Jan Herman Jan Herman
342
BLOG

Jak monopol polityczny zjada racjonalność

Jan Herman Jan Herman Polityka Obserwuj notkę 2

 

 

Miałem wczoraj „spotkanie autorskie”, które zaowocowało tym, iż cotygodniowe spotkania klubowo-dyskusyjne w kafejce „Południk Zero” zostały nazwane „Banialuki otryckie”. Zapraszam chętnych, stołeczna ulica Wilcza.

Wyłożyłem oto, że Monopol jako fenomen społeczny (gospodarczy) przepoczwarza myślenie gospodarcze w taki sposób, iż Decydent nie rozważa wcale ani „zaspokojenia rynku”, ani „rozwoju gospodarczego”, ani podobnych „wskaźników społecznych”, tylko ma na celu wyłącznie swój Budżet, to co „wyciśnie” do własnej dyspozycji: właściciel zainteresowany jest pomnażaniem „urobku” z posiadanych akcji albo majątku, NGO interesuje się przede wszystkim sumą pozyskanych środków „do wydania”, Samorząd Terytorialny szuka okazji by zmaksymalizować środki i możliwości, którymi dysponuje, Korporacja (nie mylić z Przedsiębiorczością) zainteresowana jest jak największym zyskiem do podziału (szuka monopolistycznego „punktu Carnota”, przychodu krańcowego), Rząd jest zainteresowany maksymalizacją Budżetu rozumianego jako pole praktyk monopolistycznych.

Dlatego – perorowałem – wszelkie  modele gospodarki (nawet te uznane podręcznikowo), które próbują objaśnić, skąd się bierze Rozwój, Wzrost, Dochód, Kapitał, itd., itp. – są odrzucane przez życie w taki sposób, że kiedy w Gospodarce tąpnie – decydenci statystycznie zachowują się dokładnie odwrotnie niż kazałyby te modele (czyli zmniejszają zatrudnienie i rezygnują z inwestycji).

Celny model objaśniałby wielkość Budżetu, a nie wielkość „produkcji”. Posiadacz akcji jakiejś korporacji albo budynku przy Wilczej nie interesuje się tym, jak zaspokajać rynek, za to wciąż go podnieca wielkość corocznej dywidendy za akcję (sprzeda akcję, jeśli go dywidenda nie zadowoli) oraz wielkość czynszu jaki pozyska za kamienicę (pozbędzie się jej, jeśli zacznie do niej „dokładać”).

Racjonalność gospodarska, która kazałaby zajmować się odpowiadaniem na potrzeby rynkowe – nie jest na czele listy zainteresowań Decydenta Gospodarczego. Bo oznacza myślenie kategoriami „nie-moimi”, tylko dobra szerszego. Nie twierdzę, że ta racjonalność jest sierotą, że nikt się z nią nie zaprzyjaźnia. Ale kiedy Decydent staje przed koniecznością poświęcenia bieżących dochodów natury budżetowej na rzecz przyszłych wyższych dochodów, kiedy staje przed wyborem „Budżet albo rozwój” – w warunkach Monopolu wybiera zawsze Budżet, i to ten tu-teraz.

Jeśli dla Budżetu trzeba poświęcić jakieś cele „obce-abstrakcyjne” (zatrudnienie, zaspokojenie powszechnych potrzeb, warunki życia ludności, warunki pracy załogi) – to „się je poświęci”.

Na to wszystko zareagował sympatyczny pan, który z boku przysłuchiwał się moim wywodom. Cóż to opowiadasz – zagaił do mnie. Ja jestem – powiada – przedsiębiorcą i twierdzę, że mamy tu warunki rynkowe i ja sobie w nich radzę jak umiem. Nie interesuje mnie wyłącznie „budżet”, który odessam ze swojego majątku, tylko zaspokajanie potrzeb rynkowych, mam klientów, konkuruję z podobnymi sobie, a klienci też mają wybór, dlatego ich dopieszczam, staram się o nich.

Natychmiast przyznałem mu rację, ale nie z bojaźni, że mnie zje. Otóż ten Przedsiębiorca, niewątpliwie o zacięciu gospodarskim, a nie eksploatacyjnym, przyswoił sobie niszę, porzuconą przez Monopole jako „bezpłodną” albo „trudną do odessania”. To on i jego przedsiębiorczość jest ofiarą „ssania”, drenażu. Działa w rzeczywistości, którą on postrzega jako rynkową, a która jest para-rynkiem: dziesiątki, jeśli nie setki regulacji serwuje mu Państwo i lokalny Samorząd, co lepsze kąski biznesowe przejęli do wyłącznej dyspozycji giganci biznesu (np. lokalnego) zblatowani z Nomenklaturą, a jemu pozostawili coś, czym sami się nie zajmą, zostawili mu to z wygody i z chytrości albo z chwilowego braku rezerw i pomysłu, może też z obrzydzenia do małego geszeftu: on się będzie starał, a monopolistyczni decydenci go obłożą odsysającym haraczem. Najśmieszniejsze, że w każdej chwili mogą mu pogorszyć warunki gospodarowania, dokładając nową akcyzę, opłatę, podatek, domiar, wpisowe, rejestracyjne, itd., itp. W każdej chwili, kiedy już on dobrze ulokuje się na „rynku” – mogą przejąć jego biznes prostymi sztuczkami.

Na obrzeżach zmonopolizowanej rzeczywistości jest wielu takich jak on, każdy z nich niesiony swoją gospodarską przedsiębiorczością nie dopuszcza do siebie myśli, że działa z łaski monopoli i płaci za to monopolistom haracz, każdy z nich doświadcza, że przecież reaguje na „zamówienie klienta”, każdy z nich zauważa, że jest ich wielu i konkurują ze sobą. Akceptują niezliczone regulacje, jakie nimi sterują na co dzień, liczą na to, że nowych nie będzie, w razie czego „zahaczają” o szary obszar rozliczeń, ale przede wszystkim myślą pozytywnie, wybrali przyszłość a nie sarkanie na System.

Moje bajanie o tym, co jest namacalną prawdą, czyli o skrajnie zmonopolizowanej przez monopolistów ich codziennej rzeczywistości i o tym, że w każdej chwili może pojawić się kolejna regulacja, kolejna kontrola, kolejny haracz do opłacenia – ci szlachetni Przedsiębiorcy nazwą banialukami. Bo one burzą ich spokój oparty na przyzwoleniu dla oparów monopolistycznej „chmury tagów ekonomicznych” wokół.

Nie na „rynku” jednak działają oni wszyscy, tylko na „para-rynku”. Pomykają w uprzęży, mają jakąś liczbę „kierunków swobody” i odrzucają, wypierają z codziennego myślenia fakt, że gdyby nie monopole – kierunków swobody mieliby o niebo więcej.

Zwykliśmy Monopolem nazywać firmę dominującą na „rynku”, narzucającą poziom cen, zawłaszczającą najlepsze kontakty i najlepsze połacie „targetu”, kształtującą „rynek” pod swoje widzi-mi-się, nie zainteresowaną „zaspokajaniem” potrzeb, tylko je sztucznie stymulującą. Na przykład hipermarket czy Centrum-Galeria, rugujący lub „organizujący pod siebie” drobne biznesy handlowe, ogromadzający setki okolicznych dostawców, żyjący z „korzyści skali”, z renty dobrego położenia, z odroczenia płatności (dostawcy go kredytują), ze szczególnych przywilejów pozyskanych od lokalnego samorządu. Albo jakaś fabryka, która „generuje rynek” wokół siebie, na którym działają mali producenci-kooperanci i równie mali agenci-dystrybutorzy.

Tymczasem cała „zabawa w monopol” zaczyna się tam, gdzie powstają regulacje, z których większość ma wymiar „powszechny-demokratyczny” (np. podatek), ale w swej masie powodują, że warunki działania Przedsiębiorczości są dalekie od swobody o charakterze „rynkowym”. Największy zatem monopolista czai się nie „w branży” (hipermarket i drobni sklepikarze to wszak „tacy sami” handlowcy detaliczni), tylko w sferze Decyzji definiujących warunki gospodarowania, a pośród tych warunków na czoło wysuwa się Budżet Decydenta. Oto esencja Monopolu.

Monopolista taki jak Państwo, Samorząd, Korporacja, mający w ręku narzędzia, za pomocą których może pomnażać swój Budżet kosztem Przedsiębiorczości – całą swoją energię i talenty przeznacza na „detekcję” kolejnych obszarów, z których mógłby coś odessać do swojego Budżetu. I kiedy jakieś statystyki odkryją taką możliwość – to zostanie ona natychmiast „opodatkowana”, obłożona akcyzą, koncesją, licencją, certyfikatem, wymaganym przeszkoleniem, narzuconą procedurą. Kolejny „kierunek swobody” (nauki ścisłe mówią o „stopniach swobody” albo „swobodzie ruchu”) zostanie odebrany, ale przecież tyle jeszcze innych swobód zostało, więc Przedsiębiorcy nadal kurczowo trzymają się poglądu, że „jeszcze rynek nie zaginął, póki my żyjemy”.

Dla kogoś, kto na co dzień przyswoił sobie język pełen takich słów jak „wolny rynek, konkurencja, demokracja, wolność wyboru” (przyswoił sobie w ten sposób, że nazwał swoją rzeczywistość tymi słowami w nadziei, iż są prawdziwe) – wydaje się obrazoburcą każdy, kto używa słów „monopol, jarzmo regulacyjne, pozory swobody, nakazy i zakazy, rynek zastępczy”.

A zatem – plotłem banialuki.

Jan Herman
O mnie Jan Herman

...jaki jestem - nie powiem, ale poczytaj blog... Więcej o mnie znajdziesz w książce Wł. Pawluczuka "Judasz" (autor mnie nie zna, ale trafił w sedno). O czym jest ta książka? O zmaganiu się człowieka z własnym losem, wiecznością, z Panem Bogiem. O miłości, zdradzie, rozpaczy i ukojeniu. Saszka, prosty chłopak z białoruskiej wioski, po rewolucyjnej zawierusze, podczas której doświadczył wszystkiego, wraca w rodzinne strony i próbuje żyć tak jak inni. Ale kiedy spotyka samozwańczego proroka Ilię, staje się jego najwierniejszym uczniem i apostołem... Opowieść o ludzkich głodach - seksualnym i religijnym - o związkach erotyki i polityki, o tłumionej naszej prawdziwej naturze, o nieortodoksyjnej, gnostyckiej i prawosławnej religijności, tajemnicy i manipulacji wreszcie.................................................... UWAGA: ktokolwiek oczekuje, że będę pisał koniecznie o sprawach, które są "na tapecie" i konkurował na tym polu ze znawcami wszystkiego - ten zabłądził. Piszę bowiem dużo, ale o tym najczęściej, co pod skorupą się dzieje, a widać będzie za czas jakiś.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Polityka