5 obserwujących
48 notek
16k odsłon
  460   2

Ostatni lot Generała Sikorskiego

Podobno nie było żadnego wypadku nad Gibraltarem! Liberator generała Sikorskiego wystartował bez przeszkód, wzniósł się do góry a potem łagodnie wodował na morzu. Tonął, zgodnie z “zasadami sztuki” przez 8-10 minut. Lotnisko w Gibraltarze jest bardzo trudne i takie niepowodzenia przy starcie zdarzały się dość często, tak często, że nawet przestano już zwracać na to uwagę. Zresztą, zwykle po takim niefortunnym starcie i wodowaniu nie było żadnych ofiar tylko śmiech kolegów pilota.

Każde pokolenie pisze na nowo historię swojego narodu. Niekiedy nowa wersja odbiega dość daleko od poprzedniej... W serii artykułów opublikowanych przez polskie wydanie Newsweeka ich autor, Dariusz Baliszewski, stawiał np. tezę, że generał Sikorski nie zginął w katastrofie na pokładzie Liberatora, lecz już wcześniej na Gibraltarze, w pałacu gubernatora:

 “Jak sądzę, około 16.30 stwierdzono, że Sikorski nie żyje. Nie żyli też inni członkowie polskiej ekipy. Zostali zabici w łóżkach, gdy spali lub odpoczywali w samej bieliźnie. Nikt nie wiedział, kto był sprawcą.”

Wiele wersji

O samym wypadku i śmierci krąży wiele wersji. Są to relacje osób obecnych wtedy w Gibraltarze, listy, meldunki. Wersje te różnią się jednak tak bardzo od siebie, że warto się zastanowić, czy wręcz komuś nie zależało na zaciemnieniu obrazu. Ot choćby przytoczona kiedyś w Newsweeku opowieść brytyjskich żołnierzy, którzy obserwowali start z plaży, gdzie jakoby zażywali kąpieli o godz. 23.30... Kto na Boga kąpie się w morzu tak późno. Na pewno nie Anglicy, którzy o tej porze powinni siedzieć w klimatyzowanej kantynie i popijać whisky z lodem.

Henry Carr, angielski sierżant, który wcześniej na Skale wraz ze swymi żołnierzami doliczył się dwudziestu kilku ludzi wsiadających do samolotu, wobec przedłużającego się w nieskończoność startu zaproponował kolegom kąpiel w morzu. Zeszli na Catalina Bay - wąski pas piasku po wschodniej stronie Skały. Tu stali się chyba najbliższymi świadkami zdarzenia. W relacji Carra wielka maszyna, w pełni sterowna, lecąc bardzo nisko, po prostu ”wpadła do kałuży”, czyli wodowała. Na ten widok wszyscy zaczęli się śmiać i żartować z nieudolności pilota. W tym, co oglądali, nie było nic tragicznego ani niezwykłego. Podobne wypadki zdarzały się na Gibraltarze często - tutejsze lotnisko należało do bardzo niebezpiecznych. Nikt w nich nie ginął, a następnego dnia niefortunne załogi stawały się obiektem żartów. Zresztą kilkadziesiąt minut później Carr i jego żołnierze rozmawiali z żywym i całkowicie zdrowym drugim pilotem, który o własnych siłach dopłynął do plaży.”(...)

 ”Zezwolenie na start otrzymałem o godz. 23.10 - zezna kilka dni później uratowany pilot kpt. Edward Prchal - i natychmiast wystartowałem. Wzniosłem się w powietrze przy szybkości 130 mil na godzinę. Kiedy osiągnąłem wysokość 150 stóp, oddałem kolumnę sterownicy od siebie, aby nabrać szybkości. Po uzyskaniu prędkości 165 mil na godzinę chciałem wyciągnąć samolot w górę przez ściągnięcie kolumny sterownicy do siebie, niestety bez rezultatu. Kolumna sterownicy z całą pewnością zablokowała się. (...) Nagle samolot zaczął zbliżać się do powierzchni morza. Krzyknąłem wówczas do załogi: Lądowanie z uszkodzeniem samolotu i zamknąłem przepustnice gaźników. Samolot natychmiast uderzył o powierzchnię morza i więcej już nic nie pamiętam”.

Dwie niezależne relacje oficerów brytyjskich, którzy tego dnia pełnili służbę na wieży kontroli lotów, nie pozostawiają zdaniem Baliszewskiego wątpliwości: samolot wzniósł się co najwyżej na kilkadziesiąt stóp (śledzili jego lot na wysokości wzroku) i co ważniejsze, nie uderzył w powierzchnię morza, lecz łagodnie na niej lądował. Po czym - tu relacje są zgodne - tonął 6 do 8 minut, czyli zgodnie ze wszystkimi znanymi regulaminami wodowania maszyny.

W jednym z programów TVP ”Rewizja nadzwyczajna” Dariusz Baliszewski sugerował jeszcze, że śmierć Generała była na rękę Anglikom, dla których Sikorski stanowił przeszkodę w dogadaniu się z Rosjanam... Nie był jednak chyba do końca przekonany o bezpośredniej winie Anglików i w artykule w Newsweeku pisał:

Być może analiza (...) dokumentów przyniesie kiedyś także odpowiedź na pytanie, kto stał za tą zbrodnią i kto jej dokonał. Anglicy, jak się zdaje, tego nie wiedzieli. Na pewno to nie oni (i nie Rosjanie) zabili Sikorskiego. Natomiast na pewno to oni zniszczyli i zmistyfikowali prawdę o tym, co rzeczywiście wydarzyło się na Skale.”

Jeżeli to nie “oni” i nie Rosjanie, to znaczy, że Niemcy? A może wręcz Polacy? Ostatecznie Baliszewski sugerował dość operetkową wersję wydarzeń z Anglikami przebranymi za Polaków, wsiadającymi do Liberatora...

Ciekawa jest natomiast hipoteza, sformułowana w innym miejscu i przez inne osoby, m.in. przez łączniczkę AK, Elżbietę Zawacką, mówiąca, że zamach na generała Sikorskiego był możliwy dzięki współpracy trzech wywiadów - sowieckiego, angielskiego i niemieckiego - działających w tym wypadku ręka w rękę. Pewnym śladem w tej sprawie może być fakt, że Elżbieta Zawacka, podróżując przez Gibraltar, dopiero w latach 60-tych dowiedziała się, że meldunki, które przekazywała rezydentowi wywiadu brytyjskiego na Gibraltarze w istocie przekazywała równolegle wywiadowi niemieckiemu... Natomiast współpraca wywiadu brytyjskiego i sowieckiego była w pewnych momentach tak ścisła, że jeszcze wiele lat po wojnie Anglicy mieli kłopot z podwójnymi agentami, co ujawnia szef MI5, Peter Wright, w swojej książce ”Spy catcher”.

Lubię to! Skomentuj2 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura