Delikatne podmuchy wiatru znosiły strzępy rozmów, które rozpływały się w powietrzu jak rozbita fala. Bliżej ziemi grała muzyka z przenośnych głośników.
Naturalnie wybudzony, uchyliłem powieki. Na sąsiednim leżaku drzemała dziewczyna, wystawiając swoje kształty Słońcu na pieszczoty. Przede mną, dwóch krzepkich byków pochylało się nad kruchymi ciałami swoich fortun.
Za kilkoma rzędami plażowiczów, grupa odważnych próbowała się z wodą. Jedni śmiało skakali po falach, zanurzeni po szyję. Inni ostrożnie szacowali siły, badając temperaturę stopą. W tle, po szafirowym morzu ciągnęły do portu towarowe statki.
Położyłem się na wznak i popatrzyłem w niebo. Darzyło nas ono dzisiaj swą najczystszą barwą. Chmury niezmiennie dryfowały po sklepieniu, a Słońce nas błogosławiło obsypując złotym pyłkiem.
Wtem, na horyzoncie zabrzmiało uderzenie werbla. Ludzie nad wodą przyłożyli do skroni daszki z dłoni. Byczek przede mną wskazywał palcem jakiś punkt na niebie. Podążyłem za nim wzrokiem.
Krągłą chmurę zarysowała gruba szrama spadająca w dół ostrym cięciem.
Zestrzelono drona.
Zmierzał w naszym kierunku.

*
Niektórzy mówili, że decyzja o moim wyjeździe była lekkomyślna. Mój Boże, gdybyście wiedzieli. Przez pięć miesięcy toczyłem w głowie nieustającą rozprawę. Byłem sam sobie Piłatem i Chrystusem. Dzień po dniu wysuwałem przeciwko sobie coraz to nowsze argumenty. Aż w końcu znalazłem jeden, którego nie dało się odeprzeć: nie możesz żyć pełnią życia, nie będąc w 100% tym, kim chcesz być. Choć wtedy rozumiałem to inaczej.
Prawie do samego końca nie wierzyłem, że znowu to zrobię. Mimo, że odhaczałem kolejne punkty przygotowań: wymień hrywny, kup nowe buty (co byś nie uciekał w dziurawych)... Im bliżej wyjazdu, tym dalej odpływały pierwsze fantazje o przedzieraniu się w głąb terytorium wroga. Plany stawały się coraz bardziej przyziemne. W statystykach muzycznej aplikacji, Atak Kozaków z Ogniem i Mieczem zastąpiło Let the sunshine in.
Na dzień przed wyjazdem, zacząłem kompulsywnie spisywać pytania na jakie chciałem znaleźć odpowiedzi. Doszło do tego, że rozrzucałem notatki po środku bruku, kiedy nowa myśl naszła mnie w drodze z pracy do domu. Jednak dopiero, gdy wyszedłem z pracy w ostatni piątek przed urlopem, poczułem, że jestem już w drodze. Jestem w fabule.
Szybki prysznic. Ostatnie rzeczy z listy upychane do plecaka. Taryfa z aplikacji na dworzec Warszawa Zachodnia. Tam, jak zawsze natłok Ukraińców, szykujących się w tę samą drogę.
Autokar podstawiony z ponad półgodzinnym wyprzedzeniem. Pokazałem kierowcy, że mam paszport. On odfajkował sobie moje nazwisko. Wrzuciłem plecak do luku i zasiadłem na piętrze autobusu. Stąd mogłem patrzeć jak bliscy się ściskają i rozstają.

Ruszyliśmy po dwudziestej. Pilot autokaru przedstawił nam zasady panujące na pokładzie, w wolnym przekładzie z ukraińskiego: Chcielibyśmy, żebyście czuli się tu jak u siebie w domu. Jak należy to rozumieć: wynosimy po sobie śmieci. Po skorzystaniu, pozostawiamy tolaetę czystą... – i już wiedziałem, że zanlazłem się w ukraińskim kręgu kulturowym.
Długo nie mogłem zasnąć, na szczęście odespałem na granicy – sześć godzin czekaliśmy na odprawę. Później, kierowca ucinał nam za to minuty na kurzenie.
Nad ranem rozpoznawałem historyczne miejsca we Lwowie: Operę w stylu austriackiego historyzmu; trzy kopuły i dzwonnicę czarnej Cerkwi Wołoskiej; wspinające się po wzgórzu ornamenty na fasadzie klasztoru bernardynów. W Tarnopolu przeszła po pokładzie kwesta na rzecz ZSU. Pasażerowie skrzętnie wygrzebywali na nią zwitki z portfelów. Potem były Chmielnicki, Winnica. Czasami autokar zatrzymywał się w małych miejscowościach. Wtedy obserwowałem powitania. Widziałem ojców, którzy obsypywali pocałunkami swoje córki. One dorastały na uchodźstwie w bezpiecznej Polsce, oni – zmuszeni byli zostać. Niemirów, Hajsyn. Dzikie Pola, na którym zawodziły dusze zmarłych niemogących znaleźć drogi do czyśćca. Z każdym przystankiem kolejne osoby opuszczały pokład. Dla nich podróż kończyła się na relatywnie bezpiecznym Podolu. Nas wieziono dalej, do historycznego Jedysanu. Na pokładzie pozostała może połowa obłożenia. Rozpoznawałem już swoich współpasażerów. Naprzeciwko mnie siedziała dziewczyna w słomianym kapeluszu i z wachlarzem w ręku, jechała z matką na wakacje do Odesy. Kilka rzędów przede mną były dwie rozrywkowe Panie, które chyba sobie podchmieliły, bo gaworzyły ciut za głośno. Za mną matka z dwójką małych dzieci, wszyscy wyraźnie zmęczeni podróżą – oni pojadą dalej. Ich trasa kończy się w Chersoniu.

W Umaniu droga gwałtownie skręcała na południe, prosto na wybrzeże. Minęła mi doba w podróży. Zmierzchało. Odchodził dzień, w którym syciłem oczy pejzażami ukraińskich miast i wsi. Zachodziła noc, w którą wysiądę w Odesie i zacznie się odliczać zagrożenie. Na fali eskalacji konfliktu narastarającego od wiosny 2026 roku, Odeski oblast stał się celem rutynowych, ciężkich ataków. Im bliżej byliśmy epicentrum, tym atmosfera coraz bardziej stawała się nerwowa. O dwudziestej drugiej aplikacja wskazywała jeszcze półtorej godziny do Odesy. Bałem się zwiększenia opóźnienia, bo nie chciałem znaleźć się w mieście po godzinie policyjnej . Z dworca miałem jeszcze pół godziny drogi do hostelu. Byłem w kontakcie via Booking z właścicielem, ale recepcja była czynna tylko do północy. Jeśli recepcjonista wracał po pracy do domu, to nie mogłem go prosić, żeby ryzykował dla mnie przekroczenie godziny policyjnej1. To były moje problemy. Dla matki z małymi dziećmi, wysiąść w Odesie choćby po północy musiało wydawać się dalece mniej niebezpiecznie niż dotrzeć o trzeciej nad ranem do Chersonia.
Tymczasem, balangowiczki z przodu przeciągały strunę. A to śpiewały głośno jak na pielgrzymce. A to awanturowały się z pilotem, żeby otworzył toaletę. Gdzieś na wysokości Dacznego, już bardzo blisko do Odesy, jedna z nich wpadła w histerię. „A kim ty jesteś, co?” – wyzywała kierowcę. – „Rusek!”. Większość śmiała się pod nosem. Któraś z pasażerek odważyła sie na nią huknąć. „A ty to kto? Chinka jakaś!” – otrzymała w odpowiedzi. „Skąd wy się tu wszyscy wzięliście!? Mojego syna ubili w Chersoniu...”. Nie pomogło, gdy kierowca odpowiedział jej: „Z USSR”. Widocznie kobieta miała co do niego intuicję. A w każdym razie, pilot poczuł się w obowiązku zapewnić: „Ja kocham Ukrainę.”
– A coś ty dla tej Ukrainy zrobił?
– Ja? Pracuję. Za to ty jesteś zwykłą kurwą... – wybuchnął.
Ona wpadła w szał, spoliczkowała go. Autokar stanął na przedpolu Odesy. Kierowcy sami nie wiedzieli, czy chcą ją wyrzucić z pokładu czy wezwać policję. W końcu wybrali metodę najprostszą i najbardziej skuteczną. Przemoc2. Podziałało. Zostało mi piętnaście minut zapasu do godziny policyjnej.
Po wyjściu z autokaru od razu złapałem swój plecak z bagażnika i zamówiłem taksówkę przez Uklon. Na szczęście, byłem już obeznany z aplikacją, a kierowca zgodził się na kurs bez podbijania stawki3. Po drodze wybiła północ. Na ulicach mordobicie. Policja nie dawała rady rozgonić tłumów do domów. Młodość podnosiła tumult.
Wylądowałem pod docelowym adresem pięć minut po dwunastej. Recepcjonista zgodził się chwilę zaczekać, ale nie mogłem zorientować się gdzie znajduje się wejście do hostelu. Wyratowała mnie dziewczyna w słomianym kapeluszu i z wachlarzem, która siedziała naprzeciwko mnie w autokarze. „Czego szukacie?”. Okazało się, że ja i ona z matką przyjechaliśmy w to samo miejsce. Może były tu już wcześniej, bo dziewczyna bez wahania przeszła bramę i weszła do oficyny. Hostel był na drugim piętrze. Czekając na recepcjonistę, nawiązaliśmy pogawędkę. Nie wydawała się zmęczona naszym długim opóźnieniem. W tym kapeluszu wyglądała jakby myślami była już na plaży. Przy tym mocno się wachlowała, przymykając oczy jakby mdlała od upału. „Żarko”.
Check-in przebiegł sprawnie. Recepcjonista spisał dane z paszportu, rzucił mi na ręce pościel i pokazał moje łóżko. Po północy wcale nie wracał do domu. Po prostu zamykał kratę na korytarzu na klucz. Nie pierwszy raz widziałem gospodarza, który sam był sobie gościem.
W kuchni natknąłem się na żołnierza w morowych szarawarach. Zamieniliśmy słowo. Ja powiedziałem, że przyjechałem pisać o wojnie. On, że przyjechał walczyć. Pokazał mi swoją szramę na wysokości nerki. Służył w Zaporożu, ale oficer przyklepał mu aż osiemnaście dni przepustki. W międzyczasie do rozmowy dołączył jego towarzysz. Pobiadoliliśmy chwilę na dziewczyny, po czym Zaporożec zaproponował mi piwo. „Bo wiesz, żołnierz na przepustce musi pić”. Byłem zmęczony, więc zgadaliśmy na jutro – „zranku, po maleńkim. Zgoda, bratanku?” - zwrócił się do towarzysza, który też się zgodził.
Wreszcie dotarłem do pokoju. Po omacku założyłem poszewki. Okno prowadziło na drugą klatkę schodową, tak zwaną latarnię, z otwartym dachem. Jak w XVIII-wiecznych kamienicach. Przynajmniej nie będzie słychać jak coś w nocy rzucą. Poza tym, stary wiatrak na środku pokoju wył jak głupi. Wdrapałem się na piętro łóżka, było chybotliwe. Spojrzałem jeszcze w telefon. Było już po pierwszej. No alerts. Miałem szczęście. To było miękkie lądowanie w Odesie.
*
Zbudziłem się.
Nie wiedziałem czemu. Po kolei uświadamiałem sobie dźwięki:
Za oknem: rumowisko.
Syreny zawodzą.
W telefonie: Air Alert. Immediately proceed to the nearest shelter.
Dziewczyna pyta się matki czy wziąć torebkę.
Żołnierz potrząsa towarzysza: Bratanku! Musimy...
Kurwa, nalot.
Zerwałem się z łóżka. Słyszałem buczenie otwieranej kraty, a głosy tamtych cichnęły w oddali. Dogoniłem ich. Właściciel poganiał nas ręką. „Cholera, zabyłem dokumenty” – stanąłem. „Nie ma dokumenty, szybko!” – gospodarz skinął głową. Zamknął za mną kratę, ale sam nie schodził.
Na dole: rumor, dużo większy.
Dziewczyna z matką. Chłopak z narzeczoną. Nie szli. Czaili się na schodach. Drzwi były za rogiem.
Chciałem iść. Zrobiłem krok do wyjścia. Grzmot. Błysk dosięgnął ulicy. Kurwa, tu nawet nie ma drugiej ściany. Jest u góry. Instynktownie chciałem wrócić, ale dziewczyna mnie zatrzymała: „tam nie”.
– Daleko schron? – zapytała matka.
– Niedaleko. Sto pięćdziesiąt metrów. Po drugiej stronie ulicy. – odpowiedział chłopak.
– To chodźmy. – rzuciła narzeczona.
Dwa kroki do bramy. Świst, a po nim rumor, jeszcze gorszy. „Nie, jednak nie.” – córka wycofała się za węgieł.
Grzmotnęło jakby strop podskoczył.
– Idziemy. – zakomenderował chłopak. – Bystro.
Wyszliśmy na ulicę. Idziemy. Gęsiego. Nie patrzymy na rozbłyski. Długie sto pięćdziesiąt metrów.
Do bramy zmierzali też inni. Schron był w podwórzu. Mężczyzna ze szperaczką wprowadził nas do środka i wskazał miejsca, które można zająć.
W środku jak w poczekalni. Nawet ściany pomalowane na ten sam szlamowaty kolor. Tylko czeka się na co innego.
Wybrałem miejsce przy stole pod ściętym stropem wzmocnionym wręgami.
Krzesła wyglądały jak z lamusa po szkole podstawowej. Pod nogą pałętał mi się długi i wąsaty prusak. Turlał się na grzbiecie i przebierał nóżkami. Przykucnąłem i zrobiłem mu zdjęcie. „Ten to nas wszystkich przeżyje”, powiedziała matka.

Czułem się względnie bezpiecznie. Zrobiłem to co należało zrobić. Teraz nasłuchiwałem tego co działo się na zewnątrz jakbym pod kloszem. A tam uderzenia głucho odbijały się od ściany. Jedne były ciężkie, zwaliste. Inne poprzedzał świst jak fajerwerki whistling. A po nim wystrzeliwało w górę bum. „To rakieta?” – zapytała córka. „Nie, kindżał.”, odpowiedział chłopak. Chwila ciszy. Grzmot i zawalisko. „To rakieta”, poinformował narzeczony.
Na początku nie było nas dużo. Parę grup po dwie i trzy osoby. Mieszkańcy kamienicy wokół podwórza, w którym był schron. Najbliżej nas siedziała para młodożeńców z kundlem, który niespokojnie wiercił się w rękach żony. Po każdym uderzeniu pies drżał i skomlał. „Oj, bidulek” – westchnęła nad nim dziewczyna z mojego hostelu. Sama nie wyglądał za dobrze. Pocierała się nerwowo i na zmianę to zwieszała głowę to ją prostowała. Matka ją co rusz nagabywała. Po którymś razie podniosła na nią głos i ta schowała głowę w dłoniach. Mimo to dziewczyna reagowała na rozmowy wokół, tylko po każdej odpowiedzi lekko stękała. Tak jak i po każdym wybuchu.
Początkowo wymiana zdań ograniczała się do rozpoznawania rakiet. Kindżał, KAB, dron, Iskander. W naszej sytuacji to chyba niewiele zmieniało, ale wytrawni kombatanci nalotów zdradzali satysfakcję w umiejętności odróżnienia pocisków po dźwięku. Później rozmowy przeszły w drobne żarty. Dużo uwagi skupił na sobie kundelek, który nawet zdawał się uspokajać pod tą ilością opiekuńczych spojrzeń. W międzyczasie, mężczyzna ze szperaczką wprowadzał do środka kolejne grupy. Starał się ich rozmieszczać równomiernie, dlatego otwierał coraz to kolejne pomieszczenia schronu. Nawet nie wiem jak daleko się rozciągał ten labirynt.
W pewnym momencie zniknęło światło. Ot, uleciało w jednej chwili, zostawiając nas w ciemności. Zareagowaliśmy na to milczeniem. Po chwili, jedna żarówka rozżarzyła się jeszcze na czerwono, żeby wystrzelić i zgasnąć na dobre.
Powoli, pomieszczenie wypełniały szepty. A na ich tle rozlegały się grzmienia. Mężczyzna ze szperaczką ciągle prowadził na dół nowych ludzi, tylko teraz biały okrąg światła skakał dziko po ciemnych ścianach.
Stopniowo, rozmowy odzyskiwały rezon. Jednocześnie, ogólna konwersacja rozbiła się na małe grupy. Niektórzy wymawiali proste słowa otuchy: „bude dobre”, „normalno”. Inni radzili sobie, odtwarzając podobne sytuacje, mężczyźni przytaczali anegdoty z frontu. Moja współlokatorka zagadywała młodą parę z okolicznej kamienicy o to jakie tabletki podaje psu na uspokojenie. Niektórzy przeklinali pod nosem, że nie mogą ułożyć się do snu. Byli też tacy co zaczęli chrapać. W mignięciach światła, widziałem jak narzeczeni gładzili włosy wtulonych w siebie partnerek. Matka kołysała do snu wystraszoną córeczkę. A młoda kobieta cały czas starała się osłonić psa od stresujących go wybuchów.
Czas jakby nie upływał.
A potem dotarł nas swąd spalenizny. Tak jakby ktoś wrzucił drewno do kozy. Nie przerwało to ogólnej wrzawy. Dwa razy dzwoniły czujniki dymu, które wyłączył pan ze szperaczką.
Niedługo później zaczęto sobie podawać wieść, która wychodziła od wylotu schronu: już wszystko. Nie odwołano jeszcze trwogi4, ale według Telegramu to co mieli rzucić w centrum już rzucili5. Niepewnie, zgromadzeni zaczęli jeden po drugim decydować się na wyjście. W końcu fala doszła też i do nas, siedzących na końcu. „Już można”, poinformowała mnie dziewczyna. Wyszliśmy w tym samym szyku, w którym tu zeszliśmy, to znaczy ja, matka z córką i młode narzeczeństwo z mieszkania obok hostelu.
Głęboka noc, którą zostawiliśmy za sobą na ulicy, stała się blada świtem. Minęła piąto rano. Wróciliśmy do kamienicy po własnych śladach. Po jednej stronie przecznicy, zza rogu wylewała się fala dzikiego ognia. Po drugiej, kłęby czarnego dymu piętrzyły się ponad domami. Miasto skurczyło się pod ogromem zniszczeń.
W pokoju od razu rzuciłem się na swoją pryczę. Było jakoś dziwnie cicho w porównaniu do wczoraj. No tak, wiatrak zdechł, przecież nie było prądu.
Zanim na dobre zamknąłem oczy, poderwał mnie jeszcze jeden wybuch. Rakieta. Musiała uderzyć blisko, bo hałas był głośny, mimo okna wychodzącego na latarnię. Nie pokazało jej w Telegramie? Dopiero po tym uderzeniu odwołano alert.
*
Wstałem po dwóch godzinach czegoś co należałoby nazwać snem na jawie. Miałem to głupie uczucie, kiedy nie zamknęło się poprzedniego dnia a już zaczął się następny. Ale nie narzekam. Ja mogę nie przespać dwóch nocy, wytrzymam nawet i osiem jak będzie trzeba. A co dzieje się w neuroprzekaźnikach Ukraińców, którzy wchodzą z deficytem snu w prawie każdy dzień od miesięcy, lat? Ja mam bilet powrotny. Oni nie wiedzą ile jeszcze dla nich to potrwa.
Uświadomiłem sobie, że z braku prądu nie mogłem zrobić kawy, którą przytargałem tu z Polski, dla oszczędności. Od razu musiałem zatem wyjść i szukać wodopoju. Jeszcze tylko zapytałem o jedną, ważną rzecz na recepcji, na szczęście właściciel mnie uspokoił: „Kakać – można”. Tylko trzeba sobie poświecić latarką.
Ulice Odesy opanował hurkot generatorów. Pojawiły się na wysokości każdej bramy. Duże, małe, wszelakie. Na wylocie ulicy po lewej stał wóz strażacki. Służby porządkowe jeździły i oczyszczały chodniki i jezdnie. Poza tym, miasto działało normalnie.

Wślizgnąłem się do pierwszej napotkanej kawiarni, szczęściem była zaraz obok hostelu. Agregat już na nich pracował, tylko czasem mrugało światło. Zamówiłem americano i usiadłem w rogu. Podłączyłem telefon, bo przecież nie ładowałem go od wczoraj.
Po lokalu kręcił się amerykański korespondent. Szukał niebanalnych ujęć na baristki zza szkła i spomiędzy kawałków sernika. Potem usiadł i stukał coś w laptopie, pewnikiem relację z dzisiejszej nocy. Wyglądał na zadowolonego. Musiał mieć tu niezłe łowy. Z resztą widziałem później jego zdjęcia tej porannej kurzawy nad miastem i muszę przyznać, że to oddał. Chyba nawet z jego wpisu na social mediach dowiedziałem się, że był to największy nalot na Odesę do tamtej pory od początku wojny.
Jednocześnie czułem, że nie chciałbym robić jego roboty. Robię swoje. Korespondent próbował się fraternizować z kelnerkami. Zagadywał je jak to mają ciężko. Pytał czy znają jego kolegę reportera. Oczywiście sam postawił się tym samym jako człowiek z zewnątrz. Mnie chyba dziewczyny doceniły za to, że nie narzucałem się im ze small talkiem, bo jedna powiedziała, że jest u mnie harna ukraińska dusza.
Nie miałem w planach nagabywać ludzi na ulicach ani po lokalach. To co Ukraińcy mogli mi powiedzieć dowiedziałem się już z grubsza wcześniej, w marcu, jak byłem w Charkowie. Tutaj przyjechałem postawić się w ich sytuacji. Jako takiemu, trzeba było mi iść zwiedzać miasto i opalać się na plaży.
Podładowałem telefon jako tako i ruszyłem. Postanowiłem od razu zacząć od flagowca jakim są Schody Potiomkinowskie. Z resztą były najbliżej, bo zaraz za skrzyżowaniem, może trzysta metrów od mojego hostelu.
Normalnie bym coś napisał o kaledze po amputacji nóg, który kuśtyka w Pancerniku po murach bocznych schodów, ale tego dnia byłem nieswój. Nie żebym był w jakiejś żałobie. Po prostu byłem z lekka odrealniony przez brak snu.
W rzeczy samej, wojna była tuż za rogiem, obok... tak naprawdę wszędzie wokół. Jak tylko skręciłem w drugą ulicę zobaczyłem kamienicę, z której nad ranem dolatywały płomienie. Cały czas ją dogaszali. Strażacy wkraczali do środka z podciągnika i przeszukiwali zgliszcza. Równolegle służby porządkowe układały dykty, które jeszcze tego samego dnia przybiją do opustoszałych okien. Nie wyglądało to za dobrze. Z witryny kawiarni na dole został ledwie sam szkielet z dwóch zwęglonych, drewnianych podpór w formie kolumny. To, że była to kawiarnia wiem stąd, że stoliki w ogródku na chodniku były nietknięte, włącznie z serwetkami. Mieszkańcy koczowali po przeciwległej stronie ulicy, nie mając gdzie się udać. Porozdawano im koce i ciepłą herbatę. Poza tym, nie było w nich żadnej dramatyczności. Ot, były to pierwsze godziny nowej rzeczywistości ich życia. Byli wśród nich ranni. Ktoś wyraźnie w szoku siedział na krawędzi karetki między ratownikami medycznymi. Więcej się nie rozglądałem. Miałem uczestniczyć. To nie moja robota podglądać cudze dramaty.

Po drodze minąłem jeszcze szaniec niebiesko-żółtych flag pod Narodowym Memoriałem Pamięci na Placu Europejskim. Przed wojną był to Plac Kateryński skupiony wokół Pomnika Fundatorów. Według nowych plakiet prowadzi do niego ulica Europejska. Jak któregoś razu zacząłem kierować się zabytkowymi drogowskazami to myślałem, że się zgubiłem, bo te informowały, że jestem na Kateryńskiej.



Potem był jeszcze jeden pomnik, tym razem burmistrza Richelieu, przodownika dynamicznego rozkwitu portu w I połowie XIX wieku. Mieszkańcy skrzętnie ukryli patrona pod piramidą worków z piaskiem obleczonych siatką. Może gdyby był odkryty to bym się przekonał, że nie chodzi wcale o kardynała, co sprawdziłem dopiero później. Z resztą już wtedy mi coś nie pasowało, bo pamiętałem, że obecne trzy największe miasta Jedysanu zostały założone pod koniec XVIII wieku. Dlatego Sienkiewicz nie wymienił ich w Ogniem i Mieczem, i tak samo akcja Trzech muszkieterów nie rozgrywała się przecież w Odesie. Przyznaję, że o historii miasta dowiedziałem się dosyć niewiele zanim tu przyjechałem. Oprócz buntu marynarzy z Pancernika Potiomkina, wiedziałem też, że swoją willę miał tutaj pierwszy Ephrussi, który dorobił się na pośrednictwie w handlu zbożem. I że mój kolega ze statku Jura chodził w Odesie do Akademii Morskiej.
Obok schodów był lej po uderzeniu odłamka. Stosunkowo niewielki, może na pół metra głębokości. Same schody wydały mi się smętne. Nie były tak monumentalne jak u Eisensteina. Wylot zamykał obskurny i zdewastowany nalotami terminal morski. Zanim rozciągało się nabrzeże. Ponad terminalem górował wysokościowiec z oberwanymi panelami. Jako infrastruktura krytyczna, port w Odesie był celem regularnych ataków.

Po opisie widać, że nie mogłem się ocknąć z marazmu. Musiałem złapać drugą kawę. Zjeść coś. Ukraina słynie z gastronomii na wysokoim poziomie, więc zboczyłem z drogi w stronę restauracji. W środku w rzeczy samej było jak Hiltonie. Po zjedzeniu przystawki, dania głównego i deseru, zacząłem na nowo dostrzegać pozytywną stronę życia. Jeszcze teraz wspominam z błogością, jak zbierałem kromką chrupiącego chleba delikatny pasztet z królika i malin o kremowej konsystencji. To był aperitif. Tym bardziej jestem rad, że mi się poszczęściło i zdążyłem zjeść zanim ogłosili alarm. Zagrożenie było poważne. Rosjanie rzucili balistik i to w środku dnia. Spokojnie zapłaciłem i udałem się do schronu. Było tam już kilka osób. Zaraz po mnie zeszło młode małżeństwo z kamienicy obok. Pewna pani w średnim wieku ucieszyła się: „O, nasz pies-patron!”. To było pojedyncze uderzenie. Trwogę szybko odwołano.

Po tym krótkim przerywniku, z uporem powróciłem na właściwe tory. Jedynie co z małym objazdem, żeby już nie włóczyć się przy schodach.
Tak jak nasze oczekiwania często nie wytrzymują konfrontacji z rzeczywistością, tak to miasto było dokładnie tym, co kojarzyło mi się z nazwą: Odesa. Chodziłem z rozdziawioną gębą i zadartą głową. A tam, obficie zdobione fasady miejskich pałaców wyglądały zza soczyście zielonych koron rozszumianych drzew. Na tych przepysznych elewacjach zgromadzono bogactwo stylów ze wszystkich stron świat i epok. Strzelił się w górę upiorny gotyk paryski w stylu Violleta-Le-Duca. Rozpychały się podkowy łuków w stylu mauretańskim. I były też rzymskie villa, i dekadencka secesja...

Przy ulicy Lanżeroniwskiej, biegnąca łukiem spiętrzona arkada Teatru Opery i Baletu skupiała na sobie wszystkie zachwyty. Gmach miał w sobie coś z iście admiralskiej pompy, może to w zestawieniach królewskich kolorów, może w detalach znamionujących obfitość. Na planie jawił się jako katedra z obejściem, niczym paryska Notre-Dame. Prawdziwa świątynia sztuki. Nawet świeckie rzeźby zdobiące portyk emanowały sakralną godnością.

Na każdej ulicy wyrastały nowe rezydencje. Dzisiaj zajmowały je muzea, uniwersytety, władze miasta. Na tle parków i skwerów, kłaniały się przechodniom pomniki odlane z pietyzmem, z których także słynęła Ukraina. Jedynie monumentalne tablice, na których zapisano nazwiska żołnierzy odznaczonych w czasie tzw. Wielkiej Wojny Ojczyźnianej wprowadzał niepokojącą obecność Związku Sowieckiego.



Morze ukazało mi się po raz pierwszy spoza obelisku ku pamięci tych co z niego nie wrócili. Z wysokości pagórka rozciągał się widok na cały Lanżeron, oblegany przez ludzkie ciała obleczone w stroje kąpielowe. Na pirsach, młodzi mężczyźni o sylwetkach atletycznych popisywali się przed sobą skacząc na głęboką wodę. Może byli to elewi z Akademii Morskiej. Sielankowy obraz dopełniłaby obecność odpowiadających im dziewcząt, słusznie zadufanych w swej urodzie i zadzierających nosa. Tak naprawdę promenadą przechadzały się niespiesznie prawie tylko młode małżeństwa z dzieci. Na uboczu czuwał wojskowy samochód terenowy, uzbrojony w wyrzutnię pocisków do neutralizowania dronów. W środku, znudzeni żołnierze odbębniali wartę z nogami na przedniej szybie. Najwyraźniej nie tracili jednak czujności, bo jak tylko jeden turysta przymierzył się ze smartfonem do zdjęcia, zaraz wyskoczył z auta naburmuszony wojak i udzielił mu reprymendy za niestosowanie się do polecenia o nieujawnianiu żołnierskich pozycji.


A nad zatoką było rajsko. Plażę podzielono na sektory, które jaśniały jednolitą barwą parasoli i materaców do wynajęcia. Leżaki pod cieniem były wyżej, płatne sto hrywien więcej. Niżej były te pod chmurką. Dolny pas plaży był do dyspozycji wczasowiczów korzystających z własnych ręczniów. Górny pas zamykał ciąg barów oferujących napoje i drinki o fikuśnych, owocych smakach. Szedłem po drewnianej kładce, dając się wciągnąć wakacyjnej aurze. Naganiacze mnie nagabywali, żeby opchnąć mi bilet na materac, najlepiej pod parasolem. Za którymś razem uległem, ale poprzestałem na leżaku pod chmurką.

Młody turysta, student z Kijowa, zasłyszał, że nie za dobrze mówię po ukraińsku i zagadał mnie, po angielsku, dlaczego zdecydowałem się przyjechać. Widać było, że jest szczerze zaintrygowany. „Tu jest wojna”, wskazał dookoła dłonią jakby była ona wręcz namacalna. Wyjaśniłem zgodnie z prawdą, że chcę pozostawić literacki opis Odesy w dniach eskalującej wojny w sierpniu 2026 roku. Chłopak zapytał co znalazłem szczególnym właśnie w tym temacie. W odpowiedzi podałem mu przykład mijanego dopiero co wozu z wyrzutnią, postawionego w stan gotowości, obok którego junacy zgrywali się przed sobą popychając się do wody, po prostu żyjąc swoim najlepszym życiem. „Okej, rozumiem. Chodzi o kontrasty. Tak, to jest bardzo unikatowe teraz dla Ukrainy”, potakiwał mój rozmóca. Może go zadowoliła ta odpowiedź. Spotkaliśmy się w pół drogi, więc podawszy sobie ręce, rozeszliśmy się. Ja poszedłem zapłacić za materac. Miałem poznawać opinię miejscowych, tymczasem sam stałem się obiektem zainteresowania. Nie mniej, nadrobiłem to później i już w Kijowie zadałem pewnej Instagramerce kilka pytań, które nurtowały mnie w Odesie. Wśród nich było też to, czy po czterech lat wojny Ukraińcy aby nie zaczęli asymilować trwania w nadzwyczajności jako części własnej tożsamości narodowej. Odpowiedź była jednoznaczna i stanowcza: „Chcę po prostu, żeby ten koszmar już się skończył”.
Przy barze założyli mi opaskę uprawniającą do korzystania z ich części plaży. Zaszalałem nawet i zamówiłem drinka. Potem zawlokłem czerwony materac na leżankę, zrzuciłem prawie wszystkie ciuchy i wychillowałem.
W tym miejscu pozwolę sobie na odrobinę prywaty. Wszak dzieląc przez parę dni wspólne doświadczenia z mieszkańcami, mogę poddać obserwacji również własne odczucia.
Z perspektywy trzech tygodni oceniam, że właśnie to był moment graniczny, który najbardziej na mnie wpłynął. Nawet bardziej niż kataklizm, do którego doszło w nocy. Naprawdę niedaleko za horyzontem była namorska kosa, z której Rosjanie startowali drony. Miesiąc wcześniej jeden z nich doleciał do zatoki i pozbawił życia młodą plażowiczkę. Mówiąc wprost, rozerwał ją na strzępy. Gdy syrena w telefonie stała się czerwona i żołnierze nadali przez megafon komunikat, przyjąłem odpowiedzialność za możliwy wynik. A właściwie za to, że pozbawiłem się kontroli nad rezultatem. Kalectwo nie jest możliwe do wyobrażenia. Wyobraziłem sobie natomiast możliwość, że mogłoby mnie nie być. Setki ludzi zdecydowało się zostać i oddać wypoczynkowi, pomimo świadomości zagrożenia.
W tamtej sytuacji, pojęcie całej egzystencji zawarło się w chwili bieżącej. Jeśli to miało być już wszystko, to co za różnica czy dotarłem tu z wyższym kształceniem, czy byłem kierownikiem, czy miałem w perspektywie zakup auta. Wszystkie ambicje narzucone mi przez społeczeństwo ze mnie spadły. Pozostałem goły z własną osobowością. Nagle nic nie było ważniejsze niż nasycić się tym jakie cudowne chmury przesuwały się po niebie.
Z tą myślą przewróciłem się na brzuch i przysnąłem. Niedługo później zestrzelono nad plażą drona.

*
Po udaremnionym ataku, niewiele osób zdecydowało się opuścić plażę. W tej mniejszości byli barczyści żołnierze przede mną, którzy poderwali z ręczników partnerki. Trwogi nie odwołano. Zakładałem, że będę minimalizować niepotrzebne ryzyko, dlatego niedługo później także opuściłem swój materac wynajęty za dwieście albo trzysta hrywien. Za zejściem na plażę spotkałem moje współpasażerki z autokaru, dziewczynę w słomianym kapeluszu i jej gadatliwą mamę. „Nie odpoczywacie?”, zagaiłem.
– No, tam strzelają. – wytłumaczyła się córka.
– No tak, dlatego właśnie wracam... – przyznałem rację. Wymienieliśmy jeszcze kilka zdań. – A skąd jesteście? – zapytałem przy okazji.
– Z Kamieńca Podolskiego, to blisko Mołdawii.
– Przyjechałyście tu taki kawał i nie chciecie skorzystać?
– Ja to chcę już wrócić do domu. – zadeklarowała dziewczyna. W rzeczy samej, wyjechały one z hostelu bodaj tego samego wieczoru.
W kolejnych dniach wracałem na plażę codziennie. Już nie wynajmowałem materaca, ale spacerowałem brzegiem morza i moczyłem stopy. Obserwowałem mieszkańców, nie wdając się z nimi w rozmowy. Raz byłem świadkiem jak młody chłopak, dość szczupakowaty, zwrócił uwagę kobietom na ręcznikach obok, żeby ściszyły muzykę. Przynajmniej tak myślałem na początku. Jestem co prawda dosyć osłuchany z ukraińskim, ale przecież nigdy się go nie uczyłem. W rzeczywistości Szczupak obruszył się, bo Panie słuchały piosenek w języku rosyjskim. Znowu rozegrała się scena, którą już widziałem w autokarze. Chłopak zwrócił się do swojej paczki: „A skąd oni się tutaj wzięli?”. Znajomi chyba namawiali go, żeby odpuścił, ale on nie dawał za wygraną: „Walczyłem z nimi na wojnie, a teraz mam leżeć z nimi na plaży?”
– A za kogo ty się masz? O kim ty mówisz „oni”? – na czoło przeciwnej grupy wysunęła się tęga kobieta w średnim wieku i rudawych włosach.
– O Rosjanach!
– Rosjanie? Rosjanie to są tam! – kobieta wskazała za horyzont. – Ja tu mieszkam od urodzenia!
Po jeszcze kilku wymianach uprzejmości, kobiety odpuściły i wyłączyły głośnik, ale Szczupak i tak poderwał swoją grupę, żeby poszli w inne miejsce.
Wczoraj, między gadką o wojnie i kobietach, wojak w hostelu zdążył mi wypaplać, że „tam na froncie Rosjanie i Ukraińcy się ze sobą biją, a tutaj żyją obok siebie w zgodzie”. „Przedziwne”, dodał. Ja odniosłem wrażenie, że wizję pokojowej koegzystencji dwóch słowiańskich narodów w Odesie można włożyć między bajki. Tylko w tych dniach widziałem kilkakrotnie jak podskórna wrogość wybuchała w miejscach publicznych.
Mój znajomy, który jest sceptykiem, uważa, że mieszkańcy Odesy, delikatnie mówiąc nie mają twardych opinii na temat swojej przynależności państwowej. Powoływał się przy tym na marynarza, z którym razem pływał, który na wieść o grożącej aneksji Odesy na początku wojny zareagował jednym słowem: „Nareszcie!”. Jestem w stanie to uwierzyć. Jura na ten przykład nie miał pojęcia, kiedy jest Dzień Niezależności Ukrainy. Kiedy 24 sierpnia powiedziałem mu, że to dzisiaj, to wzruszył tylko ramionami. Nie mniej, mój sceptyczny kolega prezentował tylko wycinek rzeczywistości, wyselekcjonowany na potrzeby dyskursu na prawicy. Nie zebrałem dosyć materiału, żeby oszacować ilu naprawdę Odeszczan było prorosyjskich. Faktem jest, że w referendum w 1991 roku co dziewiąty mieszkańców oblastu opowiedział się przeciwko niezależności kraju, co dawało jeden z najgorszych wyników po Krymie z Sewastopolem oraz Ługańsku i Doniecku. Trzeba byłoby jednak zadać pytanie, czy po trzydziestu pięciu latach niepodległości rosyjscy obywatele Odesy nadal czują więź do kraju swojego etniczego pochodzenia, zwłaszcza jeśli mieszkają tu od urodzenia. Tym bardziej jeśli w rodzinie były małżeństwa mieszane. Znałem pewną osobę, co prawda z Kijowa, której dziadkowie ze strony ojcy byli pełnymi Rosjanami. Ona zaś nie chciała nawet słyszeć o tym państwie. Mój kolega zabezpieczał się przed tymi kontrargumentami przekonując, że i tak prawdy mi nikt nie powie. „Jeśli chcesz się czegoś dowiedzieć to zdobądź ich zaufanie, najlepiej postaw pół litra, to może wtedy ci coś powiedzą”, zalecał.
Tymczasem włóczyłem się do zmierzchu po idealnie równej siatce ulic centralnej Odesy. Dawałem się oczarować staromodnym kawiarenkom i sentymentalnym piosenkom ulicznych grajków. Zaimponowało mi, że społeczeństwo obywatelskie było w tych dniach na tyle silne, że wiedziało kogo chce za ministra w rządzie i choćby w imprezowej Odesie znalazła się grupa, która domagała się przywrócenia Fedorova. Urzekła mnie nawet finezja, z którą nastoletnie naciągaczki usiłowały wyłowić z mojej kieszeni jak najgrubszy zwitek chrywien.


Wróciłem do hostelu, gdzie nareszcie wrócił prąd. Recepcja była pełna ludzi. Nie byli petentami. Ot, spędzali czas na wymienianiu plotek i anegdot. Znali się tylko z tych kilku dni spędzonych w hostelu, ale dzielili się nawet swoimi prywatnymi problemami, zupełnie tak jakby zjedli już ze sobą beczkę soli. Dosiadłem się do towarzystwa rozwalonego na kanapie.
Jak przyszło mi powiedzieć skąd jestem i powiedziałem, że Polak, to swoje musiałem wysłuchać. „O, to my was bud'et bijut”, zaśmiała się Ukrainka w krótkich, platynowych włosach.
– Ale czomu... – nieśmiało zaprotestowałem.
– Jak tu przyjeżdżacie to musicie dobrze mówić po ukraińsku. My się nauczyliśmy po polsku – w tym momencie przeszła na płynną polszczyznę – „wypierdalaj na Ukrainę”!
Jak już mi osuszyli głowę, atmosfera stała się luźniejsza. Opowiedziałem o miejscach, które zobaczyłem, o Charkowie, o Buczy i Irpieniu, o Łucku i tak dalej. Pani w platynowych włosach okazała się dostarczać pomoc humanitarną jako wolontariuszka. Niedawno była w Zaporożu. Poznała też i Słowiańsk i była w Mariupolu na początku wojny.
– Chciałbym pojechać do Chersonia, tylko nie wiem czy to będzie możliwe. – wyznałem. – Próbowałem kilkakrotnie kontaktować się z konsulatem w Warszawie w sprawie ograniczeń, ale nie dostałem odpowiedzi. Tam jest inna wojna niż w Odesie, a ja chciałbym pokazać możliwie szeroki obraz tego jak to wygląda.
– W Chersoniu, tam nie byłam. Nie wiem jak tam jest z ograniczeniami. No, możesz spróbować.
– A mam jeszcze pytanie. – dodałem po chwili zastanowienia. – Jak byłem dzisiaj na plaży to była trwoga, a później zestrzelono nad nami drona. Ale ludzie...
– Dlaczego ludzie nie poszli? – domyśliła się wolontariuszka. – To było tak, że na początku wojny my się baliśmy, schodziliśmy za każdym razem do schronów... ale tak po paru tygodniach przestaliśmy. Ludzie chcą żyć swoim życiem.
– Wiedzieli na pewno, że niedawno zginęła kobieta na plaży, która się opalała, właśnie tutaj.
– Tak, tak było. To smutno, że tak się stało. Ale żyjemy dalej. My tu mówimy, że jak w kogoś trafi to widocznie było mu to pisane. Taka była jego dola.
Na tym wyczerpała się rozmowa.
Poszedłem do salonu z wyjściem na balkon, gdzie mogłem podładować telefon. Był tam już jeden chłopak, który okazał się dobrze mówić po polsku. Pochwalił się, że dopiero co mieszkał kilka lat w Warszawie. Wyjechał dwa lata temu jak miał jeszcze siedemnaście lat, bo nie chciał walczyć na wojnie.

– No dobra, ale jak teraz tu przyjechałeś to nie będziesz mógł wrócić do Polski, zakaz wyjazdu dla mężczyzn w wieku poborowym, tak? – skonstastowałem.
– No tak, przyjechałem tu szukać mieszkania.
– Ale skoro nie chciałeś walczyć to dlaczego wyjechałeś z Warszawy?
– Afery, mordo...
Później wdaliśmy się w pogawędkę o przewadze ukraińskiej gleby dla uprawy niektórych gatunków roślin.
W międzyczasie do salonu zaszedł obcokrajowiec z dalekiej Azji. To musiał być ten "Kitajec" o którym plotkowali na recepcji, chociaż tak naprawdę okazał się być Japończykiem. On też tu przyszedł podładować telefon. Próbował wdać się z nami w small talk i zagadywał skąd jesteśmy, ale my jak to Słowianie nie zareagowaliśmy na to nazbyt dobrze.
– Czemu przyjechałeś tutaj? – zapytał się mnie, gdy powiedziałem, że jestem z Polski.
– Zbieram materiały do reportażu, jestem freelancerem. A ty?
– Ja po prostu, jako turysta.
– Turysta? Tu jest wojna. – zatoczyłem ruch ręką, nieświadomie wcielając się w rolę studenta z którym rozmawiałem dziś na plaży.
– Nie jest tak niebezpiecznie. – stwierdził, na co uniosłem brwi ze zdziwieniem.
– A w nocy, nie bałeś się?
– Fifty-fity. – wzruszył ręką. – Jestem tu od kilku dni i pierwszy raz musiałem zejść do schronu. Tak myślę, że zostanę tu jeszcze kilka dni.
Dochodziła północ. Skorzystałem z tego, że można było nie tylko kakać, ale też się umyć, po czym udałem się na swoją górną pryczę.
*
Tej nocy było cicho, ale i tak się nie wyspałem, bo musiałem rano wstać. Korzystając z dobrodziejstw elekryczności, pocieszyłem się za to mocną kawą.
Już za wczasu wykupiłem miejsca w busie do Chersonia. Zapłaciłem też z góry za bilet powrotny – w razie pytań ze strony władzy chciałem łatwo ich przekonać, że przyjechałem w konkretnym celu i nie planuję włóczyć się po mieście.
Przezornie wstałem dużo wcześniej, żeby bez pośpiechu znaleźć dworzec. W Odesie jak w całej Ukrainie było z kilkanaście niezależnych dworców i punktów odjazdowych. Z resztą moja zapobiegliwość na nic się zdała, bo zanim obszedłem wszystkie stanowiska, sprawdziłem rozkłady i zdobyłem się na odwagę zapytać o mój autobus przy kasie to ten zdążył już odjechać – z innego dworca. Okazało się, że minibusy do Chersonia odjeżdżają głównie z szerokiego parkingu pod dworcem kolejowym. Na szczęście było to tylko po drugiej stronie Placu Starosinnego.
Poszedłem tam i na jednym z przeszło dwudziestu stanowisk wyhaczyłem białego mercedesa z tabliczką w oknie z napisem "Херсон". Nieśmiało zakręciłem się przy kierowcy, który palił peta na postoju. Adekwatnie do portowego charakteru miasta, kierowca miał aparację wytrawnego bosmana. Pokazałem mu bilet na przegapiony autokar i wytłumaczyłem, że jednak chciałbym się tam dostać.
– Wam naprawdę trzeba jechać do Chersonia? – zapytał z cieniem przestrogi w głosie.
– Trzeba. Z resztą wracam po kilku godzinach. Tu jest drugi bilet z powrotem do Odesy, tego samego dnia.
Bosman wziął bilet do ręki i uważnie mu się przyglądał. W tym czasie podszedł do niego kierowca z sąsiednego busa. Zaczęli się naradzać. „On chce tam jechać, zobaczyć i od razu wrócić”, skontastował drugi kierowca. „Jak chce niech jech jedzie”, zasugerował.
– Pięćsot hrywien. – zadecydował bosman.
– Zgoda.
– Wsiadaj.

Minibus odjeżdżał za bez mała czterdzieści minut. Ludzie schodzili się powoli. W międzyczasie podsłuchiwałem rozmowę przewoźników kurzących cały czas na zewnątrz. „Dzisiaj były trzy na drodze za Kyseliwką”. O dziewiątej jak codzień odstukano hołd pamięci poległym w wojnie z okupantem, po czym odegrano hymn z głośników. Starszy Pan na sąsiednim siedzeniu wyszedł na tę okoliczność z auta, by odsłuchać hymnu na stojąco i z odkrytą głową. Autokar systematycznie się zapełniał. Większość pasażerów jechała prosto do Chersonia. W końcu Bosman nas przeliczył i zebrał od każdego opłatę za przejazd.
Półtora godziny drogi. Tyle dzieli mnie od Chersonia. To tyle ile zajmowało mi dojechać z dworca w Koszalinie do internatu w Darłowie.
Zostawiliśmy za sobą dworzec kolejowy w Odesie i znowu za oknem zaczęły się przewijać pejzaże Ukrainy. Piękny był Liman Tylihulski jak potężny zalew. Po jego drugiej stronie było widać morze, które go zrodziło. Tuż za nim stanęliśmy na jedynego przewidzianego na tej drodze peta. Później zatrzymaliśmy się jeszcze tylko na stacji paliw. Prowizoryczonej, prosto z cysterny obok której postawiono wartownika. No i jeszcze na przystankach na życzenie. Potem był szeroki Boh, za którym rozciągała się panorama Mikołajowa. Następnie przekroczyliśmy granicę obwodów. Kierowca dostrajał radio i uważnie nasłuchiwał miejscowych komunikatów.

Rozejrzałem się dookoła. Kim byli ludzie, którzy wsiadali w taką drogę? Na pewno wszyscy widzieliśmy zdjęcia autobusu po ataku drona FPV. Kiedy ciało staje się mięsem... Ale oni wyglądali zwyczajnie. Niektórzy mieli pod nogami szmaciane torby z zakupami. Pan, który przed hymnem zdjął nakrycie głowy teraz założył druciane okulary i czytał coś w telefonie. Była też niezdarnie umalowana nastolatka i młoda matka z niesfornym dzieckiem. Wiem, że właśnie jechałem z nimi na tym samym wózku, ale nie chciałem zawłaszczać ich doświadczenia.
Jedna z wiosek za oknem była całkowicie wyniszczona. Każdy jeden dom obrócono w zgliszcza.
Potem wjechaliśmy pod naciągnięte sztywno ponad drogą siatki przeciwdronowe. Przeszliśmy przez kordon wojskowy, który nas nie zatrzymywał. Nie byłem tego pewien, ale wyglądało na to, że naprawdę uda mi się dostać do Chersonia. Zobaczyć i wrócić. Kilka godzin i z powrotem.
Chwilę później siatki się urwały. Jezdnia opadała lekko w dół i na horyzoncie było widać przedmieścia dużego miasta. Jeśli nie był to Chersoń to na pewno była to Czornobajiwka.
A przed miastem – drugi kordon.
Żołnierz z lekkim karabinem maszynowym przewieszonym na piersi zatrzymał minibusa gestem dłoni. Otworzył drzwi, zadał pytanie, którego znaczenia nie zrozumiałem. Trzech mężczyzn okazało mu jakieś dokumenty. Reszta nie reagowała. Ja trzymałem paszport na udzie, ale jednocześnie przykryłem go wierzchem dłoni.
– Wszyscy? – zapytał wojskowy.
– Jeszcze jeden innostronny. – odpowiedział Bosman.
„O ty, psubracie”, pomyślałem. „Szkoda, że nie zapłaciłem ci pięćset hrywien więcej”.
Pomachałem wojskowemu burgundowym paszportem. „Poproszę zabrać ze sobą dokumenty i wyjść przed autokar”, usłyszałem w odpowiedzi. Kiedy zrozumiał, że nie mam przepustki wojskowego komendanta Chersonia poprosił mnie o zabranie reszty rzeczy z samochodu. „Wzięliście wszystko? Czapkę, kurtkę?”, upewnił się. Czyli już nie wrócę do środka. Potwierdziłem, a on rzucił do kierowcy: „Możecie jechać”. A do mnie: „Proszę za mną”.
Udaliśmy się do niewielkiego obozu na uboczu. Żołnierz z lekkim karabinem maszynowym wprowadził mnie do baraku na tyłach. W środku było wszystko to czego można było się spodziewać w miejscu, w którym prowadzi się przesłuchania. Była lampa, której światło można skierować na podejrzanego i ukraińska flaga rozwieszona na przeciwległej ścianie. Był już tutaj dowódca, o aparycji starego czerwonoarmisty. Młodszy żołnierz zdał mu sprawę w kilku zdaniach. Przywitaliśmy się. Dowódca wskazał mi krzesło, a nawet zaproponował wodę. Tymczasem młodszy stopniem zwrócił się do mnie uprzejmym głosem: „Czy mógłbym prosić o pański telefon?”.
Bez pytania wyjąłem też wszystkie dokumenty. Wśród nich było potwierdzenie mojej współpracy w charakterze niezależnego reportera z jednym wydawnictwem, a także rezerwacje na bookingu, bilety do Kijowa i powrotny do Warszawy, no i oczywiście te do Chersonia i z powrotem. Dowódca przyjął dokumenty. Niektóre z nich zeskanował, a następnie przetłumaczył w komputerze.
Wydawało mi się, że przesłuchanie przebiega dla mnie dobrze. Wojskowi nie mieli żadnych zastrzeżeń do mojego dokumentu o współpracy reporterskiej. W pewnym momencie młodszy żołnierz zwrócił dowódcy uwagę na coś w moim telefonie. Zaczęli robić zdjęcia. „Rób wszystkie”, zakomenderował mu dowóca. Szło tutaj o moją głowę, więc odważyłem się odezwać, że z chęcią wyjaśnię wszelkie wątpliwości.
– Ty dzwonisz do Rosji, hę? – dowódca łypnął na mnie swoim okiem czerwonoarmisty.
– Niemożliwe. Nie może być takich numerów w moim telefonie. Mogą tam być tylko numery polskie i kilka numerów ukraińskich do moich przyjaciół i kontaktów w hostelach. – oświadczyłem z całą stanowczością.
Wreszcie młody pokazał mi o co chodzi. Okazało się, że znalazł kontakty bez polskiego numeru kierunkowego, a zaczynające się od "79".
Po wyjaśnieniu nieporozumienia oświadczono mi, że jestem wolny. Dowódca poczęstował mnie nawet chusteczką i dał na drogę napój energetyczny. „Ale do Chersonia cię nie możemy wpuścić, to dla twojego dobra”, powiedział mi. Miałem ostatnią szansę, żeby wyciągnąć z tej sytuacji cokolwiek dla siebie, więc zacząłem się tłumaczyć:
– Chciałem zobaczyć jaka jest różnica między tym jak wygląda wojna w Odesie, a jak wygląda w Chersoniu. Czy jest tam dużo gorzej.
– W Chersoniu... tam jest strasznie. – Dowódca wypowiedział to zdanie z takim ciężarem jakiego w życiu nie słyszałem u człowieka. I to musi mi wystarczyć za całą relację o Chersoniu.
Młodszy stopniem wyprowadził mnie z powrotem na drogę. Zadeklarowałem, że jak pomoże mi złapać stopa do Mikołajowa to stamtąd już dojadę busem do Odesy. Zgodził się mnie zabrać pierwszy zatrzymany kierowca. Nie rozmawialiśmy dużo, ja już też o nic nie pytałem. Z resztą on jechał tylko z Czornobajiwkii. Trochę śmiał się jak mu opisałem sytuację. „Ty chciałeś zobaczyć, a tu wchodu nie ma!”, podsumował.
Po powrocie, miałem lekką chandrę. Przez dwie godziny leżałem bez ruchu na pryczy. W pokoju był jeszcze jeden gość, Brytyjczyk, którego może dwa razy widziałem dotąd na nogach. Teraz też leżał bokiem na koi i odsłuchiwał po kilka razy głosówkę od Pani z indyjskim akcentem, w której wyłuszczała mu powody, dlaczego zdecydowała się na breakup.

Wybudziłem się z marazmu jak robiło się już ciemno.
– Gdzie tam idziecie, Polak? – zagaił mnie recepcjonista, który właśnie rozczesywał swoje długie, jasne włosy po umyciu.
– A jeszcze sam nie wiem, może na plażę. Do której w ogóle jest otwarta?
– Plaża jest otwarta cały czas, możecie pochulać. – odpowiedział mi mężczyzna w średnim wieku na kanapie, chyba był to drugi współwłaściciel hostelu. Albo po prostu gość o bardzo długim stażu. – Tylko wróć przed godziną milicyjną.
– To idę pochulać.
– Tylko tam się nie przyznawajcie, że jesteście Polak. – dokuczył mi jeszcze recepcjonista. Widząc moją zgryźliwą minę trochę załagodził. – Poważnie, ludzie są pijane i szukają zaczepki, lepiej tam z nikim nie pij w barze.
Nie oddaliłem się daleko, bo doszedłem zaledwie do Schodów Potiomkinowskich. Młodzież gromadziła się tu wokół zespołu. Muzycy stanęli na pierwszej półce od góry i zwrócili się w stronę Pomnika Richelieu, wykorzystując Schody jako amifteatr. Mieli ten dar, który pozwalał zawładnąć publicznością tak jak szaman, który wprowadza w trans swoich współplemieńców. . Młodzi żywo reagowali. Nagradzali ich oklaskami, wiwatowali i wykrzykiwali tytuły piosenek, które chcą usłyszeć jako następne. Stopnie obsadziły paczki przyjaciół, które bujały się w rytm dźwięku strun. Murki obległy pary. Dziewczęta kołysały się, zauroczone muzyką. Chłopcy obejmowali je mocno stojąc za nimi. Wydawali się twardzi i w gotowości bić się za swoje wybranki. Jednocześnie składali najdelikatniejsze pocałunki na ich szyjach, policzkach i płatkach uszu.
W Ukrainie nie palą się nocą uliczne lampy, dlatego w miarę zapadania zmierzchu obejmowała nas ciemność. Muzycy zwrócili się do publiczności o wybór następnej piosenki. Kilka głosów zawołało: „Fotografia”. Potem na schodach zapaliły się białe gwiazdy telefonicznych latarek i młodzi razem zaśpiewali nostalgiczny szlagier, który już od miesięcy władał ulicami w całym kraju. W trakcie drugiej zwrotki do muzyki włączyło się monotonne wycie syren i wygasło równo z ostatnim akordem. Już przy kolejnej pieśni nad białymi światłami portu rozbłysły czerwone ognie zestrzeliwanych dronów. Nikt się w ich stronę nie obrócił.
W pierwszej sekundzie nagrania miga zestrzelony dron.
Koncert potrwał jeszcze może z pół godziny. Młodzież się rozeszła i zniknęła gdzieś w ciemnych ulicach oświetalnych tylko neonowymi szyldami nocnych barów.
W hostelu, na recepcji zastałem nowego współlokatora. Obcięty "na chłopaka" też był żołnierzem, ale w rezerwie. Byliśmy w podobnym wieku. Chwilę się czailiśmy. On się przyznał, że zdążył już zrobić "bańkę". Wreszcie zaproponowałem, żebyśmy zrobili drugą.
– Dobra, tylko zapytaj gospodarza czy nam pozwoli. Niby w regulaminie nie można. On pozwala, ale ja już tutaj byłem pół roku temu i trochę narozrabiałem. - poprosił.
– Gospodarz! Możemy się dzisiaj tego? – zapytałem jak tylko długowłosy wrócił na recepcję.
– Co tego? Ja nie rozumiem po polsku... aa, tego! Ha! – podroczył się jeszcze chwilę po czym dał swoje błogłosławieństwo:
– Tylko na balkonie, i najlepiej jak już zamknę kratę.
Podzieliliśmy koszty po połowie, przy czym jakoś przedziwnie większa część obciążenia spadła na mnie. Tak czy siak kosztowało mnie to niewiele więcej niż woda mineralna klasy premium. Wziąłem też na siebie organizację, więc bystro poleciałem po prowiant i z powrotem.
Po prawdzie to zaczęliśmy jeszcze zanim gospodarz zamknął kratę. Najpierw tylko musieliśmy przeszukać kuchnię w poszukiwaniu kieliszków. W międzyczasie opowiedziałem o swoich powodach dla których tu przyjechałem.
– Chcesz wiedzieć o wojnie? Ja ci powiem. Byłem i w Bachmucie, i w Mariupolu. I wiesz co? Ta wojna potrwa jeszcze trzydzieści jeden lat. – przepowiadał. Zachęcałem go milcząco do kontynuowania. – Słuchaj, ja byłem patriota. Jak pierwszy raz wybuchła wojna w 2014 roku to się zgłosiłem. Sam, rozumiesz? Na ochotnika. Byłem dwa lata w ATO. Potem byłem jeszcze dwa lata od 2018 do 2020. I potem znowu mnie wzięli w 2022 roku. Teraz jestem w rezerwie, ale jak będą potrzebowali to jeszcze raz mnie zawołają. Jakbym wcześniej myślał tak jak teraz to nie zgłosiłbym się wtedy na ochotnika, tylko bym wyjechał.
Z różnych względów nie odważyłem się komentować tej wypowiedzi. Nie tylko dlatego, że nie byłem w pozycji, by dyskutować argumenty żołnierza z pierwszej linii. Także dlatego, że nie wiedziałem czy i jakim służbom przekazali informacje wojskowi z baraku pod Chersoniem o mojej nietypowej aktywności. A nie chciałem się tutaj więcej nikomu tłumaczyć.
Skompletowawszy utensylia, udaliśmy się na balkon. Była już tam małolata, która siedziała w telefonie i nie zwracała na nas zbytniej uwagi. Uśmiechała się figlarnie do przychodzących wiadomości, pewnie od chłopaka.
My zaczęliśmy bardzo powoli. Właściwie to wznieśliśmy bodaj jeden toast, za spotkanie. Rezerwista pokazywał mi zdjęcia, które zrobił w Gdańsku gdzie pracował między 2016 a 2018 rokiem, zanim drugi razem wezwali go do ATO. W tym czasie syreny ogłosiły kolejną już tego wieczoru trwogę. Chwilę później zawył alarm w telefonie mojego kolegi. „Uwaga, dziesięć minut do centrum”.
– Dobra, to musimy się śpieszyć, bo za dziesięć minut uderzy w nas szachid. – oznajmił lakonicznie wojskowy.
– Poważnie? To tak wiadomo co do minuty? – zainteresowałem się.
– No, zobacz. – Pokazał mi aplikację. – Tutaj masz mapę, widzisz? A tutaj leci na nas szachid. – Rzeczywiście, żółta ikonka w formie drona posuwała się na mapie mniej więcej od strony Niziny Czarnomorskiej w kierunku centrum Odesy. Zupełnie tak jak na mapie ruchu lotniczego.
– To rzeczywiście musimy się śpieszyć. – rozdałem następną kolejkę.
„Uwaga, pięć minut do centrum”, ogłosił telefon. „Ugh”, dziewczyna prychnęła zirytowana i poszła w głąb budynku.
– Jak chcesz się schować to musisz iść teraz. – poinformował mnie kompan.
– Pewnie, że chcę! – oświadczyłem.
– Tylko zabierz szkło po drodze.
Tak właśnie zrobiłem. Schowałem butelkę pod swoją pierzyną, a kieliszki odstawiłem do kuchni, po czym udałem się prosto do schronu. Tym razem znałem już drogę więc wszystko zajęło mi może cztery minuty. Znów siedziałem na szkolnym krześle na lepkiej od brudu, zielonkawej wykładzinie.
Mniej więcej minutę później dobiegł mnie irytujący i zjadliwy dźwięk. Coś jakby bzyczenie komara, tylko bardziej jednostajne i bezduszne.
Zbliżał się.
Najpierw był gdzieś z przodu.
A potem był nade mną.
Po chwili zaczął się oddalać.
„Odwołano”, oznajmił znużonym głosem narzeczony pani z psem-patronem. Wchodząc nawet ich nie zauważyłem.
Bez zwłoki wróciłem do hostelu. Tam już czekał na mnie rezerwista.
– Gdzie byłeś? Ha, do schronu poszedłeś? Nieważne. Poczekajmy jak gospodarz zamknie kratę to wrócimy do roboty.
– A gdzie jest Kitajec? Mnie potrzeba Kitajca, żeby zamknąć. – biadolił tymczasem gospodarz. Było parę minut do północy.
Usiadłem po turecku na podłodze. Recepcja była pełna ludzi, kanapa była oblężona. Byliśmy ja i Rezerwista, był gość o najdłuższym stażu vel drugi gospodarz, była też Pani Wolontariuszka w platynowych włosach i małolata z telefonem w ręku. Nawet ten niemrawy ze złamanym sercem podniósł się z koji sprawdzić co to za gwar się podniósł w przedsionku. Blondwłosy recepcjonista snuł się niespokojnie po pokojach i ścierał szmatą kurze, mamrocząc przy tym pod nosem: „No gdzie ten Kitajec?”. Atmosfera była luźna, rezerwista zapodawał jakieś anegdoty z frontu.
W końcu, dziesięć minut po północy wszedł Kitajec. Choć jak to na głos zauwżyłem, był to przecież Japoniec. Gospodarz go dosłownie kopnął w dupę za przyjście po godzinie milicyjnej. Spóźnialski przyjał to z pokornym rozbawieniem. Nie mniej, recepcjonista się doczekał i mógł zamknąć kratę. Wolontariuszka, Romantyk i Kitajec rozeszli się do pokojów. Małolata wróciła na balkon. Drugi gospodarz też gdzieś wsiąknął. „To i my możemy iść”, rzucił rezerwista.
– A ty, gospodarz? Napijesz się z nami? – zaproponowałem Blondynowi.
– Napić się? Przecież mnie trzeba rano do pracy. I tak dzień w dzień, od rana do wieczora, ktoś musi otworzyć rano kratę, posprzątać, zmienić pościel, nawet nie pamiętam w którym roku byłem ostatnio na urlopie... – zaczął ględzić na to Recepcjonista. – Zaraz przyjdę. – Odpowiedział wreszcie.
Teraz na balkonie było już nas czworo, to znaczy ja, Rezerwista, Gospodarz i Małolata. Musieliśmy wyciągnąć nogi na zakładkę, żeby się pomieścić. Rozdaliśmy kolejkę. Długowłosy zamieszał sobie dobrą setkę z colą. Stuknęliśmy się. Potem wdaliśmy się w luźną rozmowę. To znaczy głównie dwaj Ukraińcy. Dziewczyna nadal była w swoim świecie, chociaż jak się ją zagadywało to odpowiadała, np. że jest z Połtawy. Mnie powstrzymywała bariera językowa. Z resztą tamci znali się już wcześniej i właśnie odtwarzali przebieg przypałowej sytuacji z poprzedniego pobytu Rezerwisty, o której mi wcześniej wspominał. Chodziło o coś z dziewczynami, które przyszły w odwiedziny i zostały dłużej niż godzina milicyjna.
– Leci coś? – zapytał Długowłosy jak zobaczył, że wojskowy spogląda na telefon.
– Szahid.
– Nie, rakieta. – odezwała się dziewczyna, nie odrywając się od pisania wiadomości.
– Za ile? – zapytałem.
– To nie w centrum.
Ledwie zdążył to powiedzieć, a rozległ się grzmot. Całkiem blisko centrum.
– Szo to? – wzdrygnęła się dziewczyna, trochę śmiała się przy tym sama z siebie.
W tym miejscu przepraszam za niemoralne wypowiedzi towarzysza.
Chwilę później odnalazł się Gość o najdłuższym stażu i też wpakował się na balkon. Zaczęło robić się ciasno. Jakby tego było mało to drogę tutaj znalazł jeszcze jeden gość, żołnierz na przepustce w morowym dresie. Dziewczyna położyła na nas nogi i jakoś wszystkim było nam wygodnie.
– Napijesz się? – zaproponowałem Nowemu.
– Ej, ale tu już nie ma co. – zahamował mnie Rezerwista.
– Gospodarzu, powiedzcie mi, że umiecie rozwiązać ten problem. – zwróciłem się z wiarą do Recepcjonisty.
W odpowiedzi wymamrotał kolejną wiązkę skarg i zażaleń, ale wreszcie podniósł się i po chwili wrócił z ratunkiem.
– Ja i tak dziękuję – odmówił mi ten Nowy.
– Cóż, wypijemy za tych co nie mogą. Slava Ukraїni. – wzniosłem toast.
– Hierojom slava.
Nowy zwąchał się z Rezerwistą. Zaraz się okazało, że służyli na tych samych odcinkach frontu. Jeden i drugi był w Bachmucie. Wspólnie porównywali swoje doświadczenia. Ja wdałem się w rozmowę z Gospodarzami. „Polak, czemu ty tu przyjechałeś?”, dociekał Długowłosy. Po raz kolejny w tych dniach zacząłem się tłumaczyć.
– A bo niektórzy mówią, że skoro Ukraińcy wracają na Święta do domu to tu nie ma wojny, że przed czym oni uciekają. – wypaliłem.
– Nie ma wojny, ta, znamy. – Gość o długim stażu zacisnął wargi. Widać było, że te argumenty mocno go ubodły.
„Uwaga, dziesięć minut do centrum”, zaryczał wtedy telefon Rezerwisty.
– Co rzucili? – zapytał Nowy.
– Szahid. Nie, dwa.
Dziewczyna poderwała się do wyjścia.
– Siedź tam. Gdzie będziesz szła. – powstrzymał ją Rezerwista. Posłuchała się.
Ja kontynuowałem gadkę z Gościem o najdłuższym stażu. Zacząłem coś tłumaczyć o swoich rusińskich korzeniach na Wołyniu i że lubię ukraińskę muzykę. „Polak. Polak! Cicho. Zawrzyj żopu. Rakiety!”, strofował mnie Recepcjonista, pokazując ręką wokół.
Zamknąłem się i zacząłem nasłuchiwać razem z resztą.
Na prawej przecznicy wzmagało się niepokojące bzyczenie, które słyszałem już dzisiaj w schronie.
– O, jest. – wskazał palcem żołnierz w dresowych spodniach.
– Gdzie? A no. – zainteresowała się Małolata.
Ponieważ nogi dziewczyny krępowały moje ruchy to nie mogłem się obrócić na tyle, żeby zobaczyć drona. Usłyszałem za to jak się oddalał. I jak wybuchł z hukiem chwilę później.
– Dzisiaj cały dzień walą. – skomentowałem. – Właśnie przeczytałem, że dwie godziny temu w Odesie zginęły cztery osoby.
Pomyślałem, że musiało to być wtedy jak zszedłem do schronu po pierwszej kolejce.
– Cztery osoby? – prychnął Gość z najdłuższym stażem.
– Tak pisali na Suspilne.Odesa... – tłumaczyłem się.
– Jak piszą cztery to znaczy, że zginęło dziesięć. Co najmniej. – oświecił mnie rozmówca.
Zmroziło mnie. Nagle okazało się, że procentowe zagrożenie, w którym się znajduję jest przynajmniej dwa i pół razy wyższe.
– Nie napiszą ci prawdy, żeby nie podsycać paniki, rozumiesz? Cztery ofiary to były może od samego uderzenia. A ile osób zginęło od odłamków?
– Dlatego jak już dron wleci w przestrzeń miejską to nie można go zestrzelić w przypadkowym miejscu. – połączyłem kropki. Musiałem przepić te rewelacje.
Na moment wszyscy zamilkliśmy. Wtedy ciszę przerwało bzyczenie kolejnego drona. Było wysokie, piskliwe. I coraz głośniejsze.
Czarna sylwetka drona wleciała nieśpiesznie w naszą ulicą z lewej strony. Skradała się po niebie jak mudżahedin w cienkim patu.
– W nas? – Recepcjonista wypowiedział na głos nasze wahanie.
Od świszczenia zamrowiło w uszach.
A potem dźwięk zaczął się oddalać.
Dron przeleciał na drugą stronę.
– Na port. – skonkludował Gość, gdy zobaczył jak szahid bierze łuk na Schody Potiomkinowskie.
Znowu huk i metaliczny pogłos.
Niedługo później urwał mi się film.
*
Następne co do mnie dotarło, to że gdzieś daleko słyszę ukraiński hymn. Dałem radę rozchylić jedną powiekę. Zobaczyłem sylwetkę Gościa ze złamanym sercem. Apel pamięci złapał go przed lustrem w trakcie porannej toalety.
To znaczyło, że nie wyrzucili mnie z hostelu, a nawet spałem we własnym łóżku. Co prawda potem próbując odespać do check-outu słyszałem jak na korytarzu co rusza ktoś mówi "Polak, Polak", ale nie mogło być tak źle.
O godzinie trzynastej Recepcjonista mnie szturchnął, że pora się wymeldować. Jak zobaczył, że nadal nie trzymam się na nogach to pozwolił mi poleżeć jeszcze kilka godzin.

W końcu się zebrałem. Na recepcji uścisnąłem dłonie Blondynowi, Rezerwiście i Gościowi o najdłuższym stażu. Pomachałem dziewczynie, która z jakiegoś powodu chichotała na mój widok. I poszedłem dalej.
Mariusz K. Matczak,
7.09.2026 r.
______
1. Godzina policyjna trwa od północy do szóstej rano na terenie całego kraju. Nie można się wówczas poruszać po mieście. W praktyce, po północy wracają jeszcze do domów pracownicy z wieczornej zmiany i ostatni goście lokalów.
2. Wzbudziło to we mnie moralny konflikt. Powinienem był stanąć w obronie kobiety, ale jej sabotaż sprowadzał realne zagrożenie na nas wszystkich.
3. W ukraińskiej aplikacji, jeśli użytkownik nie znajduje chętnych, może podbijać stawkę za kurs.
4. Po ukraińsku: alarm.
5. Ukraińcy korzystają z pomocy licznych kanałów w Telegramie. Niektóre z nich udostępniają mapy live z pozycją pocisku i wysyłają dźwiękowe powiadomienia uprzedzające za ile minut uderzenie dotrze do twojej lokacji.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)