87 obserwujących
2440 notek
1306k odsłon
3633 odsłony

Niecelna anatema. Coś o Kaczyńskim. Tym Kaczyńskim

Wykop Skomentuj83

/przerywam ważny tekst, aby zabrać głos w buzującej debacie o pietruszkę/ 

Na ujeżdżaniu Prezesa w stylu tuskowickim – nie da się budować Polski, Demokracji, Praworządności – bo nie ma na to wystarczającego „elektoratu”, gotowego poddać się kolejnemu ćwiczeniu z nowej Transformacji. Prezesa trzeba uszanować – i przeżyć (głęboko, nie pokoleniowo), zrozumieć na czym polega jego feromon (nie pomyliłem słowa)..

Moda na odgromnictwo, czyli poszukiwanie w jednym polityku i jego działaniach – źródła wszelkiego zła polskiego – nie przemija. Skrojone pod nią domysły, koncepcje, hipotezy oraz oskarżenia i obawy wydawać by się mogły już noszone i wypłowiałe – ale wciąż na nowo odżywają.

Ja w tej modzie nie odnajduję inspiracji i samo-napędu dla siebie. Bo ja korzennie jestem ze wsi i z harcerstwa. I w ogóle popaprany jestem: Mama (śliczna dziewczyna o cechach jakby trochę centralno-azjatyckich) urodziła się na Wileńszczyźnie, Tata (silny chłopak o męskiej, „aryjskiej” twarzy i posturze) urodził się z dziwnie niemieckim nazwiskiem na Lwowszczyźnie, ja urodziłem się z repatriantów szukających swojej życiowej szansy – na Opolszczyźnie, ale wychowałem się na Ziemi Lęborskiej (północno-zachodnie Kaszuby), pół życia spędziłem w Warszawie, ale wiele z tego czasu spędziłem w podróżach na Wchód, Zachód i Południe (za „swoje”), czyli po Eurazji, od krańca po kraniec. Najbardziej urzekł mnie rosyjski Daleki Wschód i równie rosyjska Północ, ale Krym czy Kaukaz też są nie od macochy.

W dodatku jestem krwi lewacko-ludowej, beneficjentem dwóch projektów PRL-owskich (gomułkowskiego i gierkowskiego), a wzorcem cywilizacyjno-kulturowym jest dla mnie Europa Środkowa, zwłaszcza jej „ginące ludy”, takie jak Kaszubi-Śłowińcy czy Kurpie, Łemkowie, Bojkowie, Huculi, Gagauzi, Dzukowie, Morawiacy, Gorańcy, Łuźyczanie, Arumuni, regiony jak Bukowina, Karantania, Dobrudża, Spisz, Podhale – o, to jest dla mnie teren fascynacji kulturowych i politycznych, z jego „osobliwościami para-demokratycznymi” jak Kozaczyna, Skupština, Solidarność. Owszem, by(wa)łem w Paryżu, Londynie, Rzymie, Atenach, Berlinie, Kopenhadze, Sztokolmie, Edynburgu, Zurychu, Wiedniu, na całym tym kontynencie, ale więcej wyniosłem z podróży na północ i na południe od Karpat, a porównawczo „studiowałem” w Ułan-Bator, Kijowie, Wilnie, Ufie, Archangielsku, Tbilisi, Jakucku, Władywostoku, i w radzieckiej Azji Centralnej. Za „swoje” – powtarzam, bo to ważne. Miałem też przypadki z niegdysiejszym wice-merem Leningradu (Pitera), zanim osiągnął on pozycję Imperatora. Nie maczałem w tym palców, słowo harcerza.

Piszę to wszystko oczywiście dla przechwałki, ale też po to, żeby pokazać, jak nietypowym jestem Polakiem (a jestem nim na pewno i z całą mocą). I takich jak ja jest nas połowa. Ta gorsza, nie do końca oswojona z klimatem polskich metropolii (Kraków, Wrocław, Poznań, Trójmiasto, Łódź, nie do końca taplająca się w gospodarczych cudach Gierka (cud inwestycyjnego tworzenia) i Balcerowicza (cud łupieskiego rujnowania). Osiadam stopniowo, bez pośpiechu, w swojej prawdziwej ojczyźnie, na krańcach wszystkiego, pośród „mniejszości”, z których składa się Polska pozawarszawska. Tam odnajduję to, co zgubiłem w stolicy i w chrześcijańsko-rzymskiej Europie. Nie, nie zgubiłem, wyrwano mi „na rympał”, kiedy w nuworyszowskim amoku młodości – aplikowałem i płaciłem daniny.

* * *

Jarosław Kaczyński dorastał w dobrej dzielnicy stołecznego miasta, był cherubinem późnego PRL-u, obserwatorem Marca i Grudnia w swoich najlepszych uniwersyteckich latach, czującym świeży jeszcze warszawski powiew Października. Do tego był bliźniakiem, co nadawało mu (im obu) szczególnego rytu towarzysko-politycznego. Obcował z późniejszymi tuzami „opozycji demokratycznej”, wraz z nimi dotarł na polskie szczyty po epizodzie okrągło-stołowym. Nie jest (tak to widzę) ani erudytą, ani narodowo-państwowcem, więcej w nim widzę z Pyłypa Orłyka, autora dokumentu >Pacta et Constitutiones legum libertatumqe Exercitus Zaporoviensis<, obwołanego potem Konstytucją Kozacką, a który to Pyłyp po Mazepie stał się na krótko najznaczniejszym hetmanem gasnącej Kozaczyzny. Tyle że Kaczyński hetmani – co widać – swojej Kozaczyźnie prawie 30 lat </p>

Z Wałęsą i jego „pałacem” rozstał się Kaczyński – wbrew legendzie – z własnej woli, u szczytu (zdawało się) kariery, i to nie dlatego, że nim gardził jako „sierżantem w okopach”, tylko dlatego, że ów narcyz i łobuz zdradził projekt, na którym wyrósł i osiągnął wszystko. Pozostali „eksperci stoczniowi” woleli w cieniu pogardzanego „sierżanta z okopów” używać swobody, jaką mają zawsze inteligenci przy dyletancie. Używają go do dziś, czego on, z czułym na politykę nosem – raczej nie czuje, choć sprawa trąci zjełczałością.

Kiedy wyszedł cało z awantury belwederskiej, która przecież mogła go pogrzebać – odnaleźli telefony do niego zarówno podskakiewicze budujący swoją przyszłość na tanim, ale „odważnym” antykomunizmie, a on znalazł ścieżki do takich postaci, jak Jan Olszewski. Ten pogięty i kilkakroć połamany projekt nie miał prawa się udać, był tak nie-europejski, że tracąca impet Solidarność mogła go zwyczajnie przegapić – ale wyszło.

Wykop Skomentuj83
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka