84 obserwujących
2352 notki
1238k odsłon
488 odsłon

Ostatni to chyba bój

Wykop Skomentuj4

Jestem uniwersalnym dawcą, 0 Rh-, ale pechowym biorcą krwi, bo mało jest takich, którzy mogliby mnie wesprzeć w razie potrzeby. Taka karma. Dawać, nie oczekiwać, choć duszy ubywa po zranieniach. Nie prosić, bo to uzależnia... Przebiedować, robiąc swoje, byle było prawe, aż witalność powróci…  

W roku 1980, w wakacje, miałem lat 23. Wystarczająco mało, by na własny rachunek, bez kunktatorstwa, inicjować i wdrażać rozmaite „projekty społeczne”, wystarczająco dużo, by świadomie, wiedząc co robię, przyjmować na siebie rozmaite uwikłania, konieczności niechciane, ale kotwiczące mnie „pośród wszystkiego”. Miałem już za sobą pierwsze oszustwo państwowe: poszedłem na lep zawołania „naukowcy w mundurze” do prestiżowej akademii wojskowej, wyleciałem stamtąd dyscyplinarnie (koszty finansowe i dwa lata dodatkowej służby) po oświadczeniu, że chcę się przenieść do uczelni prawdziwej.

Takich oszustw systemowo-ustrojowych doznałem potem jeszcze kilka, ale już byłem zahartowany…

Odnajdowałem się jako adept ekonomii, która okazała się moim rzeczywistym powołaniem, w dodatku na uczelni będącej znaną jako „kuźnia kadr państwowych”. Wielu z dzisiejszych tuzów polskiej ekonomii (i kolejnych rządów) poznałem jako ich bardzo dobry znajomy albo nawet kolega z życia studenckiego.

Moje życie rozpościerałem między żakowskie utracjuszostwo („integratki” w akademiku, rozmaite „pierwsze razy”), społecznikostwo (awanse w świecie turystyki, art-kultury, studenckiego ruchu naukowego), społecznikostwo (wyzwania na skalę, której horyzont ledwie przeczuwałem).

Akurat były wakacje, ja w roli wice-szefa studenckiej akcji naukowej (przy okazji – menago artystycznego, np. promującego pierwsze profesjonalne koncerty Oddziału Zamkniętego) – kiedy w maleńkiej miejscowości Śniadowo na Kurpiach przyszło mi „niemal pod krawatem” witać „chlebem i solą” ówczesnego Pierwszego Sekretarza, o którym potem napisałem oratorium „Dobrypan” (muzykowanie i wierszowanie to obok „sportowania” i podróżowania – treść moich pasji).

„Dobrypan” – to jedno z kilkunastu oratoriów napisanych trzynastozgłoskowcem (tu mrugam okiem do znawców Mickiewicza), część dzieła – od prawie 30 lat kończonego – opisującego historię PRL wierszem. Dziełu nadałem tytuł „Socrealia”.

Więc kiedyśmy w kmicicowsko-sienkiewiczowskim Śniadowie celebrowali Sekretarza – już słyszeliśmy o jakichś robociarskich ruchawkach, przyspawanej do toru lokomotywie, zagoworach gdańskich, „nieuzasadnionych” przerwach w pracy. Ale jeszcze nie było tego epanástasi, które potem, za chwilę, owładnęło Polską sierpniową, przerastając wydarzenia roku 1956, 1968, 1970.

Organizowałem przecież koncerty grupie Perfekt (niemal jawnie zaminowane polityczne), ale też grupie Dżem (bluesującej psycho-egzaltacjami początkującego Ryśka). Organizowałem spotkania z piosenką poetycką Waldka Chylińskiego (pisującego pięknie dla Eli Adamiak), ale też Olka Grotowskiego, który w świat gitary akustycznej przenosił pełne sarkazmu politycznego poezje Andrzeja Waligórskiego. Nic jednak z ówczesnego „przesłania dziejowego” nie docierało do mnie w ten szczególny, apostolski, olśniewający prostotą sposób.

Wraz z moim rodzimym kołem studenckim ekonometryków (opiekunem był gitarzysta przyświecowy o miękkim tembre głosu, dzisiejszy profesor Tomasz Szapiro) – rozwiązywałem konkretny problem planistyczny przedsiębiorstwa produkującego „łomżyńskie z laleczką”. To było jedno z moich ostatnich amatorskich, oderwanych od życia (choć pozornie ściśle związanych) doświadczeń w usprawnianiu polskiej gospodarki. Potem było już mi dane wyłącznie komentowanie… Chociaż…

Niemal dotykałem – niestety z opaską na oczach i z zatyczkami w uszach – początków polskiej Transformacji. Widziałem, jak „władza” z bólem odzwyczaja się od tego, że panuje nad wszystkim co się dzieje wokół, od tego, że wciąż od nowa zręcznie i skutecznie ustawia się „na czele pochodu” ku socjalistycznym światłościom.

Powróciwszy po wakacjach na uczelnię, rozejrzawszy się po „sprawach i ludziach” – zawyrokowałem: Wałęsa to wioskowy chuligan i obwieś przeniesiony żywcem do wielkomiejskiego przemysłu, ale Solidarność (już wtedy ta świetna nazwa została wniesiona przez Karola Modzelewskiego) – to ruch iście socjalistyczny, szczery i zdrowy politycznie jak rydz. Dlatego nie będę się angażował „bez pamięci”, ale chwałę robociarskiej determinacji – nosił będę na sztandarach. Są tacy dziś, którzy mi nie uwierzą. Wtedy – wierzyli mi wszyscy, którzy mnie obserwowali. Również „ważniacy”.

 A trzeba wiedzieć, że rosłem jako aktywista, obejmowałem w najbliższych dwóch-trzech latach coraz ważniejsze funkcje w ruchu naukowym i w organizacji studenckiej. Ostatecznie doszedłem do funkcji „pierwszych”, a w innych sprawach – do funkcji „znaczących centralnie”. I to wszystko jakby „przy okazji”, niechcący, „po drodze”. Bakcyla politycznego nigdy nie złapałem, chyba że jako opinio-głosiciel…

Wykop Skomentuj4
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo