Mariasz Mariasz
141
BLOG

Belfegor i Andulka

Mariasz Mariasz Rozmaitości Obserwuj notkę 0

O tej godzinie jest jeszcze cicho i tylko brzęczą butelki mleka roznoszone przez chudego mężczyznę albo jego żonę, zmieniają się co drugi dzień. Są bardzo podobni do siebie, ona też jest szczupła, silna, krótko ostrzyżona, pali papierosa i popycha załadowany paroma skrzynkami wózek; ostatnio pracuje codziennie, bo przed miesiącem jej mąż włamał się do biur administracji osiedla i ukradł stamtąd firanki. Mieszkamy w wielkim osiedlu w Gdańsku, wszystkie bloki są takie same, a w każdym mnóstwo okien, zupełnie jak we dworze w Tupiczynie, który posiadał dwadzieścia cztery ubikacje, w tym sześciookienną salę balową ozdobioną napisem z dobrymi myślami po łacinie; na niewielkim skwerku przy drodze do tramwaju stanął ostatnio parkan z desek i wczoraj, przez jakąś szparę, zajrzałem do środka; pustaki, żeliwne rury i cegły. Coś się poruszyło. Przy stercie drewna stał biały koń. Zastrzygł uszami i potrząsnął łbem. Skąd tu koń, czy ktoś wie, że w nocy, tutaj, między betonowymi ścianami, przestępuje z nogi na nogę biały koń ? Nad łóżkiem powiesiłem wycięte z gazet zdjęcia koni i ten był równie piękny jak koniki nad moim łóżkiem.

Z tramwaju wysypują się robotnicy. Niedaleko stoją zakładowe autobusy. Wzdłuż krawężnika wolniutko przechadza się niemłody już człowiek w okrągłej czapce z daszkiem, ozdobionej kolorowym sznurkiem i kotwicą, taksuje przechodzących uważnym spojrzeniem. Kiedy autobus jest już pełen, żwawo krzyczy „Odjazd” i stuka otwartą dłonią w blachę karoserii.

Od paru dni malujemy wapnem krawężniki. Cztery ruchy pędzla i już jedna płyta jest gotowa. Kilometry krawężników w całej gdańskiej stoczni. Madzia, młoda mężatka, Adam, krępy, z wąsikiem, zazwyczaj w czarnej marynarce i ja. Zajmujemy się malowaniem krawężników, skręcaniem biurek albo układaniem wykładzin podłogowych. Rysiu, po pięćdzie­siątce, jest brygadzistą, ale rzadko przychodzi. Madzia ma małą có­reczkę. Razem z mężem mieszkają w zakładowym hotelu rotacyj­nym. Same jednopokojowe mieszkanka z kuchnią. Ścianę przegryzł grzyb i mała ciągle choruje. Kazek napisał z Hamburga, opowiada nam Madzia; Kazek to jej brat, co tam u niego, pyta Adam, dostał od policji list z podziękowaniami; tak, a co zrobił, zainteresował się Rysiu, uratował kaczkę, mówi Madzia. Jaką znowu kaczkę, pani Madziu ? Ach, on nikogo nie znał w tym mieście. Całymi dniami wałęsał się po parku i pewnego dnia zauważył, że jednej z ka­czek pływających w sadzawce ktoś założył na dziób gumkę-recep­turkę. Co za dranie, mówi Adam. Tak, i Kazek poszukał policjan­tów. Przyszli natychmiast, niemieccy policjanci zjawiają się jak du­chy, w jednej chwili, potem przyjechali strażacy. Pół dnia ją łapali, tę kaczkę. Kazek dostał od policji list z podziękowaniem. Od tego cza­su stare kobiety, które całymi godzinami karmią kaczki, zaczęły się do niego uśmiechać i częstować papierosami. Madziu, mówiłaś, że Kazek wziął do rajchu jakieś dokumenty, zapytał Rysiu. No tak, Kazek myślał, że to zaświadczenie, że tatuś walczył w Wehrmachcie, ale to był wojskowy list gończy za tatusiem, i urzędnicy od razu za­częli wypytywać Kazka, co nasz tatuś teraz porabia.

A twój ojciec pisze z Australii, zapytał Adam. W roku 1984, dwa lata temu, ojciec dostał paszport. Pojechał do Grecji, zamustrował się w Pireusie. Parę tygodni później w australijskim mieście Perth zszedł ze statku i już nie wrócił.

Przysłał kilka wycinków prasowych, odparłem. Kapitan zgłosił ucieczkę. Australijska policja ścigała ojca. Takich uciekinierów wożą na statek helikopterem, w krzesełku podwiązanym na linie. W gazetach drukowano list gończy za ojcem. Szukali go. „Wanted! Gizegola K[...]” Ojciec ma na imię Grzegorz, ale w Australii zmienili go na Gizegolę.

- Wanted Gizegola ... - zdumiał się Adam.

- Potem ojciec napisał, że nie wróci. Z powodu Belfegora.

- Belfegor, ten potwór ? - pyta Adam - potwór z Luwru ?

- Nieważne.

M-15. Po pokazie w Paryżu prasa nazwała go „Belphegor”, taki był paskudny. Pierwszy na świecie odrzutowy samolot do oprysków rolniczych. Ojciec go konstruował, gdy jeszcze mieszkaliśmy w Mielcu. Tam są zakłady lotnicze. Nad miastem powolutku wznosiła się wielka szafa ze skrzydełkami, i sruuu, zaraz był nad Mińskiem, Białoruska SRR. Żadnego sowchozu nie zdążył po drodze opryskać, bo za szybko latał. Miał zrzucać bakterie wąglika nad Paryżem, Berlinem, Brukselą.

- Adasiu, w Mielcu robiono samoloty AN-2, zwane u nas „Antek”. A wiesz, jak na nie mówią, w Czechosłowacji, na te samoloty?

- Nie mam pojęcia.

- „Andulka”! Jak twoja narzeczona ! Andulka !

- Moja Andulka wygląda jak szwajcarska królowa - zmartwił się nagle Adam - ale odeszła. Wyjechała do Niemiec.

- Przepraszam, nie wiedziałem – i też się zmartwiłem.

I tak dobrze, że można wyjechać, mówi Adam. W Czechosłowacji w sześćdziesiątym ósmym granice były z początku otwarte. Któregoś jednak dnia towarzysz Husak zauważył, że „hranice neni corso”.W końcu granice to nie jest jakieś korso, żeby tak sobie paradować, tam i z powrotem. Kiedy obywatele to zrozumieją, zrobi im się lekko i spokojnie na duszy ! A po napaści na Czechosłowację gruziński filozof Mamardaszwili zapisał: „Zaczęła się u nas epoka petryfikacji imperialnego gówna”.Cholera, jak długo to jeszcze będzie trwało ?!

-Nie wiem, czy jeszcze obowiązuje zasada trwania na polskich posterunkach bez względu na rozwój sytuacji. Gdy do Bukaresztu przyjechał Gorbaczow, na rynek rzucono świeże pokrzywy. Dać ci bibułę z tym artykułem ? - zapytał.

Przy niej czułem się facetem ..., pokiwał wolniutko głową. Ubierała moje koszule. Nawet majtki. Kochaliśmy się, potem Andulka ubierała się w moje ciuchy. Wiesz, jak się wtedy czułem? Wiem, Adasiu, wiem. Jak macho. Jak Gary Cooper. Wyglądał jak szafa, ale miał zniewalający uśmiech. W Hofflandzie kupiłem trzy koszule, specjalnie jeździłem do Warszawy. Potem zamyślił się i dodał: myślałem, że moja Andulka jest troszkę fetyszystką. Nawet wydawało mi się, że to ja jestem jej fetyszem. Wyjechała, wzięła trzy koszule. Ona lubiła te koszule.

Niedługo bę­dzie pierwszy maja. Co rusz przejeżdża ekipa wieszająca flagi. Jeż­dżą żółtym wózkiem akumulatorowym wyładowanym stertą kijów i czerwonymi materiałami. Skręcamy w jakąś alejkę, a oni już tam są, albo mijają nas, jak malujemy krawężniki, przestawiając metalowe pojemniki na śmieci z napisem „50 lat PRB”, i wyglądają bardzo re­wolucyjnie, jakby za chwilę mieli strzelać z rewolwerów tulskiej fa­bryki nr 7048 systemu „Nahan”, machać flagami, śpiewać „Bandera rosa” i krzyczeć „Towarzysze Żydzi są z nami !”.

- Kitnawodefotomontaż – mówi Adaś.

Panie Rysiu, przyleciał stolarz Zubek, daj pan kogoś, deski muszę odwieźć do magazynu ! Poszedłem z nim. Stolarz był niskim blondynem. Po oczach widać było, że lubił popić. W barakowozie miał pakamerę i warsztat. Narzędzia, drewniane wióry, resztki listew. Na ścianach parę kolorowych widokówek, reklamowy kalendarz: „Najlepsze nici firmy ICI” i zdjęcia gołych panienek z niemieckich magazynów, takie fotografowane komiksy. Rozchylały nogi i każdej wychodził z ust dymek z kilkoma zalotnymi słowami. Jak kobieta jest piękna i do tego płatna, zostaw ją pan dla mężczyzn bez wyobraźni, mówię temu Zubkowi. Zubek, spryciarz, sprzedał mojemu sąsiadowi modrzewiową boazerię, dał mu stertę listew i w woreczku sęki, żeby sobie powkładał. Patrzę, a na stole u Zubka kolorowa broszurka. Skąd u pana takie gazetki, pytam. Stare kobiety które są Świadkami Jehowy stoją przy dworcu i to rozdają, mówi stolarz. Ziemia nasza zdewastowana, to nie jest nic gorszącego, powiedziała jedna pani, więc wziąłem.

 

Mariasz
O mnie Mariasz

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości