Jan Herman Jan Herman
37
BLOG

Dziurawienie budżetu

Jan Herman Jan Herman Gospodarka Obserwuj notkę 2

 

Żyjemy na pięknej polskiej wyspie, pełnej soczystej zieleni wzrostu gospodarczego. A wokół nas rumienią się ogniście ze wstydu inne (czytaj: wszystkie inne) kraje, bo – zyg zyg – mają wzrost ujemny.
 
Zapamiętajmy sobie ten piękny moment, bo dobrze jest mieć piękne wspomnienia.
 
Deficyt budżetowy jest jedną z najbardziej wrednych i bezczelnych form opodatkowania ludności. Wyznacza się jakiś nie cierpiący zwłoki cel publiczny, którego nikt rozsądny nie jest w stanie oprotestować, bo widać jasno, jakie to ważne – i desygnujemy nań środki budżetowe, których nie ma, ale mają być. Poniewczasie zauważymy, że wyciekły nam one z naszych kieszeni.
 
Fachowcy od kuglowania budżetem, a także wykładowcy, lubią podkreślać, że w każdym budżecie jest taka jego część, od której nie uda się uciec, czyli część konieczna, oraz część taka, którą można dowolnie kształtować. Powstaje podczas takiego wykładu wyobrażenie, że równie dobrze mógłby budżet ograniczyć się do tzw. wydatków koniecznych, a budżetową część pożyteczną (wydatki potrzebne oraz wydatki możliwe) są przedmiotem przetargów politycznych, a pośrednio – decyzji wyborców.
 
Jest to – mimo pozorów systematyczności i logiczności – nieprawda, i to nieprawda natury politycznej.
 
W budżecie wszystkie wydatki są wydatkami politycznie koniecznymi. Wszystkie bowiem są na liście układanej w ustawicznym przetargu interesów (lobbystycznych). Racjonalnie rzecz ujmując, nie ma takiego wydatku budżetowego, którego nie możnaby ograniczyć lub zupełnie wykluczyć, włącznie z wydatkami na administrację publiczną, bezpieczeństwo (armia i służby) czy podtrzymanie infrastruktury strategicznej (drogi, porty, łączność). Istnieje bowiem do wykorzystania – celowo „zapomniana” – instytucja „public collection” (składki, zrzutki, zbiórki), tyle że wymaga ona „oddolnej”, powszechnej zgody, czyli samo-opodatkowania się ludności lub jej części. Tyle że to już wydaje się dla każdej władzy zbyt przesadzonym ładunkiem demokracji. Na pewno uciążliwym dla każdej wyobrażalnej „władzy” (Centrum gospodarczego).
 
Spróbujmy sobie wyobrazić trzy warstwy społeczne (nie klasy o przeciwstawnych interesach, tylko warstwy):
 
  1. A. Pierwsza warstwa – to przedsiębiorcza karma budżetu, czyli rozmaite podmioty gospodarujące, uzyskujące nadwyżki gospodarcze, którymi się dzielą poprzez budżet z pozostałymi warstwami;
  2. B. Druga warstwa – to beneficjent budżetu, ludzie i środowiska niezdolne do wypracowywania nadwyżek, biernie poddające się inspiracji warstwy pierwszej, zatrudniające się u przedsiębiorców;
  3. C. Trzecia warstwa – to administratorzy i sztabowcy, czyli „ludzie do wynajęcia” do zadań w dziedzinie regulacji, optymalizacji, logicznego (i logistycznego) dopasowania rozmaitych elementów gospodarczych i politycznych (interesy), planiści, analitycy, itp.;
 
Można założyć – dla uproszczenia obrazu – że warstwy te tak wzajemnie się splatają, że powstaje między nimi synergia: każda z nich, nawet przedsiębiorcy, mają z tej koordynacji i współpracy większy efekt, niż gdyby działały odrębnie.
 
W takiej sytuacji budżet zasilany jest przez warstwę przedsiębiorców (którzy tego nie żałują, bo i tak mają synergiczną nadwyżkę-nadwyżek), a pozostałe warstwy korzystają z budżetu lub wprost są zatrudnione u przedsiębiorców.
 
Mechanizm działa i wciąż jest dobrze oliwiony, jeśli nie zostanie naruszona delikatna umowa społeczna: otóż efekty „nośne” gospodarki powinny opierać się na innowacyjności, inwencji, inwestycjach i podobnych przesłankach wzrostu-rozwoju uruchamianych przez warstwę przedsiębiorców. Kiedy jednak przedsiębiorczość zaczyna sprowadzać się do tego, żeby - metodami ulg, specjalnych koncesji i ułatwień – przedsiębiorcy uzyskiwali swoją rentowność nie własnym przemysłem i zapobiegliwością (zwiększaniem dynamiki), tylko poprzez ekstensywne zrzucanie z siebie obowiązków – to przy jakiejś stałej rentowności okazuje się, że nie ma z czego ani zatrudniać warstwy beneficjentów, ani warstwy administratorów. Wtedy do gry wkracza polityka, już jawna.
 
Przedsiębiorcy przestają dbać o zatrudnionych, wolą rentowność powiększać korzystnymi rozwiązaniami prawnymi, administracyjnymi.  Dla opracowania, uzasadnienia i wdrożenia tych rozwiązań prawnych (urzędowych, ustawowych, itp.) wpływają na to, że tkanka warstwy administratorów niepostrzeżenie z fachowców przeistacza się w usłużny biznesowi serwis. A warstwa beneficjentów (zatrudnionych), widząc swoją pogarszającą się sytuację (zawężającą się możliwość rozwoju) przeistacza się w warstwę roszczeniową.
 
I oto dość klarowna, synergiczna struktura społeczna, na skutek realizacji interesów warstwy utrzymującej całość budżetową – zmienia się w strukturę klasową:
 
  • przedsiębiorcy stają się lobbystami, dodatkowo odmawiając dzielenia się swoją nadwyżką (bo uzyskują ją nie poprzez wzrost i rozwój, ale poprzez „nie-dawanie”);
  • administracja staje się przedłużeniem politycznym ekonomicznych koncepcji przedsiębiorców;
  • zatrudnieni ze sprawnej, konstruktywnej „siły roboczej” przeistaczają się w roszczeniową opozycję;
 
W takiej sytuacji budżet zaczyna już wyglądać zupełnie inaczej. Wszystkie warstwy – teraz klasy – zgłaszają swoje pozycje budżetowe, ale ich „kolejkowanie” wyróżnia lobbystów (są najsilniejsi ekonomicznie), potem administratorów (są umocowani politycznie przez lobbystów), a na końcu są zatomizowani i słabi ekonomicznie. W tym sensie lista „konieczności” ma charakter polityczny i zawsze (ZAWSZE!!!) przekracza dochody budżetowe (te wszak stają się wciąż bardziej ekstensywne).
 
Zrazu – patrząc z perspektywy historycznej – dziurę dochodową uzupełniać zaczęto podatkiem od dochodów zatrudnionych (wcześniej płacili ten podatek wyłącznie przedsiębiorcy), a następnie rozbudowano i upowszechniono podatek stanowiący część ceny wszystkiego, co się wytwarza (dziś nazywamy go VAT). U zarania budżetów nikt nie słyszał o tych podatkach, nie mówiąc o całych systemach celnych i akcyzowych oraz skarbowych, katastralnych, itp. (istniały incydentalne myta, pogłówne i inne, potem upowszechniły się i rozbudowały).
 
I teraz esencja, uwaga! Kiedy lobbyści nadal przemożną siłą wciąż mniej płacą, a wciąż skuteczniej unikają obowiązków, utrzymując rentowność metodami polityczno-administracyjnymi zamiast przedsiębiorczością, ostatecznie wielu z nich staje się beneficjentami budżetu! Wtedy oczywistym jest obciążanie, wciąż większym jarzmem, zatrudnionych, których opozycyjność staje się coraz bardziej oczywista. Zaczynają się tzw. cięcia budżetowe, oczywiście skierowane przeciw opozycji, czyli warstwie najniżej uposażonej, najsłabszej politycznie.
 
Oto prawdziwa natura dziurawienia budżetu. Proceder (bo jak inaczej to nazwać?) sprowadza się do uwzględniania coraz większej ilości postulatów lobbystów (którzy jeśli są przedsiębiorcami, to raczej opacznie), a powstający deficyt rekompensuje się wciąż większym obciążeniem zatrudnionych (opozycji) i cięciami takich elementów jak edukacja, pomoc socjalna, ochrona zdrowia, wypoczynek, emerytury, renty.
 
Sposobem cięcia jest na przykład komercjalizacja wymienionych dziedzin (i wszelkich zwanych budżetowymi). Ale najbardziej wyrafinowanym – jest ucieczka administracji (polityki) w deficyt budżetowy. Wbrew naukom akademickim i propagandowym nie jest to wyłącznie zadłużanie przyszłych pokoleń, bowiem tu-teraz konsekwencje deficytu budżetowego, zupełnie doraźne, dzisiejsze, oznaczają wzrost kosztów utrzymania zatrudnionych, opozycji. Staje się ona wobec tego wciąż bardziej roszczeniowa, wciąż mniej skłonna do współpracy z lobbystami i administracją, chyba że liderzy (np. związkowi) ulegną czarowi przywilejów.
 
 
Każdy kolejny krok ułatwiający biznesowi uzyskiwanie rentowności nie z przedsiębiorczości, tylko z korzystnego „splotu” okoliczności prawno-administracyjnych – to kolejny akt dziurawienia budżetu. Tu nie ma miejsca na bardziej obszerne analizy, ale tak właśnie przebiega historia Transformacji polskiej.
 
Warto wspomnieć o tzw. drobnym biznesie (mikro-przedsiębiorstwa). Najbardziej tracą oni własnie, czyli ci zatrudnieni, którzy odkrywają w sobie szczerą żyłkę biznesową: zanim uformują się w lobbing, najbardziej odczuwają patologie budżetową (w nich skierowane jest ostrze administracyjne, biurokratyczne, sterowane ręką lobbystów), bowiem sa łakomym kąskiem, wszak mają rentowność „czystą” wynikającą z przedsiębiorczości, którą „warto przejąć”.
 
Problem jest globalny, okołoziemski. W Polsce jednak nikt nie wydaje się go dostrzegać. W krajach, które osiągnęły "czerwony" wzrost gospodarczy - deficyt nie "argentynizuje się". W Polsce cieszymy się ze wzrostu w obszarze "przemysłu" i w sektorze prywatnym, nie dociekając jego rzeczywistych, lobbystycznych  źródeł.
 
Kiedy sypnie się - będzie mnóstwo mądrali. Bo ekonomista to taki ktoś, kto jutro wyjaśni, dlaczego jego wczorajsza prognoza dziś nie sprawdziła się.
Jan Herman
O mnie Jan Herman

...jaki jestem - nie powiem, ale poczytaj blog... Więcej o mnie znajdziesz w książce Wł. Pawluczuka "Judasz" (autor mnie nie zna, ale trafił w sedno). O czym jest ta książka? O zmaganiu się człowieka z własnym losem, wiecznością, z Panem Bogiem. O miłości, zdradzie, rozpaczy i ukojeniu. Saszka, prosty chłopak z białoruskiej wioski, po rewolucyjnej zawierusze, podczas której doświadczył wszystkiego, wraca w rodzinne strony i próbuje żyć tak jak inni. Ale kiedy spotyka samozwańczego proroka Ilię, staje się jego najwierniejszym uczniem i apostołem... Opowieść o ludzkich głodach - seksualnym i religijnym - o związkach erotyki i polityki, o tłumionej naszej prawdziwej naturze, o nieortodoksyjnej, gnostyckiej i prawosławnej religijności, tajemnicy i manipulacji wreszcie.................................................... UWAGA: ktokolwiek oczekuje, że będę pisał koniecznie o sprawach, które są "na tapecie" i konkurował na tym polu ze znawcami wszystkiego - ten zabłądził. Piszę bowiem dużo, ale o tym najczęściej, co pod skorupą się dzieje, a widać będzie za czas jakiś.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Gospodarka