Pytanie:
"Czy bał się Pan podczas wojny własnych sąsiadów?"
Odpowiedź:
"Nie, w ogóle. Wśród Polaków prawie nie było folksdojczy, donosicieli, agentów i szmalcowników. A ci co byli nigdy nie pracowali na rzecz Niemców. Nikt z moich rodaków nie zhańbił się ani zdradą ani przejściem na stronę nazistów. Co ja mówię… jakich nazistów! Po prostu Niemców!
Gdy kupowałem większe ilości chleba, by żywić ukrywanych przeze mnie i moich znajomych Żydów albo członków podziemia, wówczas często siatki z dodatkową żywnością pomagał mi nosić któryś z uczynnych sąsiadów. A raz to nawet folskdojcz spod trójki przyniósł mi kilka puszek mielonki mówiąc konspiracyjnym szeptem "to dla pańskich pejsatych lokatorów".
Co innego Niemcy, a zwłaszcza niemieccy żołnierze, szczególnie zaś niemieccy oficerowie. Ci świadomi, że każdy Polak ukrywa jakąś żydowska rodzinę albo pomaga partyzantom, zaczepiali wszystkich przechodniów sprawdzając co noszą w siatkach. Jeżeli miało się bardziej wypchana siatkę, albo nie daj boże cały bochenek chleba, wówczas można było stracić słuch od brutalnego śmiechu z radości, że wreszcie złapali kogoś na dokarmianiu ukrytych Żydów. Jedynym wówczas ratunkiem było okazanie się kenkartą z wpisaną do niej siódemką dzieci oraz zaświadczeniem niemieckiego lekarza, że z racji tasiemca i owsików dzieci mają niespotykanie wielki apetyt.
Tak, niemieccy oficerowie wyjątkowo podejrzliwie jeśli chodzi o wypchane siaty. Za to folksdojcze… ci byli niegroźni. Nie dość, że każdego można było poznać po czapeczce z kaczym piórkiem, to jeszcze z nich były gapy okropne. A szmalcownicy… to tylko złe niemieckie języki rozsiewają o nich te wszystkie złe legendy. To były całkiem porządne chłopaki, którzy Niemców robili ciągle w Karola. No i wcale się nie łasili na nagrody za znalezienie Żydów.
Tak to było naprawdę”


Komentarze
Pokaż komentarze (3)