Pewna historia. O tym, jak państwo Lemke przy pomocy projektora filmowego i niemieckich pornografii rozjaśniali noc stanu wojennego. Państwo Lemke mieszkali w wielkim gdańskim osiedlu, na drugim piętrze. W Niemczech mieli rodzinę, coś stamtąd przywozili, któregoś dnia przywlekli projektor i walizkę filmów porno. W owym czasie posiadanie pornograficznych filmów i projektora było oznaką wyższego statusu społecznego. Co sobotę państwo Lemke urządzali imprezki dla znajomych. Żadne tam seks-party, pełna kultura, drinki, rozmowy, no i kino. W mieszkaniu nie było ekranu, ktoś wpadł na pomysł, że przecież obraz można skierować na białe zasłony w oknach. No i się zaczęło. Generał Jaruzelski wystąpił w telewizji na tle flagi. Ulicami zapierniczały czołgi w te i we w te. Żołnierze grzali się przy koksownikach. Państwo Lemke po staremu urządzali swoje imprezki. Naprzeciwko ich okna była górka. Szybko się okazało, że okoliczni obywatele akurat na tę górkę muszą wyprowadzać swoje psy. Zwłaszcza w soboty. W sobotę wieczorem każdy pies musiał się wysikać na tej górce. Potem na górkę zaczęli wpadać milicjanci z pobliskiego posterunku, po cichutku. Którejś soboty stoją sobie ludzie, wpatrują się w okno w salonie Lemków, a tu nagle chrzęst czołgowych gąsienic słychać. Coraz głośniej. Pod górkę wjechał T-72. Stał spokojnie, nie można powiedzieć, nie kręcił lufą. Takie kręcenie lufą przez czołg zawsze mnie denerwowało, odkąd raz pod stocznią taki jeden za mną kręcił. Po chwili otworzył się górny właz. Z dziury wyłonił się żołnierz w hełmofonie, siadł sobie wygodnie, papieroska zapalił, potem obgryzał kiełbasę i popatrywał, co tam akurat w oknie Lemków porabia młodziutka panna Orlowski, orliczka ta nasza.
Co rusz ktoś nas odwiedzał. Ludzie od lat nie widywani. Bić się, czy nie bić ? Co robić w zaistniałej sytuacji ? Po 17 grudnia przed Hotelem Monopol wetknięto kilka górniczych kilofów i znicze. W telewizji wystąpił pan Wojna. Ludzie gadali: „Nigdy więcej wojny”. Od dwudziestej obowiązywała godzina milicyjna. Po szkole szedłem piechotą na Morenę, do narzeczonej, buzi-buzi, z powrotem znowu godzina, nie było autobusów, tramwaje nie chodziły, tylko czołgi i transportery opancerzone latały ulicami jak wściekłe.
Już rok 2005. Na obchody rocznicy powstania „Solidarności” nie ma kasy. Będzie, kurwa, manko, trzeba wypieprzać z tego kraju, normalnie, to się nie nadaje, tak sobie gawędzono w centrali NSZZ. Po wprowadzeniu stanu wojennego naprawdę mi ulżyło, powiedział człowiek z żelaza. Wreszcie się wyspałem. Z Wajdą nadal się spotykasz, spytałem. No tak, odparł. Czasami, jak jestem w Warszawie.


Komentarze
Pokaż komentarze