę młodego pokolenia na temat historii, która wydarzyła się po roku 89. Znam młodych ludzi po studiach technicznych, którzy narzekają, że szkoła nie przekazała im wiedzy na temat historii najnowszej. Zawsze w programie ten zakres tematyczny wypadał w czerwcu i pewnie już po wystawieniu ocen, a tu słoneczko było coraz wyżej i wakacje były tuż tuż. Ale teraz gdy osiągnęli pełną dojrzałość – w sensie przymusu płacenia podatków – to zaczęli się interesować jego historią i próbują zrozumieć co jest teraz w tym naszym kraju grane.

 Może warto przypomnieć, że było takie kiedyś popularne hasło: „Nie ma wolności bez „Solidarności””. Hasło to wraz z napisem solidarność wykonanym fontem solidarycy (czyli takim jak w logo „Solidarności”) było częścią logo gazety o kryptonimie GW. Było, to znaczy że przestało nim być. A dlaczego przestało nim być? Przy okrągłym stole (a co mi tam, będzie małymi literami), jednym z ustaleń było, że opozycja dostanie ogólnopolski dziennik. I dostała, dostała nakłady papieru i dostała dostęp do drukarni. Tylko w dość krótkim czasie po tym fakcie okazało się, że monopol na opozycyjność w tej gazecie uzyskała tylko jedna grupa. Mało tego, gazeta ta się samo sprywatyzowała co jest o tyle ciekawe bo nigdy ne była własnością państwową. Ktoś kto chce poznać lepiej zachowania ludzi z elity władzy dziś analizując listę jej udziałowców zrozumie dużow więcej niż siedząc po uszy w mediach głównego nurtu.

 Lech Wałęsa – mój młody kolego – był wtedy znienawidzony przez towarzystwo skupione wokół tego środowiska. To jego siepacze – znaczy Lecha Wałęsy – mieli szóstej rano wyciągać z łózka redaktora naczelnego gazety GW (a normalnie powinien to zrobić tylko mleczarz. Kto dziś pamięta, że był kiedyś taki zawód?). W tamtych zamierzchłych czasach Lech Wałęsa był wrogiem demokracji bo chciał rządzić dekretami, chciał puszczać komuchów w skarpetkach i biegał z siekierką po kraju. Wtedy Lech Wałęsa nie był dobrem narodowym oj nie. Kto wie, czy facet w czerwonych portkach sam by mu wtedy z baśki nie przyłożył za tak zwany całokształt. Takie był to czasy mój młody kolego. W onym to czasie Lech Wałęsa był przewodniczącym związku zawodowego „Solidarność” i zabronił używania logo związku jako elementu logo prywatnego przedsiębiorstwa.

Dlaczego o tym przypominam? A no dlatego, że prezydent chce teraz aby autostrada wiodąca na Zachód, ze stolicy do Berlina była nazwana Autostradą Wolności. Takiego prezentu na Nowy Rok pewnie się nie spodziewał dział marketingu prywatnego właściciela autostrady. Wokół tego można zbudować całą piękną narrację reklamową. Cud miód. Nad każdą bramką byłby zawieszony jakiś banner reklamowy nawiązujący do wolności. Ale tuż za tym bannerem trzeba byłby płacić za przejazd jak za przysłowiowe zboże. Autostrada Wolności miałaby być wtedy płatna? Jak wolności to wolności. To również wolności po niej przejazdu, bez opłat. I proszę sobie wyobrazić taki napis lecący na żółtym pasku w telewizorni: „Autostrada Wolności kosztuje nas coraz więcej”. Po prostu dramat.

Autostrada wiodąca ze stolicy do Gdańska - wedle życzenia prezydenta - miałaby mieć imię Autostrady Solidarności. No i tu od razu jest dylemat. Czy z apostrofami wokół słowa solidarność czy nie. Solidarycą nie da się tego napisać bo to logo związku. Bez solidarycy w napisie nie ma to swego silnego przekazu. Z apostrofami to będzie wyglądało jako pośmiewisko z solidarności. W domyśle można by snuć teorię, że tu chodzi o jakąś inną „solidarność” a nie o tę, o której mówił Jan Paweł II podczas słynnej mszy na Gdańsku Zaspie, w czasach gdy „Solidarność” była nielegalna za komuny. No i znowu ten sam problem jak powyżej bo ta autostrada też znajduje się w jakiejś części w prywatnych rękach. Znowu pięknym symbolem będącym wspólną własnością – bo myślę, że prezydent miał na myśli właśnie tę naszą „Solidarność” z czasów przed 89 rokiem - firmowano by prywatne przedsiębiorstwo. No po prostu nie godzi się tak robić.

Jest taka pokusa magicznych zaklęć. Pstryk i mamy Wolność. Pstryk i mamy Solidarność. Można to zrobić nawet jednym dekretem prezydenckim. A może by tak zrobić, że absolwenci studiów prawniczych mają prawo do praktyki adwokackiej bez namaszczania przez rodzinne korporacje? No bo nikt mi nie wmówi, że talenta przechodzą z ojca na syna. Byłby to jakiś namacalny dowód na poszerzanie strefy wolności, w tym wypadku gospodarczej. A może by tak zrobić, że kobiety harujące w handlu „swiątek, piątek i niedzielę” miały czas wolny dla swoich rodzin w niedzielę tak jak inni? Przy okazji rodzimi drobni sklepikarze, pracujący „na swoim” mogliby uszczknąć coś z tego tortu obecnie prawie w całości przejętego przez niepolskie koncerny władające sieciami hipermarketów. Prezydent ma ku temu swój głos i swoją inicjatywę ustawodawczą. Wymagałoby to dużo więcej zachodu niż te „pstryknięcia” ale mogłoby prowadzić do większej wolności i większej solidarności.

Życie niesie ciekawe zjawiska, które dużo mówią o świecie wokół nas. Przywołałem hasło „nie ma wolności bez solidarności” a znaczy ono to, że oba zjawiska są ze sobą silnie powiązane, silnie skorelowane, do siebie idealnie przystające. Gdyby inicjatywa nadania imion tym autostradom stałaby się ciałem to mielibyśmy intersujący przypadek z pogranicza geometrii, wolności i solidarności.  Otóż obie autostrady są do siebie prawie idealnie prostopadłe. Oznacza to ni mniej ni więcej, że gdyby chcieć zrzutować obraz geometryczny Autostrady Wolności na Autostradę Solidarności to otrzymalibyśmy zbiór pusty. Kompletny brak powiązania. Co też dawałoby dużo do myślenia. 

Możliwie jak najdalej od przedziału 3 sigma

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (24)

Inne tematy w dziale Polityka