Gdybyśmy mieli państwo, w którym politycy interes publiczny, jego powagę i wiarygodność mają na pierwszym miejscu, powołaliby rząd jedności narodowej, jeśli nie w dniu katastrofy smoleńskiej, to w następnym. Myślałem o tym tamtego dnia, ale jakże byłem naiwny.
Aby zajął się niepospotykaną wpadką państwa polskiego, które nie potrafiło uniknąć tragicznej straty tak wielu polityków, z prezydentem na czele, których jacyś urzędnicy wsadzili do jednego wątpliwej jakości samolotu, wysłali do kraju wątpliwych standardów i kazali lądować na lotnisku spod ciemnej gwiazdy.
Być może część winy za organizację lotu jest po stronie urzędników kancelarii śp. prezydenta — ale oni nie żyją, żyją natomiast ministrowie i ich służby i pownni za to odpowiadać. Na początek politycznie.
Gdyby władza w Polsce, rządzenie, było służbą, opartą na zasadach i zaufaniu społeczeństwa, a nie tylko większości (choćby zbajerowanej) rząd by się podał do dymisji, albo przeformował w stronę rządu jedności narodowej. Na miesiąc, na dwa, na czas wyjścia z kryzysu, wyjaśnienia choćby zaniedbań po polskiej stronie. Obowiązki głowy państwa można było powierzyć cieszącemu się zaufaniem obu głównych stronnictw marszałkowi (zrozumiałe, że nie Komorowskiemu).
Tymczasem rząd Tuska rządził jak gdyby nic, pisał o tym Rafał Ziemkiewicz przed kilkoma dniami w „Rzeczpospolitej” („Katastrofa posmoleńska”): że najważniejszą troską Tuska w obliczu narodowej tragedii było to, „aby nie przyniosła ona korzyści politycznemu rywalowi”, żeby „utrzymać się na stołku”.
Co dalej ? Konieczna jest w Polsce koalicja ludzi twardych zasad, z politykami, którzy interes publiczny, powagę i wiarygodność państwa mają na pierwszym miejscu. Jeśli będą mieli większość, przejmą władzę mając szansę odbudować publiczne standardy. A i w mniejszości będą ku temu przyczółkiem.
— „Podnieś rękę Boże dziecię błogosław Ojczyznę...



Komentarze
Pokaż komentarze (3)