Marian Guzek Marian Guzek
305
BLOG

Klif ustrojowy w Polsce

Marian Guzek Marian Guzek Gospodarka Obserwuj notkę 0

       Jest duża różnica między amerykańskim klifem, czyli urwiskiem finansowym a naszym urwiskiem ustrojowym. Amerykanie sami sobie świadomie ten klif stworzyli i  określili dzień, w którym albo będą musieli narazić się na skutki podwyższenia podatków biedniejącej klasie średniej i obcięcia wydatków na cele socjalne, albo sobie to urwisko przesuną i będą szli dalej w jego stronę.  Wybierają jednak coś pośredniego, kompromisowego.  My raczej w ogóle nie zdajemy sobie sprawy, iż maszerując od dawna w ustabilizowanym już systemie polityczno-gospodarczym, szlakiem utwardzonej - chociaż usianej większymi lub mniejszymi wyrwami - demokracji, podchodzimy do skalistego i stromego uskoku, który musimy pokonać. Polega on na zbliżającym się bankructwie realizowanego w naszym kraju modelu ustrojowego oraz na konieczności zastąpienia go systemem o właściwościach liberalnych bez zniekształceń grożących anarchokapitalizmem.

 

Siły kreujące ustrój napędzane kolizyjnymi doktrynami

        Wszyscy wiedzą, że są dwie Polski nieprzyjaźnie usposobione wobec siebie. A między nimi jest rów wykopany wspólnymi siłami przez oba plemiona. Plemiona ukształtowały się oddzielnie, gdyż zostały nakłonione do wzajemnej wrogości przez dwu nie lubiących się liderów, mających pozycje wodzowskie. Taka, mniej więcej jest diagnoza podziału narodu polskiego, którą uzupełniają przypuszczenia, że jeden obóz objawia cechy paranoiczne, które mogą tłumaczyć jego zachowania (według wątpliwej diagnozy medycznej profesora Ireneusza Krzemińskiego, socjologa). Komentatorzy stwierdzają, że odpowiedzią na ten stan rzeczy jest bezsilność analityków i nieprzewidywalność dalszych procesów polityczno-społecznych w naszym kraju. Środowiska lewicowe skłonne są sądzić, że kłótliwość konserwatystów stanowi swoistą normę zachowań politycznych, której istnienie potwierdzają doświadczenia życia politycznego przez cały okres transformacji. Krótko mówiąc, jakiś nienormalny naród, czyli dopust boży w kraju z 90 procentami wierzących katolików.

        O tym, że naszemu ustrojowi rzeczywiście coś zagraża, prawie nikt nie mówi z wyjątkiem Waldemara Kuczyńskiego, który wdrażał wadliwy model tego ustroju jako minister do spraw prywatyzacji w rządzie Mazowieckiego. W swych licznych wystąpieniach telewizyjnych z wyraźnym uporem ostrzega on, że buntownicze manifestacje organizowane przez związki zawodowe i główną partię opozycyjną mają charakter antysystemowy, a nie tylko roszczeniowy w sprawach ekonomicznych, czy personalnych. Przez pewien czas wydawało mi się, że Kuczyński grubo przesadza. Ostatnio doszedłem jednak do wniosku, iż Kuczyński wyjątkowo w tej sprawie ma rację. Można sądzić, że poważna część społeczeństwa chciałaby wprowadzenia istotnych zmian ustrojowych. Aby odpowiedzieć na pytanie, czy takie oczekiwanie jest zasadne, należy przyjrzeć się przede wszystkim podstawom doktrynalnym ustroju III RP.

                    

Od homo sovieticusa do homo rynkofanusa

        Gdyby dożył naszych czasów ksiądz Józef Tischner, który zasłynął z twierdzenia o zakodowanych w psychice zabierających się do budowy nowego ustroju Polaków pozostałości sowieckiej indoktrynacji społeczeństwa, pewnie byłby zaskoczony postępami, jakie uczyniliśmy w przyswajaniu sobie nowego stereotypu, jaki proponuję nazwać homo rynkofanus, a w skrócie rynkofan, czyli fanatyk rynku.

        Przeczulony na punkcie norm przyzwoitości Polak słuchający debat sejmowych i obserwujący w telewizji rozmowy redaktorów z przedstawicielami partii, posługujących się wobec siebie obelżywymi określeniami może sądzić, że nasza polityka jest paskudna i robi się jeszcze gorsza. Jeśli natomiast przeczulony Polak zastanawia się nad pytaniem, dlaczego mamy taką politykę, jest skłonny sądzić, że to wina niektórych dziennikarzy podpuszczających tych ujadaczy, którzy chcą być celebrytami, więc muszą obrzucać swych przeciwników pełnokrwistymi epitetami, bo inaczej kamery będą ich ignorowały. Wystarczyłoby, aby nie dokonywano transmisji z sejmu i rozmów z partyjnymi harcownikami, a polityka zaczęłaby zasługiwać na swoją definicję słownikową, a mianowicie: „polityka to sztuka rządzenia państwem”.

        Tak rozumujący Polak nie nadąża za życiem politycznym według realizowanych u nas ustrojowych wzorców doktrynalnych. Aby je bliżej objaśnić, tak jak w większości mediów, należy zacząć od stwierdzenia, że wzorce te wymagają nie narzucanej społeczeństwu przez główną partię opozycyjną jakiejś anachronicznej i populistycznej sztuki rządzenia zachęcającego do wielbienia państwa jako wspaniałej instytucji jednoczącej naród. Żyjemy w epoce, w której państwa ma być minimum, aby nie przeszkadzało rynkowi. Zasadzie „państwa minimum” sprzyja zmniejszanie funkcji państwa i ograniczanie regulacji w ramach sektorów o szczególnym zainteresowniu wielkich binesmenów, a szczególnie bankierów i korporacji transnarodowych. Polityka jako sposób sprawowania władzy nie może potwierdzać potrzeby ingerowania państwa w funkcjonowanie rynków. Od początku naszej transformacji władza państwowa, z wyjątkiem krótkookresowych odstępstw, jest w rękach demokratycznie wybranych przedstawicieli ideologii neoliberalnej, czyli rynkofanów, chociaż większość z nich sądzi błędnie, że są po prostu liberałami.

        Trzeba przyznać, iż od razu nowe władze, wspomagane przez zespół doradców amerykańskich pod kierownictwem profesora Jeffreya Sachsa, potrafiły skorzystać z niezwykle skutecznych metod przekształcania świadomości społeczeństwa, stosowanych w komunizmie. Wtedy rynek był czymś paskudnym i musiał być niemal całkowicie usunięty z ustroju państwowego. W III RP dzieje się odwrotnie. Instytucje państwa mają być usuwane z gospodarki, a „rynek ma wszystko załatwiać”. Oczywiście, najpierw nie należało tego wprost mówić, ale postępować tak, aby ważny instrument w rękach państwa, wyznaczający sposób sprawowania władzy, czyli polityka stawała się stopniowo czymś obrzydliwym, a urzędnicy państwowi - raczej paskudni. Wskutek tego obywatele łatwiej mogli sobie uświadomić, że powinni przysposabiać się do ponoszenia odpowiedzialności za swój własny los i wyzbywać się resztek stereotypu homo sovieticusa, czyli oczekiwań socjalno-opiekuńczych ze strony państwa. Takie są realia i szanse na zapewnienie rynkowi - według tych zasad - właściwej roli w życiu wolnych jednostek. Harcownicy reprezentujący „słuszną” drogę okazywali się potrzebni w celu niedopuszczania do rozrostu sił konserwatywno-narodowych. Szczególnie ważną obecnie funkcją harcowników jest natomiast prowokowanie tych sił do ciągłego i ostrego atakowania władz państwowych, które – dzięki temu - nie muszą odsłaniać swej twarzy rozpogodzonej tajoną świadomością, że „im państwo słabsze, tym lepiej rynkowi”, a mogą odgrywać rolę obrońców instytucji państwa przed próbami obalania ich przez coraz bardziej radykalnych krytyków rządu.

        Oczywiście, taka polityka nie należy do pięknych sztuk rządzenia państwem, ale zapewnia szybkie dojrzewanie poważnej części społeczeństwa do najbardziej radykalnej postaci nowej ideologii. Należy jednak zauważyć, że pod wpływem kryzysu ideologii neoliberalnej w Ameryce i Europie Zachodniej, polscy propagatorzy tej ideologii stają się coraz mniej aktywni. Na uniwersytetach nadal nietrudno poznać profesorów rynkofanów. Wystarczy usłyszeć ich odpowiedź na pytanie, czy potentaci mający pozycję monopolistów na rynkach finansowych nie psują tych rynków i niezbędnej konkurencji? Jeśli odpowiedź ta brzmi : „Takie są wilcze prawa rynku, a konkurencja istnieje, lecz niedoskonała”, możemy być pewni, że oni dochowują wierności ideologii neoliberalnej. Jednak w mediach  rzadko angażują się w takie wypowiedzi.

        Media też tracą impet, skoro „Gazeta Wyborcza” od pewnego czasu zamieszcza zaskakujące opinie, iż neoliberalizm zbankrutował. Sam premier D.Tusk ogłosił na łamach „GW” (z dnia 19.03.2011r.), że zrywa z wyznawanym od lat młodzieńczych liberalizmem (raczej neoliberalizmem), co zostało negatywnie ocenione przez D.Wielowiejską („GW” 21.03.2011r.). Wkrótce po tej publikacji Redakcja „GW” zamieściła natomiast opinię szefa Instytutu Obywatelskiego współdziałającego z PO, Jarosława Makowskiego: „Przez ostatnie 20 lat ćwiczyliśmy młodych w posłuszeństwie wobec neoliberalnego dogmatu, że państwo to wróg” („Stracone pokolenie? Mit!”, „GW” 05-06.11.2011r.)). Opinia ta stanowiła swoiste doprecyzowanie wyrażonego wcześniej przez tegoż autora poglądu, że „neoliberalizm nas tresował przez ostatnie 20 lat” („Rzeczpospolita” 26.04.2011). Wprawdzie przekroczyliśmy dopiero pierwsze stadium nowej tożsamości, ale jesteśmy traktowani w ważnych libertariańskich ośrodkach zagranicznych, propagujących ideologię homo rynkofanusa  jako społeczeństwo dojrzewające bardziej niż inne narody, chyba oprócz amerykańskiego w okresie przed kryzysem, do docelowego stadium ustrojowego, określonego nazwą anarchokapitalizmu, wprowadzoną do literatury przez profesora Murraya Rothbarda, jednego z głównych twórców ideologii libertariańskiej, wychowanka Ludviga von Misesa.

 

 Zagraniczni profesorowie rynkofani pomagają indoktrynować Polaków

        Pomoc zagranicznych specjalistów w przygotowywaniu społeczeństwa do docelowej wizji ustroju wolnorynkowego jest nieodzowna. Czy można sobie bowiem wyobrazić na przykład profesora Balcerowicza stwierdzającego, iż nadchodzi pora skończyć z „państwem minimum” w gospodarce i przejść do ustroju działającego pod hasłem „państwa zero” nie tylko w gospodarce, lecz w ogóle we wszystkich dziedzinach życia społecznego? Albo czy Adam Michnik mógłby wystąpić z twierdzeniem, iż walcząc o wolność od komunizmu nie wobrażał sobie jeszcze nowego ustroju, jaki jest nam teraz niezbędny, a mianowicie jako system, w którym wolna jednostka nie musi płacić żadnych podatków, ale i nie może korzystać ze świadczeń socjalnych od państwa, gdyż takowego ma w ogóle nie być, podobnie jak i związków zawodowych?

        Obaj budowniczowie III RP byliby chyba zbyt mało wiarygodni, aby przystąpić do głoszenia aż tak radykalnej ideologii. Już z przekonywaniem do neoliberalizmu mieli sporo trudności, lecz dzięki Lechowi Wałęsie udało im się stopniowo wdrażać antyzwiązkowy i antypaństwowy typ ideologii. Natomiast w postaci tak radykalnej, a ponadto z Wałęsą, którego spotkała opóźniona, lecz skuteczna delegitymizacja w postaci utraty zaufania społecznego (1% głosów w powtórnych wyborach prezydenckich), zadanie o jakim mowa byłoby niewykonalne. Oczywiście, gdyby zamiar likwidacji państwa miał być ogłoszony przez premiera lub prezydenta państwa, brzmiałby wprost absurdalnie.

        Aby więc z góry nie kompromitować finalnego etapu przekształcania Polaków z połowicznych rynkofanów w pełnych fanatyków wolnorynkowców, korzystamy z pomocy profesorów zagranicznych. Najodważniejsze rady pozyskała „Rzeczpospolita”, ciesząca się dużym, obecnie malejącym, zaufaniem konserwatywno-narodowych grup społeczeństwa. Pierwszym z nich był profesor Gerard Casey, brytyjski filozof i prawnik, którego artykuł pod wymownym tytułem „Świat bez państwa” („Rz” 13-14.10.2012r) stanowi zrozumiałą nie tylko dla filozofów i prawników  instrukcję, jak obalać rząd, aby jednocześnie przekształcić ustrój w twór bezpaństwowy. Przewiduje ona powierzenie tylko niektórych funkcji państwa firmom oraz zapewnienie jednostkom pełnej wolności, bez jakichkolwiek regulacji pozarynkowych (polemikę pt. „Anarchokapitalizm zagląda do Polski” opublikowałem w http://biznesblog.lazarski.pl ).

        Istotną przeszkodą w realizacji idei świata bez państwa byłaby Unia Europejska. „Rzeczpospolita” opublikowała więc wywiad drugiego filozofa brytyjskiego, profesora Rogera Scrutona, rownież rynkofana, pt. „Poradzimy sobie bez Brukseli”. Wywiad zaczyna się słowami: „Unia Europejska jako polityczna czy gospodarcza struktura jest martwa. Jest fikcją, złudzeniem”, a kończy się zaleceniem: „rozpędzić Parlament Europejski i przywrócić suwerenność państwom członkowskim”. Domyślamy się oczywiście, że po to, aby mogły być zlikwidowane według zaleceń pierwszego filozofa.

 

Konserwatyzm neoliberalny kontra konserwatyzm egalitarny

        Krwiożerczy antagonizm dwu głównych sił społecznych bierze się z podstaw doktrynalnych, przekształconych w rodzaj fundamentalizmu ideologicznego. Mamy więc ze strony neoliberalnej elementy wystraszania społeczeństwa niepewną przyszłością, zabarwianą przypuszczeniami głoszonymi np. przez  b. naczelnego redaktora „Rzeczpospolitej”, Tomasza Wróblewskiego, czołowego libertarianina w mediach, o prawdopodobieństwie rewolucji mającej poprzedzać nadejście prawdziwego kapitalizmu (czyli  anarchokapitalizmu).

        Druga strona przeczuwa, bo jeszcze, być może, nie słyszała o anarchokapitalizmie jako nowym ustroju, że jesteśmy prowadzeni w jakimś groźnym kierunku i gromadzi siły nie gardząc ani fundamentalizmem religijnym ani narodowym (nazywanym przez pierwszą stronę faszyzmem).

        Warto sobie uświadomić, że Rothbard, a zwłaszcza lewicowy anarchokapitalista Samuel Konkin, wyraźnie stwierdzali, iż ich docelowego ustroju nie można zbudować demokratycznie, w drodze głosowań, lecz ma on powstać „samoczynnie” jako bunt społeczeństw przeciwko państwom.

        Jeśli mamy nie wpaść w tę pułapkę, powinniśmy szukać kompromisu ustrojowego między konserwatyzmem neoliberalnym, oczyszczonym z przedrostka neo- a konserwatyzmem egalitarnym, oczyszczonym od tkwiących w nim dążeń do socjalizmu. Jak ten kompromis osiągnąć, to odrębny temat.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Gospodarka