15 obserwujących
108 notek
55k odsłon
  158   0

Lakers wciąż nie wygrali. Czy kiedykolwiek jeszcze wygrają?

Logo i statline, nba.com.
Logo i statline, nba.com.
Lebron James — dla części koszykarskiego świata, w niemierzalnych ocenach, równy Jordanowi — gra już chyba tylko dla indywidualnych rekordów i czeka na draft, w którym będzie mógł na zakończenie kariery rozegrać sezon ze swoim synem.

Do końca meczu było 4,7 sekundy, na tablicy remis po nietrafionym drugim osobistym, gdy rzucający obrońca drużyny Lebrona Jamesa świetnym atletycznym wysiłkiem zebrał piłkę w ataku. Jednak w chwili całkowitej pomroczności, zamiast rzucać, wyprowadził ją do linii środkowej i zaprzepaścił świetną szansę na zwycięstwo w tym meczu.

To oczywiście nie jest opis ostatniego meczu Lakers. To wydarzenia z 31. maja 2018. To był pierwszy mecz finałów Warriors - Cavs i niezapomniany JR Smith zrobił, to co JR Smith robił całą karierę — popełnił idiotyczny błąd wynikający z posiadania niezbyt wysoce rozwiniętego mózgu i pozbawił de facto Lebrona jednego pierścienia. Tak, to był tylko Game 1. Ale to był jeden z tych meczów, które definiują całą serię. Nikt nie pamięta pozostałych trzech. To był moment o wadze czterech przestrzelonych osobistych Nicka Andersona z 1995 roku. Czasem tak się w sporcie dzieje, że jedna chwila przesądza "o wszystkim". Mam wrażenie, że wtedy Lebron powiedział sobie: Ok, to by było na tyle. I zamiast pierścienie, zaczął gonić Kareema.

Ma szansę. Ma też, teoretycznie, przy dobrych wiatrach, jeśli grałby jeszcze 3 sezony i ładował statsy na obecnym poziomie, wejść do TOP20 zbierających, oraz całkiem realne szanse na TOP3 asyst w historii. 

Lebron od tamtego momentu się zmienił. Zaczął się oszczędzać. Oczywiście, należy mieć świadomość, że oszczędzanie się Lebrona to jest i tak nadpoziom dla wielu innych graczy, ale zmiana jest widoczna. Zaczął opuszczać mecze. Co sezon przytrafia się jakaś poważniejsza kontuzja, co wcześniej raczej nie miało miejsca przez poprzednie 16 lat gry. 

Naturalnie, udało się po drodze w Lakersach zdobyć tytuł, ale wydaje mi się, że Lebron przenosząc się na zachodnie wybrzeże liczył się z tym, że zrównanie się z Jordanem w pierścieniach może być poza jego zasięgiem. 

To, co dzieje się w tym sezonie, wymyka się zrozumieniu. Nie jest możliwe nieświadome zmontowanie składu ludzi tak tragicznie rzucających za trzy, wokół historycznie najelepiej podającego na obwód zawodnika tej gry. W erze, kiedy trójki to live or die. Lebron James ma najwięcej asyst, po których padły trójki w historii. Raz, że jest świetnym rozgrywającym, a dwa, że jest rozgrywającym o wzroście Magica Johnsona, sile bawoła i przebojowości rozpędzonego pociągu. Jest nim wciąż, pomimo tego przebiegu, który ma na koncie. Nieotoczenie go rzucającymi z obwodu zawodnikami nie jest błędem. To byłoby zbyt proste. Rob Pelinka nie jest idiotą, wbrew temu co twierdzą niektórzy. Kobe Bryant nie powierzyłby swojej zawodowej kariery od strony finansowej idiocie. Tylko, że przecież Lakersi nie mają picku. Tzn mają, ale Pelicans oddając nam Anthony'ego Davisa, pośród wszystkiego co nam zabrali, zagwarantowali sobie też możliwość zamiany picków w nadchodzącym drafcie... Więc tankowanie odpada... Chyba, że istnieje możliwości wykupu opcji swapa od Pels i Pelinka negocjuje. Nie wiem czy jest taka możliwość. 

Inna możliwość, to że Pelinka jest figurantem, a za sznurki we wszystkich decyzjach pociąga Jeanie, której Grimą u ucha jest zły, wredny i szalenie niemądry Kurt Rambis. To by wyjaśniało exit Magica i jego słynne "backstabbers". Wszak Pelinka, o którym wszyscy myśleli, że jest adresatem tego określenia, do Magica nic nie ma, a i sam Magic pokazywał się wielokrotnie w jego towarzystwie ze swoim pięknym uśmiechem i próbował pokazać, że nie ma do Roba Lowe'a Pelinki żadnego żalu.

Ostatnie wyjaśnienie, to metoda na "Glazer United". Nieważne, czy wygrywasz, ważne, że zarabiasz. Byłoby to o tyle dziwne, że Jeanie jest córeczką-tatusia człowieka, którego całe biznesowe dziedzictwo zaprzecza tej zasadzie. No, ale z kolei Jim Buss był z zawodu synem Jerry'ego i wydaje się, że hołdował poniekąd metodzie Glazerów. Dziwne to wszystko i pogięte. Trudne dla fanów. Trudne dla mnie, bo kocham ten sport i od kilkuletniego szczyla wpatrzonego w kasety VHS z USA, na których Magic Johnson był najlepszym koszykarzem w kosmosie, kocham te barwy i tę nazwę. 

AD kontuzja. Po pierwszym meczu obstawialiśmy z przyjacielem, co będzie przyczyną jego nieuczestniczenia w tej olimpiadzie głupków. Ja wygrałem. Back spasms. Game-to-game evaluation. Najwygodniej. Będzie jakiś fajny mecz, w którym będzie chciał się Davis pokazać fanom, to zagra. Back spasms, więc jak czasem nie będzie chciał się przemęczać, to się nie będzie przemęczał. No a grać w listopadzie w Detroit, czy Salt Lake City to tylko głupi by chciał. Zwłaszcza, jak się i tak przegra. 

Russ został przywódcą śmieci. Wchodzi z ławki, ale niestety jego nowi podkomendni zostali pozbawieni kilku ważnych śmierdzących ziemniaczanych obierek, które wyszły w pierwszej piątce. Russ jednak jest profesjonalistą. On jeden wie, że jak przegrywać, to przegrywać. Robi wszystko, by wyszło jak trzeba. Rzuca bez sensu, nie trafia spod kosza ważnych rzutów — kiedy celem jest porażka bardzo ważne jest, żeby dbać o niskie morale, a nic tak nie podcina skrzydeł, kiedy najlepiej opłacany zawodnik pudłuje niekryty pod obręczą. Mistrz. 

Ale Russ to też bardzo świadomy człowiek i wie, że nie może tak po prostu nie dostarczać żadnej produkcji, bo zawodowy sport w USA też ma swój deep state, i jeśli nie produkujesz, to po prostu tracisz minuty. Russ też wie, że wciąż jest brandem — musi wykonać raz na jakiś czas swój signature coast-to-coast ze spektakularnym wybiciem się z osobistych i skutecznym layupem. For the fans. We love you Russ. You're the best.

Jego śmieci grały jak śmieci. Mógłbym zrobić, tylko z pierwszej kwarty, szybki montaż, dlaczego są to koszykarskie śmieci. Dziś w nocy, wszystkie te elementy koszykarskiego zespołowego rzemiosła, o których brak ich oskarżyłem po pierwszym meczu na przykładzie Kendricka Nunna, można byłoby pokazać w efektownej kompilacji. Wszystkie. Oni są naprawdę beznadziejni. Fani San Antonio nawet nie pamiętają, że mieli taki draft pick, jak Lonnie Walker IV. A on i tak jest z nich najczystszy. 

To jest tak w ogóle ciekawy przykład, dlaczego nazywam ich tak pieszczotliwie. Lonnie Walker IV spędził w Teksasie cztery sezony i grał po +- 20min. W zeszłym sezonie rzucał za trzy na 31proc. przy pięciu próbach na mecz. On nie zapomniał nagle jak się rzuca. On się nigdy nie nauczył i w San Antonio, jak na porządną organizację przystało, się z nim rozstali. A myśmy wzięli ich odpad koszykarski. Zawodnik ze śmietnika. Jak wszyscy. Odpad z San Antonio, odpad z Miami, odpad z GSW. Ktoś może powiedzieć, że śmieci z trzech najlepszych organizacji NBA, to skarby dla innych. No cóż, jeśli najbardziej utytułowana i najbogatsza organizacja w historii tego sportu szuka zawodników po śmietnikach sąsiadów, to coś poszło bardzo mocno nie tak. 

Acha, Russ trafił trójkę. Poważnie. Bill Macdonald, którego głos czasem prowadzi narrację moich snów, tak się ucieszył, jakby nagle z niespodziewaną wizytą wpadł do niego jego najlepszy kumpel, o którym myślał, że zaginął na wojnie. 

Zobacz galerię zdjęć:

Rob Lowe i Rob Pelinka
Rob Lowe i Rob Pelinka
Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport