MY znajdujemy się w trudnej sytuacji. MY nie mamy pomysłu. MY popełniliśmy błąd... a jego konsekwencje ponoszą miliony Irakijczyków. To jednak jakoś tak mniej podkreślają propagandziści napaści na Irak, którzy z okazji 4. rocznicy robią podsumowania. Zapominają jednak nie tylko o tym, że Irakijczycy nie prosili by napadano na ich kraj i mordowano całymi tysiącami.
Zapominają też o tym, że ci, którzy na wojence mieli zarobić, zarobili.
Od początku gra toczyła się o ropę naftową. I nafciarze zarobili. Od czasu napaści na Irak jesteśmy świadkami ogromnego wzrostu cen ropy. Teksańscy nafciarze, znajomi prezydenta Busha (nota bene, gdy Bush był gubernatorem, do Teksasu zostali zaproszeni przedstawiciele Talibów, z którymi negocjowano budowę rurociągu z Azji Środkowej), zrobili złoty interes. Inwestycję (czyli wojnę) finansuje skarb państwa, a zyski zgaraniają oni. Lepiej być nie może.
Z szumnie zapowiadanych polskich interesów nic nie wyszło, a z popierania napaści publicznie wycofał się nawet Aleksander K., który poniewczasie zorientował się, że wysłanie polskiego wojska do Iraku nie zapewni mu stanowiska sekretarza generalnego ONZ.
Jednak nafciarze nie są jedynymi wygranymi.
Wygrał też Iran i, osobiście, Ahmedinadżad. I nic sobie nie robią z kolejnych "sankcji" ONZ.
Z Iranem to w ogóle ciekawa sprawa. Pamiętam, że jeszcze przed napaścią w Waszyngtonie brylował niejaki pan Szalabi. W pewnym momencie był najbardziej "bagdadile". Miał świetne wejścia wśród amerykańskich elit politycznych i wykorzystywał je do zachęcania do napaści na Irak. Po jakimś czasie jednak (było już jednak po agresji na Irak) pan Szalabi zniknął, a jego gwiazda przygasła. Amerykanie dowiedzieli się bowiem, że p. Szalabi ma zadziwiająco dobre układy z panami z irańskiego wywiadu. Niewykluczone, że Iranowi zależało na tym, by USA napadło na Irak i tak pokierował sprawami, by doszło do wojny.
Iran sporo zyskał na wojnie. Przede wszystkim pozbył się znienawidzonego Husejna. Ponadto wojna, jak to wojna, wpędziła kraj w poważny kryzys i dała Iranowi większą możliwość wpływania na bieg wydarzeń w Iraku (w mętnej wodzie łatwiej łowi się ryby). Iran może się pokusić o oderwanie południowej części. Jeśli mu się to uda - to dobrze. Jeśli mu się nie uda - też dobrze, stabilizowanie sytuacji będzie wymagało większego zaangażowania USA. I z czasem okaże się, że sytuacji nie da się uspokoić, bez poproszenia Iranu o pomoc. A proszący będzie musiał w zamian coś zaoferować.
Najbardziej jednak zyskali irańscy konserwatyści. Przez kilka lat prezydentem był Chatami, wyjątkowy liberał jak na irańskie stosunki. Oczywiście głową państwa był ajatollah Chamenei, a przed odstępstwami broniła Rada Strażników Rewolucji. Jednak wybór Chatamiego spowodował, że Irańczycy coraz głośniej mówili o konieczności zmian politycznych w swoim kraju.
Amerykański atak był dla irańskiej konserwy zbawieniem. Z jednej bowiem strony Stany Zjednoczone zaangażowały się na drugim już froncie (po Afganistanie), na którym utknęły na lata co odsunęło groźbę ewentualnej inwazji na Iran, a z drugiej - wróg otoczył kraj. I można było mobilizować społeczeństwo, strasząc je rosnącym zagrożeniem. Wybory wygrał więc "swój chłop" Ahmedinadżad. Konserwa zwarła szeregi, a mrzonki o odsunięciu jej od władzy można odłożyć na kolejne dziesięciolecia.
Jeśli ponadto uda się ajatollahom zdobyć znaczące wpływy w Iraku i doczekać chwili, w której USA będą zmuszone zmienić swoje nastawienie i zwrócić się do Iranu z prośbą o ustabilizowanie regionu, to będą mogli z ręką na sercu powiedzieć, że napaść USA na Irak była najbardziej pomyślnym wydarzeniem od czasu Rewolucji Islamskiej.


Komentarze
Pokaż komentarze