11 lipca
Felieton ten piszę z obowiązku, jaki nakłada na mnie publicystyka historyczna. Bieżąca polityka i służące jej ideologie mnie nie interesują.
11 lipca 1943 r. był na Wołyniu dniem wyjątkowo pogodnym. Po chutorach i polach rozlewał się obezwładniający żar. Lato zdawało się wypełniać świat przytulną sielskością. Ale to był jedynie pozór. Już w południe na skrajach pól zaległa głęboka nienaturalna cisza. Jak na komendę niebo opustoszało: ptaki odleciały, nie chcąc być świadkiem koszmaru, który krwawo zapisze tę niedzielę w dziejach Polski.
Pierwsi wierni już o świcie przekraczali progi swoich świątyń z nabożnym spokojem, nie wiedząc, że to będzie ich dzień ostatecznego pojednania z Bogiem. Kościoły zawsze były miejscem azylu, a skoro wróg miał na swoich czarno - czerwonych sztandarach polowych wyszyte tradycyjne motywy z ikonografii prawosławnej i greckokatolickiej - w tym najczęściej świętego Michała Archanioła [patrona Rusi] i Matki Boskiej Pokrowy [patronki Kozactwa i UPA - to czy chrześcijanie w dniu świętym nie mieli prawa czuć się bezpiecznie? Tym bardziej, że cztery dni wcześniej polscy parlamentarzyści z Armii Krajowej: poeta Zygmunt Rumel oraz podporucznik Krzysztof Markiewicz, podjęli próbę oficjalnych rozmów z lokalnym dowództwem UPA w celu powstrzymania narastającej fali mordowania ludności polskiej.
Ludzie idący na prymarie nie wiedzieli jeszcze, że 8 lipca obaj emisariusze zostali aresztowani, brutalnie torturowani , a w końcu rozerwani końmi przez upowców w pobliżu wsi Kustycze. Znamienne, że Zygmunt Rumel należał do grona najbardziej zagorzałych orędowników porozumienia polsko - ukraińskiego. W wierszu "dwie matki" wyrażał miłość do Polski i Ukrainy jako do jednej wspólnej ojczyzny. Markiewicz liczył, że wykorzystując swoją znajomość z czasów szkolnych z komendantem Służby Bezpieczeństwa UPA, Teodorem Szabaturą ["Szczupak" lub "Jurko"], uda mu się przekonać banderowców do zaprzestania czystki na Wołyniu. Obaj polscy emisariusze padli ofiarą ofiarą własnego, jakże naiwnego idealizmu.
11 lipca 1943 r. pierwsze msze święta w kościołach katolickich na Wołyniu zaczęto odprawiać już o 6.00 nad ranem. O tej porze świat powinien rozjaśnić słoneczny promień nadziei. Tymczasem na Wołyniu nadeszły mrok i zło. Już o tak wczesnej porze mordercy z UPA i ich chłopcy pomocnicy otoczyli kościoły katolickie w Gurowie i Wygrance. Trzy godziny później to samo rozpoczęło się m. in. w Kisielinie, Chrynowie i Porycku. W tej ostatniej miejscowości mordercy wtargnęli do kościoła pw. św. Trójcy i św. Michała Archanioła i zakatowali 100 osób, w tym księdza Bolesława Szawłowskiego. Łącznie w ten sposób zakatowana 11 lipca 1943 r. aż 93 miejscowości, w których brutalnie zamordowano ok. 11 tys. Polaków.
Wiemy o tym zarówno z relacji świadków i ocalałych, jak i dokumentów Polskiego Państwa Podziemnego, AK, OUN-UPA, administracji niemieckiej i Wehrmachtu oraz raportów partyzantki radzieckiej i meldunków radzieckich służb specjalnych.
Skala zbrodni była przerażająca. Ostrza siekier z potworną precyzją rozłupywały czaszki niemowląt. Ciężarne kobiety rozcinano żywcem, wpychając w miejsce wyjętego płodu zwinięte druty kolczaste. Konających ludzi nie dobijano od razu, ale specjalnie wpychano w płomienie ryglowanych od zewnątrz płonących kościołów. Ofiary nie miały jedynie umrzeć. Ci "przeklęci Polscy" mieli przede wszystkim cierpieć. Oprawcy z chorobliwym sadyzmem i dziką satysfakcją patroszyli swoich wieloletnich sąsiadów, dekorując swoje płoty ich wnętrznościami. Brutalnie gwałcono kobiety, dzieci i staruszki. Niektóre opisy są tak drastyczne, że nie sposób ich przytoczyć w tym felietonie. Śmierć ofiary często nie kończyła tego procederu. Bezczeszczono zwłoki, gwałcono ciała, zakatowanych kobiet i dziewcząt. Określenie "zezwierzęcenie" nie jest adekwatne w odniesieniu do tych odrażających czynów. Zwierzęta tak nie postępują.
Puentę niech zastąpią trzy wszystko mówiące zdania z monumentalnej pracy historycznej Grzegorza Rossolińskiego - Liebe pt. "Bandera - faszyzm, ludobójstwo kult" [Prószyński i S-ka, 2018]: "Oficjalnie OUN -B I UPA określały eufemistyczne masowe mordowanie Polaków jako "akcję antypolską"", ale w dokumentach wewnętrznych termin "czystka" był powszechny. Rozkazy wyznaczały nawet terminy, do kiedy poszczególne obszary mają zostać oczyszczone z Polaków. Dokumenty te często kończyły się pozdrowieniem: "Gotuj broń - Śmierć Polakom" [Zbroja na werch - Smert poljakam]".
Paweł Łepkowski [Rzeczpospolita 10 lipca 2026 r.]


Komentarze
Pokaż komentarze (3)