Separatyści ze wschodu Ukrainy schronili się w Doniecku i Ługańsku. Przyznają, że ich sytuacja jest ciężka ze względu na małe poparcie miejscowej ludności, która nie wierzy w zagrożenie ze strony ukraińskiej władzy, o którym cały czas mówią bojówkarze i moskiewska propaganda. Rebelianci chcą w związku z tym stworzyć "armię kontraktową". Jej żołnierzom będą płacić od 5 do 8 tysięcy hrywien, czyli od 1300 do 2000 złotych. Jest to kwota porównywalna z zarobkami górnika w Zagłębiu Donieckim.
Po pierwsze potwierdza się brak poparcia ludności Donbasu dla ruskich dywersantów. Najlepszym dowodem był wiec poparcia w milionowym Doniecku, w którym wziął udział mikroskopijny tysiąc uczestników. Idea przyłączenia do Rosji jakoś jednak nie trafia do rosyjskojęzycznych, a długotrwałe życie w strefie wojny to nie jest coś co ludzie chcieliby dla siebie czy swoich dzieci. Zresztą ludzie Donbasu są realistami. Angażowanie się przedsięwzięcie, które będzie się wiązało z ryzykiem utraty życia i być może emigracją rodziny na wschód po przegranej nie zachęca miejscowych do udziału w tej rebelii.
Po drugie najwyraźniej rekrutacja najemników w Rosji idzie coraz bardziej opornie, bo co można było na Ukrainie ukraść to już ukradziono, a życie można stracić. Jakoś nie liczyłbym na sukcesy militarne w oparciu o „armię kontraktową”, która umotywowana do noszenia kałasznikowa jedynie kasą ucieknie na widok ukraińskiego czołgu. Już wcześniej były w mediach opisy jak to „sieparatysty” czekają tydzień na swoją ruską wypłatę, a po jej otrzymaniu piją…
Komentarze
Pokaż komentarze (4)