Jan Herman Jan Herman
252
BLOG

Obywatelstwo: wyzwolenie versus autoprzemiana

Jan Herman Jan Herman Polityka Obserwuj notkę 6

 

„W każdym buncie przeciw instytucjom - małym i dużym: rewolucji i strajku, buncie przeciw dyrekcji szkoły i buncie w wojsku - przełomowy jest moment, który socjologowie nazywają "wyzwoleniem poznawczym". Tak pisze w swoim artykule Adam Leszczyński. Pojęcie to spopularyzował w latach 80-tych amerykański socjolog Doug McAdam, dziś profesor na Uniwersytecie Stanforda, ale idea jest dużo starsza i opiera się na prostej obserwacji: każdy porządek społeczny - także ten, który większość odrzuca - opiera się na (swoistym, specyficznym – JH) przyzwoleniu ludzi.

Wyzwolenie poznawcze następuje w chwili, w której "zwykły człowiek" zdaje sobie z tego sprawę. Kiedy zaczyna rozumieć, że władza - dajmy na to - dyrektora despoty w fabryce nie jest, jak wcześniej myślał, czymś materialnym i bezrefleksyjnie oczywistym, danym przez naturę. Przeciwnie: zaczyna rozumieć, że władza opiera się tylko na tym, że ludzie ją akceptują (przyzwalają – JH). I że naprawdę zależy tylko od ich zbiorowej decyzji, czy się władzy poddadzą, czy nie. Jeżeli wycofają swoją zgodę, władza przestaje istnieć”. 

Bogdan Smoleń śpiewał niegdyś dwie pieśni kabaretowe, które w pełni oddają, na czym polega owo „przyzwolenie społeczne” dla niechcianego Systemu – albo brak takiego przyzwolenia: „kiedy śledź wpadnie w sieć” oraz „za oknami świta” (smutasy, mazgaje). Jak słabe jest ono politycznie, za to jak silne – mentalnie.

 

Obywatelskie wyzwolenie poznawcze 

Nie wierzę, że ktokolwiek z czytających nie przeżył takiego momentu, w którym uświadomił sobie, że nie musi ani chwilę dłużej trwać w matni uzależnienia od jakiejś przemożnej siły. Ja – na przykład – któregoś dnia postanowiłem nie krzyczeć wniebogłosy, kiedy dostawałem (jakże zasłużenie) domową dyscypliną (czyli skakanką) po tyłku i okolicach. I stała się rzecz cudowna: od tego momentu przestałem być karany w taki niehumanitarny sposób, dyscyplina poszła w kąt! Nic się nie zmieniło, nadal broiłem i nadal byłem karany, ale z bicia wyzwoliłem się. 

Takich doświadczeń – całkiem prywatnych, ale też „publicznych”, miałem co najmniej kilkanaście w swojej młodości. Zahartowały mnie one w czymś, co dziś nazywam niezależnością poglądów i postawy, a także w świadomej przynależności: nie przynależę już nigdzie dlatego że wypada albo że „owczy pęd”, tylko dlatego, że tak sobie wybieram. Dodajmy: wybieram nie zawsze mądrze. 

Miałem zresztą szczęście, bo moja młodość naznaczona była „solidarnościowym laboratorium” (nie należałem, ale przeżywałem wszystko na własnej skórze, na żywo, współ-obecnie). 

Najtrudniej jest o takie wyzwolenie w rodzimym środowisku sąsiedzkim, w zakładzie pracy, w szkole, w stowarzyszeniu, w kulturowym mateczniku. „Postawienie” się panującej tu kamaryli jest niezwykle ryzykowne, bo grozi albo „niefizyczną” banicją, albo całkiem „fizycznymi” represjami, zwanymi dziś uczenie mobbingiem. 

Wyzwolenie poznawcze – jeśli ma nosić przydomek „obywatelskie” – nie może być prostą manifestacją hardości, nie wystarczy być kogutem i podskakiewiczem: ma sens społeczny (obywatelski właśnie), jeśli ujawnia naocznie, że pod skorupą „tak było od zawsze, głową muru nie przebijesz” – istnieje jakaś ważniejsza Racja, stłamszona i poniżona (deprywacja), ale fajniejsza, sprawiedliwsza, właściwsza, lepiej odpowiadająca oczekiwaniom powszechnym. Wtedy albo porwiesz za sobą „ziomków” przeciw tym, którzy tę Rację do tej pory więzili i uciskali, albo przynajmniej uświadomisz im, że ona nie zdechła, mimo eksterminacji.

 

Autoprzemiana psycho-mentalna 

Wyzwolenie – to jednak dopiero uwertura, preludium może. J. Staniszkis wiele lat temu ukuła pojęcie „przegranej rewolucji” oraz pojęcie „samo-ograniczającej się rewolucji”. W obu przypadkach chodzi o utratę kontroli nad procesem rewolucyjnym przez tych, którzy ją wywołali i których interes jest deklarowany publicznie „tłustym drukiem” (Dużymi Literami). Polska przeżyła to w roku 1980 i następnych, kiedy solidarnościowe Postulaty nie doczekały się realizacji, a sama Transformacja (i dziś Modernizacja) zmierzają w całkiem inną stronę niż oczekiwania strajkujących MKS-ów albo dzisiejszych Pokrzywdzonych (tych jest wcale nie tak mało, szacuję ich na 10 milionów). 

Polecam też lekturę artykułu Krzysztofa Brzechczyna, porównującego w tej sprawie koncepcje Leszka Nowaka i Randalla Collinsa. 

Konserwatysta, syn ziemiański, Edward Abramowski, „sprzedawany” nam przez Historię jako rewolucjonista lewicowy, jako jeden z niewielu wskazał na konieczność wewnętrznej, psycho-mentalnej przemiany w człowieku, jako warunku skutecznej przemiany Systemu. W każdym innym wypadku różne rewolucje, bunty i ruchawki kończą się co najwyżej „przeredagowaniem” Systemu, taką sztuczką uniku „retour-en-avant”. 

Bo – uzyskawszy widome moralne zwycięstwo nad Złem – natychmiast przywołujemy je z powrotem w odmienionej postaci, oddając mu się z entuzjazmem i nadzieją. A dzieje się tak, gdyż dopiero co odrzucone Zło siedzi w nas samych, wyuczone, wytresowane, nie znające innej formuły jak posłuszeństwo wobec niego i bezradną akceptację. 

Dopiero kiedy je „przeżyjemy” w sobie, przepracujemy, w taki sam sposób, w jaki alkoholik czy narkoman przepracowują swój nałóg – wtedy jesteśmy zdolni do przebudowy własnego „ja” społecznego, stąd zaś już może niedaleko do nowego, lepszego Systemu.

 

*          *          *

Gdyby żył Karol Marks, pewnie upierałby się przy tym, że Lud odkrywający swoją buntowniczą siłę to jeszcze „klasa w sobie”, ale ktoś masowy, kto tę siłę przeistacza w zdolność zastąpienia niechcianego Systemu innym, lepszym, seksowniejszym Systemem – to już jest „klasa dla siebie”, rozumiejąca własny interes i obstająca za nim.

 

*          *          *

Kiedyż o tym pisać, jeśli nie w prawie-wigilię wyborów samorządowych, kiedy jest jeszcze czas, kiedy możemy w sobie przeżyć nasze uzależnienia od miejscowych kamaryli (całkiem możliwe, że je na powrót zaakceptujemy, ale świadomie, nie odruchowo)? 

Obywatelami nie jesteśmy oglądając telewizyjne relacje z „wielkiej polityki”, tylko robiąc ją – dla wspólnych siebie – po sąsiedzku, po gminnemu, po powiatowemu.

 

 

Jan Herman
O mnie Jan Herman

...jaki jestem - nie powiem, ale poczytaj blog... Więcej o mnie znajdziesz w książce Wł. Pawluczuka "Judasz" (autor mnie nie zna, ale trafił w sedno). O czym jest ta książka? O zmaganiu się człowieka z własnym losem, wiecznością, z Panem Bogiem. O miłości, zdradzie, rozpaczy i ukojeniu. Saszka, prosty chłopak z białoruskiej wioski, po rewolucyjnej zawierusze, podczas której doświadczył wszystkiego, wraca w rodzinne strony i próbuje żyć tak jak inni. Ale kiedy spotyka samozwańczego proroka Ilię, staje się jego najwierniejszym uczniem i apostołem... Opowieść o ludzkich głodach - seksualnym i religijnym - o związkach erotyki i polityki, o tłumionej naszej prawdziwej naturze, o nieortodoksyjnej, gnostyckiej i prawosławnej religijności, tajemnicy i manipulacji wreszcie.................................................... UWAGA: ktokolwiek oczekuje, że będę pisał koniecznie o sprawach, które są "na tapecie" i konkurował na tym polu ze znawcami wszystkiego - ten zabłądził. Piszę bowiem dużo, ale o tym najczęściej, co pod skorupą się dzieje, a widać będzie za czas jakiś.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (6)

Inne tematy w dziale Polityka