Bardzo jest niedobrze, kiedy ważne, kluczowe decyzje polityczne są zaprowadzana na drodze sztuczek formalno-prawnych czy podobnych taktyk, bardzo jest też nieładnie, jeśli tak rozumiany podstęp „wchodzi w krew” i stosowany jest na co dzień, jako swoista nienormalna norma.
Konstytucję 3 Maja wprowadzono podstępem. Chyba najkrótszym i najjaśniejszym opisem intrygi jest artykuł Katarzyny Kaczorowskiej TUTAJ. Konstytucję 3 maja – czytamy – uchwalono podstępem. Król Stanisław August Poniatowski do Warszawy ściągnął wojsko, a Hugo Kołłątaj na ulice wyprowadził mieszczan. To właściwie była gra va banque. Stronnictwo Patriotyczne, autorzy konstytucji uchwalonej 3 maja 1791 roku, świadomie uciekli się do podstępu. I równie świadomie nie pozostawili miejsca na jakikolwiek przypadek, o czym najlepiej świadczy to, że ów ważny dokument, fundament polskiej demokracji, w zgodnej opinii późniejszych pokoleń jedno z najważniejszych i najdonioślejszych dokonań polskiego (ale też i światowego) parlamentaryzmu, przyjęto niemalże pod presją wojska. Intryga była przemyślana i nic nie mogło pokrzyżować misternego planu. Nie było już miejsca na przypadki, trzeba było wszelkimi siłami stworzyć podstawy pozwalające ratować upadające państwo.
Intencja była słuszna, w sprawę zaangażowano wybitnych „demokratów” europejskich, francuskich filozofów Gabriela Bonnot de Mably i Jeana-Jacques’a Rousseau, w tle było powołanie Komisji Edukacji Narodowej oraz szerokie konsultacje w wiodących środowiskach. A jednak – choć z powodów znanych i zrozumiałych – Konstytucję wprowadzono ze swoistym „grzechem pierworodnym” nie-demokratyczności.
Pakiet ustaw uruchamiających polską Transformację wprowadzono podobnym podstępem. Rząd Mazowieckiego korzystał z niemal pancernego parasola Solidarności oraz z intelektualnego tumultu, jaki w Polsce panował, kiedy zaczęto legalnie upowszechniać ogrom dorobku europejskiego w sprawach społecznych, politycznych, itp. Solidarność liczyła na fachową zamianę projektu Samorządnej Rzeczpospolitej na konkretne rozwiązania ustrojowe. Tymczasem „pod przykrywką” kontynuowano „nie od wczoraj” prowadzone rozmowy na temat wypróbowania w Polsce „terapii szokowej” w gospodarce (Chile, Boliwia), a w sprawach ustroju społeczno-politycznego założono, że będzie się metodą „kliknij-kopiuj-wklej” przenosić na grunt polski rozwiązania europejskie. Mimo, że tacy posłowie jak Modzelewski, Bugaj, Małachowski połapali się w „myku” i głośno protestowali – ten sposób „procedowania” zaklepano poniechawszy jakiejkolwiek późniejszej kontroli nad nim. Można powiedzieć, że zarówno gospodarkę, jak i ustrój polityczny rozłożono w Polsce na czynniki pierwsze, odsiano z nich może 10%, resztę „zamieciono” i zastąpiono wybranymi rozwiązaniami, które dla gospodarki oznaczały „wolną amerykankę” (zakazaną już w Europie), a dla Państwa oznaczało „rozmiękczenie”.
Program Jeffreya Sachsa i Davida Liptona został przedstawiony Senackiej Komisji Gospodarczej w lecie 1989 r. (zanim powstał Rząd, tuż po czerwcowych wyborach!). Zakładał rozwiązanie problemów gospodarczych Polski przez nagły i śmiały skok w gospodarkę rynkową (w myśl tzw. doktryny szoku, opisanej przez N. Klein).
Ani Samorządna Rzeczpospolita, ani „społeczna gospodarka rynkowa” (szyderczo wpisana potem w Konstytucję bez zamiaru realizacji) nie zostały w ogóle wzięte pod rozwagę: L. Balcerowicz i jego doradcy (głównie J. Sachs) to ludzie urzeczeni wtedy monetaryzmem, traktujący „miąższ gospodarczy” jako pole eksperymentu, a nie esencję życia gospodarczego. W obszarze polityczno-społecznym nawet „główny piewca samorządności” J. Regulski jasno powiedział, że zdążono zaprowadzić fasadę, która – nie wypełniona treścią – stała się atrapą.
* * *
Do zwycięstwa „formacji IV Rzeczpospolitej” w 2015 roku nie trzeba było podstępu: poziom wk…enia „elektoratu” na Transformację i zwłaszcza na 8-letnie „spokojne, zielonowyspowe” poczynania „tuskowitów” okazał się tak wielki, a efektywność ustroju (gospodarcza i polityczna) tak wyczerpana, że wystarczył Kukiz, by rozmontować zatrzaski ustrojowe mające dać dożywotnie synekury kilkuset tysiącom „władców Polski”. Przypomnijmy, że wcześniejsze spazmy Tymińskiego czy Leppera – dużo poważniejsze merytorycznie niż spazm kukizowy – nie dały tego efektu, bo Transformacja czerpała z pokładów rezerwowych, opróżniając kraj poprzez prywatyzacje i poprzez zwodnicze „fundusze unijne”.
Trzeba pamiętać, że Polska to kraj wprowadzający nową jakość do światowego dziedzictwa państwowego: wymieszanie formuły rzymskiej i bizantynizmu w obszarze zaprowadzania i realizacji prawa.
- Konwencja „rzymska” pozwala na to, by ktoś ewidentnie mający rację „przegrał”, bo niezręcznie ją popierał przepisami i procedurami. Bizantynizm to konwencja, która pozwala przepisy prawa i praktykę prawną jawnie naznaczać interesem politycznym, partykularnym, osobistym (np. poprzez bełtanie mętnej wody). Mieszanie tych konwencji to powszechna sprawa w Polsce. Pisałem o tym TUTAJ.
- Dodatkowo Polska – mając Państwo ewidentnie osłabione-rozmemłane w ostatnim ćwierćwieczu – pozwoliła sobie na „państwa w państwie” (separatystyczne legislatury, enklawy suwerenności para-państwowej), w kilkunastu kluczowych środowiskach: wymiar sprawiedliwości, ochrona zdrowia, obszar skarbowo-windykacyjny, obszar „kontrolowany” przez Regionalne Izby Obrachunkowe, obszar federacji sportowych, obszar „siłowy” (policje, wojsko, służby), obszar „walorów” (bankowość, ubezpieczenia, budżety, finanse, fundusze, giełdy), itd., itp.
- Suwerenna samowładza cechuje też takie instytucje konstytucyjne jak NIK, TK i sam urząd Premiera: instytucje te jednoosobowo są „autokefaliczne” wobec Konstytucji, ustroju, oczekiwań społecznych.
- Na koniec dodajmy daleko posuniętą autonomię ustrojową w obszarze przedsiębiorczości rolniczo-spożywczej: jej symbolem jest KRUS i dotacja gruntowa, ale obejmuje ona kilkanaście, może więcej specyficznych rozwiązań ustrojowych, które nie służą ani sferze uspołecznionej na wsi, ani drobnym gospodarstwom – tylko właśnie przedsiębiorcom rolno-spożywczym.
Od mniej-więcej roku trwa w Polsce „polonez sztukowany”, w którym chodzi o to, by cele polityczne – wszak nie dające się ukryć – realizować za pomocą sztuczek, które powinny wywieźć w pole zarówno „ciemny lud”, jak też konkurencję polityczną. Jedynym osiągnięciem demokracji w Polsce jest to, że gracze polityczni zgodnie muszą ukrywać swoją grę, nie mogą się swoimi popisami podzielić z „publicznością”. Bo ta publiczność nie ma prawa wiedzieć, o co chodzi. Nawet jeśli ktoś „wjedzie” przypadkiem do rady czy parlamentu albo dyrektorskiej Nomenklatury – to pełni tam długo role zająca, zanim zostanie dopuszczony do sedna.
* * *
Lista sztuczek polegających na mętnym operowaniu przepisami, upoważnieniami, procedurami, standardami – jest wystarczająco długa, abym czuł się usprawiedliwiony, jeśli poniecham jej publikowania. W każdym razie bardzo mi pomaga, kiedy przepuszczam relacje z Sejmu i innych ośrodków władzy czy gospodarki przez filtr, który mi przypomina: coś znowu kręcą, zajrzyj za kulisy.
I kiedy się tej myśli podporządkuję – to widzę, że żądanie przerwy w obradach to nie wyraz potrzeby odetchnięcia, tylko rozegrania czegoś poza kamerami. I tak dalej.
* * *
Nie jestem pewien, czy o to chodzi, kiedy mówimy o Demokracji czy Rynku…


Komentarze
Pokaż komentarze