Co po za tym? Zapowiadanej wiosenno-letniej ofensywy Talibów nie ma. Powodów jest kilka.
Pierwszy – agresywne działania wojsk koalicji. Wiele grup Talibów nawet nie ma szans stoczyć walki – giną pod bombami z samolotów, naprowadzonych na cel przez kilkuosobowe grupki sił specjalnych. W ubiegłym roku zginęła w ten sposób ok. połowa z ponad 3 tys. zabitych bojowników. Nawet jak już dojdzie do bezpośredniego starcia to wynik jest z reguły przesądzony (i jednostronny).
Drugi – sytuacja w Pakistanie. Ochotnicy z tego kraju zamiast walczyć gdzieś daleko, wolą toczyć świętą wojnę na swoim podwórku.
Trzeci – spory między bojownikami Al-Kaidy a Talibami. Kilka miesięcy temu doszło nawet do zbrojnego starcia między nimi.
Jednak mimo braku dużej ofensywy walki trwają, przede wszystkim w południowej prowincji Helmand. Nie przypadkiem ogromna większość afgańskiej heroiny (ok. 80% - ale piszę bez sprawdzania źródeł) pochodzi właśnie z niej – lokalni watażkowie (a może już baronowie narkotykowi?) opłacają Talibów by szerzyli chaos, odwracając uwagę od własnego „biznesu”. Sami Talibowie próbują wprowadzić nową taktykę. Po pierwsze kiedy tylko mogą, używają cywili jako „żywe tarcze” – stąd te przypadki gdy od bomb ginęli niewinni ludzie. Po drugie – skupiają się na atakowaniu Kanadyjczyków, chcąc wymusić na Ottawie wycofanie swoich żołnierzy, obserwując w mediach wpływy tamtejszego lobby antywojennego. Po trzecie – od dwóch lat wysyłają zamachowców samobójców. Akurat to rozwiązanie w Afganistanie się nie sprawdza (w ok. 40% przypadków ginie sam zamachowiec) – ale szerzej o tym może innym razem...
Podsumowując – głównym zagrożeniem dla stabilności Afganistanu nie są Talibowie – tą pałeczkę przejęli już kilka lat temu watażkowie produkujący heroinę, i to oni są odpowiedzialni w znacznym stopniu za tzw. „odrodzenie” (resurgence) tych pierwszych. Jak sobie z tym poradzą siły międzynarodowe – zobaczymy.


Komentarze
Pokaż komentarze