110 obserwujących
372 notki
1437k odsłon
  12472   0

"PRZEGLĄD LOTNICZY" MIAŻDŻY...SIEBIE

Fot. 1
Fot. 1

  

„Najpierw Cię ignorują. Potem śmieją się z Ciebie. Później z Tobą walczą. Później wygrywasz” – ta maksyma Mahatmy Gandhiego pobrzmiewała mi w uszach, odkąd usłyszałam o przełomowym ponoć artykule w marcowym wydaniu „Przeglądu lotniczego”, autorstwa Michała Setlaka, w którym to, wedle zapowiedzi, autor miał bezkompromisowo i raz na zawsze rozprawić się z marnym, w jego ocenie, warsztatem naukowców współpracujących  z Zespołem Parlamentarnym oraz obnażyć ich kłamstwa. Pomyślałam sobie wówczas: dobrze się dzieje, panowie wychodzą ze swoich ciepłych nor i zaczynają kąsać, a więc zgodnie ze słowami Gandhiego zaczyna się trzeci etap, poprzedzający zwycięstwo. Redaktor Kublik, premier i wielu innych lamentujących doczekało się nareszcie „pancernego” rycerza, który postanowił stanąć do boju w obronie czci niewieściej Tatiany Anodiny i stworzonej przezeń smoleńskiej brzozy. Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że ów rycerz miał nie byle jakich heroldów: od ponad tygodnia był wynoszony pod niebiosa na Twitterze przez samych członków Komisji Millera: Macieja Laska i Wiesława Jedynaka.

Niestety moja radość i nadzieja na dżentelmeński pojedynek nie trwały zbyt długo, dokładnie tyle, ile trwa zakup „Przeglądu lotniczego” i przeczytanie bodaj sześciu stron artykułu. Już sam tytuł  - „Anatomia kłamstwa” – nawiązujący w dość przewrotny sposób do filmu Anity Gargas „Anatomia upadku”, stanowi przedsmak tego, co można przeczytać  tuż pod nim. Z żalem muszę przyznać, że artykuł pana Setlaka w ani jednym akapicie nie przypomina rzetelnej, naukowej polemiki z tezami ekspertów ZP, za to wyraźnie daje się odczuć,  „wyłażące” z każdego niemal zdania szyderstwo i kpina z uczestników debaty smoleńskiej.

Autor artykułu już na wstępie sygnalizuje główny problem, jakim według niego jest organizowanie debat, czy konferencji podobnych do tej, jaka miała miejsce 5 lutego na UKSW, podczas których naukowcy krytycznie oceniają wyniki prac ekspertów KBWLLP, czy też dokonują analizy oficjalnych, opublikowanych już dokumentów państwowych. Jest to, zdaniem Setlaka, „podrywanie autorytetu nauczycieli akademickich” i w związku z tym nie powinno mieć miejsca.  Szkoda tylko, że popełniający „Anatomię kłamstwa” nie miał takich rozterek i nie grzmiał na alarm w chwili, kiedy polscy eksperci w grudniu 2010 roku, w „Uwagach do raportu MAK” wnosili o ponowne sformułowanie przyczyn katastrofy, motywując to następująco:

Sposób przeprowadzenia analizy jest niezgodny z wytycznymi zawartymi w dokumencie ICAO Doc. 6920 (Manual of Aircraft Accident Investigation – podręcznik badania katastrof lotniczych, wydanie IV). Analiza powinna być oparta na ocenie dowodów, a nie hipotez. […] Hipotezy nie poparte dowodami powinny zostać odrzucone. Nie można traktować hipotez jako pewników, a w ich udowodnianiu powoływać się na hipotetyczne dowody”.

Co nie przeszkodziło im się podpisać w lipcu 2011 roku pod tezami, które sami jeszcze w grudniu 2010 roku uznawali za mocno wątpliwe i żądali ich weryfikacji. Czy ta przedziwna sytuacja nie podrywała autorytetu polskiej nauki i polskiego lotnictwa? A wydanie raportu bez dostępu do większości dowodów, bez zbadania wraku, czy bez fachowych oględzin miejsca tuż po zdarzeniu przynosi chlubę polskiej nauce (patrz: tabela „braków” na wstępie do Uwag RP…)?

Jednym z naukowców, któremu autor artykułu postanowił udowodnić, co najmniej manipulację i brak wiedzy, jest doktor Grzegorz Szuladziński, przedstawiony, jako „australijski ekspert od eksplozji”.

Zdaniem Setlaka, naukowiec „wierzy, że katastrofę spowodowały dwa wybuchy”. Już samo słowo „wiara” w odniesieniu do tak ścisłej dziedziny, jaką zajmuje się doktor Szuladziński, jest próbą zdezawuowania  jego dorobku, poprzez zasugerowanie ni mniej ni więcej, iż nie dysponuje on niczym innym, jak tylko właśnie wiarą i silnym przekonaniem, zapewne motywowanym politycznie. Kwestia ilości wybuchów w locie nie została jeszcze przez ekspertów ZP ostatecznie przesądzona, stąd też zgryźliwość autora jest co najmniej na wyrost.

Autor bardzo nierzetelnie przedstawił tezy, które sformułował polski naukowiec z Australii, twierdząc, iż oparł swoje przekonanie o wybuchu na „rozrzuceniu szczątków na bardzo dużej powierzchni, rozczłonkowaniu ciał i „odkręceniu” przedniej części kadłuba” , co Setlak podsumował słowami: „to nieprawda” i  zaraz dodał: „widzimy, że pole szczątków jest istocie bardzo małe, skupione w miejscu zderzenia maszyny z ziemią – według pomiarów ma ono 60 m szerokości i 130 m długości. W przypadku wybuchu w powietrzu szczątki kadłuba i jego zawartości  byłyby rozrzucone na dużo większym obszarze jeszcze przed miejscem upadku!”. Także w tym miejscu pan Setlak niezbyt pięknie się myli- tylko korzystając z materiałów MAK widzimy, że wrakowisko ma nie 130, tylko prawie 180 metrów długości (tak,tak!), i to na oficjalnym zdjęciu, pokazującym wcześniej przeniesiony przez Rosjan w okolice bruzd statecznik. W oryginalnej konfiguracji pole szczątków miało prawie 210 metrów długości! Aż strach pomyśleć, do jakich wniosków dojdzie autor, jeśli nie daj Boże jeszcze coś zmierzy.

Lubię to! Skomentuj284 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale