Jan Herman Jan Herman
34
BLOG

Zapłacę, why not?

Jan Herman Jan Herman Gospodarka Obserwuj notkę 0

 

Lubię płacić. Ale tylko wtedy, kiedy mi to sprawia przyjemność (bo płacę za coś, co uważam za dobro), albo kiedy w związku z płaceniem mam jakieś konkretne oczekiwania, i to nie płonne. Nie płacę, kiedy uważam to za czynność niezbieżną z moimi przekonaniami, a co dopiero, jeśli pod przymusem!?!
 
Jakiekolwiek płacenie ma w sobie – poza aspektem przepływu kasiorki (a właściwie bolesnego najczęściej odpływu) – kilka wymiarów metafizycznych:
 
- kiedy płacę za coś konkretnego – potwierdzam wartość tego czegoś, bo zgadzam się na cenę;
- poprzez wniesienie opłaty mogę coś popierać: ideę, człowieka, program;
- niekiedy płacąc udzielam wsparcia komuś, czemuś, pomagam;
- poprzez opłatę zaznaczam, deklaruję swoje uczestnictwo w jakimś przedsięwzięciu;
- tak dalej;
 
Na te wszystkie płatności o wymiarze metafizycznym Ludzkość wymyśliła formułę public collection, co jakoś niezręcznie tłumaczy się u nas albo składka, albo zbiórka. W każdym razie słowo to zawiera – mówiąc uczenie – aspekt wolicjonalny, czyli świadomy i dobrowolny zamiar podzielenia się swoim dochodem, samo-uszczuplenia własnej swobody korzystania ze swojego dorobku.
 
Bywa, że decyzje o płaceniu nawet pokaźnych kwot, obciążających nasz budżet ponad miarę, podejmujemy niekiedy spontanicznie, w jakimś dobrym odruchu najczęściej. Ot, gdzieś tam komuś tragedia, albo gdzieś blisko współczucie. Albo ktoś przystawia nóż do gardła, rzeczywisty a może symboliczny: ratujemy wtedy swoje „to co dotychczas”, choć tracimy cnotę racjonalności.
 
Szanowny Panie Ministrze Finansów!
 
Kiedy kupuję bułkę albo bilet, pal sześć, płacę podatek, bo nie mam innego wyjścia. Głodny jestem, dojechać muszę. Ale niech Pan pamięta, że każdy z nas, kilkadziesiąt milionów, ma dość łatwy wybór i może się zdecydować, czy wszystkie inne podatki poza zakupami codziennymi płacić TU, czy może TAM. Wystarczy się zarejestrować w dowolnym niedalekim kraju. To kosztuje kilkaset złotych i dwa dni czasu. Nie będę tu publikował, jak to się robi, bo chyba naraziłbym się na reakcję Pańskiego kolegi od spraw mundurowo-inwigilacyjnych.
 
Wspominam zaś o tym, bo tak jak ja, większość podatników pozostających pod Pańską kontrolą wolałaby rozumieć, na co się „zrzuca” płacąc podatki. Nie wystarczy ogłosić kilku pozycji budżetowych ze wzruszającymi notkami „oświata”, „pomoc socjalna”, „młodzież”, „miejsca pracy”, „rozwój duchowo-artystyczny, itd. Nie dostrzegam(y) nawet w tych wzruszających notkach żadnego z tych aspektów metafizycznych, dla których oddać gotowiśmy kawałek swojej krwawicy, a nawet ostatnią koszulę.
 
Zapewne element przymusu (konstytucyjnego zresztą, o zgrozo!), jaki towarzyszy podatkom, akcyzom i rozmaitym urzędowym opłatom, ma sens logistyczny, ułatwia poborcom pobór, ale nie zwalnia to Pana i państwa (RP) z jak najbardziej konstytucyjnego obowiązku przekonania mnie, że są/będą to pieniądze wydane właściwie w naszym, obywatelskim rozumieniu. Przymus płacenia tłumaczony „bo tak ma być” – to nie jest właściwy sposób komunikowania się Państwa z Obywatelem, zresztą grozi różnymi konsekwencjami, np. emigracją podatkową, o której piszę. Niektórzy giganci podatkowi już dawno Pana i Pański przymus mają w nosie, płacą gdzie indziej, mniej, sensowniej, z pocałowaniem ręki przez „tamtejszych” urzędników.
 
No, chyba że u drzwi moich staną – opłaceni przeze mnie z podatków – aniołowie stróże, którzy pod rękę czy jakoś inaczej odprowadzą mnie do miejsca, gdzie z wielką chęcią oddam do budżetu ile tylko Pan zechce, a kiedy jednak nadal będę się upierał – to osadzą mnie wygodnie tam, gdzie przemyślę swoje postępowanie, oderwany od szarej codzienności na dłużej.
 
Wtedy też będzie Pan przekonany, że żyjemy w demokratycznym państwie prawa?
 
A na koniec zbierze Pan fachowców i wymyślicie taki podatek, który wszyscy będą płacić, a nawet go nie będą zauważać. I ogłosi to Pan tryumfalnie, że likwiduje Pan wszelki PIT, niech sobie ludzie żyją jak chcą!
 
Mogę nawet Panu podpowiedzieć…
Jan Herman
O mnie Jan Herman

...jaki jestem - nie powiem, ale poczytaj blog... Więcej o mnie znajdziesz w książce Wł. Pawluczuka "Judasz" (autor mnie nie zna, ale trafił w sedno). O czym jest ta książka? O zmaganiu się człowieka z własnym losem, wiecznością, z Panem Bogiem. O miłości, zdradzie, rozpaczy i ukojeniu. Saszka, prosty chłopak z białoruskiej wioski, po rewolucyjnej zawierusze, podczas której doświadczył wszystkiego, wraca w rodzinne strony i próbuje żyć tak jak inni. Ale kiedy spotyka samozwańczego proroka Ilię, staje się jego najwierniejszym uczniem i apostołem... Opowieść o ludzkich głodach - seksualnym i religijnym - o związkach erotyki i polityki, o tłumionej naszej prawdziwej naturze, o nieortodoksyjnej, gnostyckiej i prawosławnej religijności, tajemnicy i manipulacji wreszcie.................................................... UWAGA: ktokolwiek oczekuje, że będę pisał koniecznie o sprawach, które są "na tapecie" i konkurował na tym polu ze znawcami wszystkiego - ten zabłądził. Piszę bowiem dużo, ale o tym najczęściej, co pod skorupą się dzieje, a widać będzie za czas jakiś.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Gospodarka