O tej godzinie jest jeszcze cicho i tylko brzęczą butelki mleka roznoszone przez chudego mężczyznę albo jego żonę, zmieniają się co drugi dzień. Są bardzo podobni do siebie, ona też jest szczupła, silna, krótko ostrzyżona, pali papierosa i popycha załadowany paroma skrzynkami wózek; ostatnio pracuje codziennie, bo przed miesiącem jej mąż włamał się do biur administracji osiedla i ukradł stamtąd firanki. Mieszkamy w wielkim osiedlu w Gdańsku, wszystkie bloki są takie same, a w każdym mnóstwo okien, zupełnie jak we dworze w Tupiczynie, który posiadał dwadzieścia cztery ubikacje, w tym sześciookienną salę balową ozdobioną napisem z dobrymi myślami po łacinie; na niewielkim skwerku przy drodze do tramwaju stanął ostatnio parkan z desek i wczoraj, przez jakąś szparę, zajrzałem do środka; pustaki, żeliwne rury i cegły. Coś się poruszyło. Przy stercie drewna stał biały koń. Zastrzygł uszami i potrząsnął łbem. Skąd tu koń, czy ktoś wie, że w nocy, tutaj, między betonowymi ścianami, przestępuje z nogi na nogę biały koń ? Nad łóżkiem powiesiłem wycięte z gazet zdjęcia koni i ten był równie piękny jak koniki nad moim łóżkiem.
Z tramwaju wysypują się robotnicy. Niedaleko stoją zakładowe autobusy. Wzdłuż krawężnika wolniutko przechadza się niemłody już człowiek w okrągłej czapce z daszkiem, ozdobionej kolorowym sznurkiem i kotwicą, taksuje przechodzących uważnym spojrzeniem. Kiedy autobus jest już pełen, żwawo krzyczy „Odjazd” i stuka otwartą dłonią w blachę karoserii.
Od paru dni malujemy wapnem krawężniki. Cztery ruchy pędzla i już jedna płyta jest gotowa. Kilometry krawężników w całej gdańskiej stoczni. Madzia, młoda mężatka, Adam, krępy, z wąsikiem, zazwyczaj w czarnej marynarce i ja. Zajmujemy się malowaniem krawężników, skręcaniem biurek albo układaniem wykładzin podłogowych. Rysiu, po pięćdziesiątce, jest brygadzistą, ale rzadko przychodzi. Madzia ma małą córeczkę. Razem z mężem mieszkają w zakładowym hotelu rotacyjnym. Same jednopokojowe mieszkanka z kuchnią. Ścianę przegryzł grzyb i mała ciągle choruje. Kazek napisał z Hamburga, opowiada nam Madzia; Kazek to jej brat, co tam u niego, pyta Adam, dostał od policji list z podziękowaniami; tak, a co zrobił, zainteresował się Rysiu, uratował kaczkę, mówi Madzia. Jaką znowu kaczkę, pani Madziu ? Ach, on nikogo nie znał w tym mieście. Całymi dniami wałęsał się po parku i pewnego dnia zauważył, że jednej z kaczek pływających w sadzawce ktoś założył na dziób gumkę-recepturkę. Co za dranie, mówi Adam. Tak, i Kazek poszukał policjantów. Przyszli natychmiast, niemieccy policjanci zjawiają się jak duchy, w jednej chwili, potem przyjechali strażacy. Pół dnia ją łapali, tę kaczkę. Kazek dostał od policji list z podziękowaniem. Od tego czasu stare kobiety, które całymi godzinami karmią kaczki, zaczęły się do niego uśmiechać i częstować papierosami. Madziu, mówiłaś, że Kazek wziął do rajchu jakieś dokumenty, zapytał Rysiu. No tak, Kazek myślał, że to zaświadczenie, że tatuś walczył w Wehrmachcie, ale to był wojskowy list gończy za tatusiem, i urzędnicy od razu zaczęli wypytywać Kazka, co nasz tatuś teraz porabia.
A twój ojciec pisze z Australii, zapytał Adam. W roku 1984, dwa lata temu, ojciec dostał paszport. Pojechał do Grecji, zamustrował się w Pireusie. Parę tygodni później w australijskim mieście Perth zszedł ze statku i już nie wrócił.
Przysłał kilka wycinków prasowych, odparłem. Kapitan zgłosił ucieczkę. Australijska policja ścigała ojca. Takich uciekinierów wożą na statek helikopterem, w krzesełku podwiązanym na linie. W gazetach drukowano list gończy za ojcem. Szukali go. „Wanted! Gizegola K[...]” Ojciec ma na imię Grzegorz, ale w Australii zmienili go na Gizegolę.
- Wanted Gizegola ... - zdumiał się Adam.
- Potem ojciec napisał, że nie wróci. Z powodu Belfegora.
- Belfegor, ten potwór ? - pyta Adam - potwór z Luwru ?
- Nieważne.
M-15. Po pokazie w Paryżu prasa nazwała go „Belphegor”, taki był paskudny. Pierwszy na świecie odrzutowy samolot do oprysków rolniczych. Ojciec go konstruował, gdy jeszcze mieszkaliśmy w Mielcu. Tam są zakłady lotnicze. Nad miastem powolutku wznosiła się wielka szafa ze skrzydełkami, i sruuu, zaraz był nad Mińskiem, Białoruska SRR. Żadnego sowchozu nie zdążył po drodze opryskać, bo za szybko latał. Miał zrzucać bakterie wąglika nad Paryżem, Berlinem, Brukselą.
- Adasiu, w Mielcu robiono samoloty AN-2, zwane u nas „Antek”. A wiesz, jak na nie mówią, w Czechosłowacji, na te samoloty?
- Nie mam pojęcia.
- „Andulka”! Jak twoja narzeczona ! Andulka !
- Moja Andulka wygląda jak szwajcarska królowa - zmartwił się nagle Adam - ale odeszła. Wyjechała do Niemiec.
- Przepraszam, nie wiedziałem – i też się zmartwiłem.
I tak dobrze, że można wyjechać, mówi Adam. W Czechosłowacji w sześćdziesiątym ósmym granice były z początku otwarte. Któregoś jednak dnia towarzysz Husak zauważył, że „hranice neni corso”.W końcu granice to nie jest jakieś korso, żeby tak sobie paradować, tam i z powrotem. Kiedy obywatele to zrozumieją, zrobi im się lekko i spokojnie na duszy ! A po napaści na Czechosłowację gruziński filozof Mamardaszwili zapisał: „Zaczęła się u nas epoka petryfikacji imperialnego gówna”.Cholera, jak długo to jeszcze będzie trwało ?!
-Nie wiem, czy jeszcze obowiązuje zasada trwania na polskich posterunkach bez względu na rozwój sytuacji. Gdy do Bukaresztu przyjechał Gorbaczow, na rynek rzucono świeże pokrzywy. Dać ci bibułę z tym artykułem ? - zapytał.
Przy niej czułem się facetem ..., pokiwał wolniutko głową. Ubierała moje koszule. Nawet majtki. Kochaliśmy się, potem Andulka ubierała się w moje ciuchy. Wiesz, jak się wtedy czułem? Wiem, Adasiu, wiem. Jak macho. Jak Gary Cooper. Wyglądał jak szafa, ale miał zniewalający uśmiech. W Hofflandzie kupiłem trzy koszule, specjalnie jeździłem do Warszawy. Potem zamyślił się i dodał: myślałem, że moja Andulka jest troszkę fetyszystką. Nawet wydawało mi się, że to ja jestem jej fetyszem. Wyjechała, wzięła trzy koszule. Ona lubiła te koszule.
Niedługo będzie pierwszy maja. Co rusz przejeżdża ekipa wieszająca flagi. Jeżdżą żółtym wózkiem akumulatorowym wyładowanym stertą kijów i czerwonymi materiałami. Skręcamy w jakąś alejkę, a oni już tam są, albo mijają nas, jak malujemy krawężniki, przestawiając metalowe pojemniki na śmieci z napisem „50 lat PRB”, i wyglądają bardzo rewolucyjnie, jakby za chwilę mieli strzelać z rewolwerów tulskiej fabryki nr 7048 systemu „Nahan”, machać flagami, śpiewać „Bandera rosa” i krzyczeć „Towarzysze Żydzi są z nami !”.
- Kitnawodefotomontaż – mówi Adaś.
Panie Rysiu, przyleciał stolarz Zubek, daj pan kogoś, deski muszę odwieźć do magazynu ! Poszedłem z nim. Stolarz był niskim blondynem. Po oczach widać było, że lubił popić. W barakowozie miał pakamerę i warsztat. Narzędzia, drewniane wióry, resztki listew. Na ścianach parę kolorowych widokówek, reklamowy kalendarz: „Najlepsze nici firmy ICI” i zdjęcia gołych panienek z niemieckich magazynów, takie fotografowane komiksy. Rozchylały nogi i każdej wychodził z ust dymek z kilkoma zalotnymi słowami. Jak kobieta jest piękna i do tego płatna, zostaw ją pan dla mężczyzn bez wyobraźni, mówię temu Zubkowi. Zubek, spryciarz, sprzedał mojemu sąsiadowi modrzewiową boazerię, dał mu stertę listew i w woreczku sęki, żeby sobie powkładał. Patrzę, a na stole u Zubka kolorowa broszurka. Skąd u pana takie gazetki, pytam. Stare kobiety które są Świadkami Jehowy stoją przy dworcu i to rozdają, mówi stolarz. Ziemia nasza zdewastowana, to nie jest nic gorszącego, powiedziała jedna pani, więc wziąłem.


Komentarze
Pokaż komentarze